poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wigilia Bożego Narodzenia


Wpadłam w szał świątecznych przygotowań i porządków i blog zamarł... i z różnych względów taki zostanie jeszcze kilka dni...

Choinka została ubrana, z trudem odgrzebaliśmy ozdoby choinkowe w podróżnym pudełku numer pięćset sześćdziesiąt dwa. Pierwsze bombki, które wyszły na spotkanie Olci, skończyły marnie w postaci bombkowego pyłu. Potem jeszcze Olka parę razy upewniła się, że choinka NAPRAWDĘ kłuje, ale w końcu się udało...
W asyście chichotów, dzieciaki odtańczyły choinkowy taniec powitalny:


...ciasta, ciasteczka, pierniczki i inne słodkości gotowe.
Zupa grzybowa bulgocze, łazanki dochodzą, kapusta świąteczna roztacza aromaty grzybów i śliwek, pierogi z kapustą i grzybami czekają na swoją kolej, kompot z suszu za chwilę wjedzie na stój.
Prezenty kupione, zapakowane, schowane starannie - to ostatnie chwile trzymania Tolka w stanie oczekiwania. Olka jeszcze nie wie co się święci.
Ubieramy stół, nakrywamy, puszczamy kolędy...
Świętowanie czas zacząć!


Życzę wszystkim Wesołych, Spokojnych, Szczęśliwych Świąt, pachnących pomarańczami (taka pozostałość marzeń PRLu), cynamonem, goździkami i choinką,
znalezienia pod choinką wymarzonych prezentów,
spełnienia najskrytszych marzeń (i tych całkiem oczywistych też)
niezapomnianych chwil
i cudownych wspomnień
Małgosia z MaTOlkami

piątek, 21 grudnia 2012

ukochane kruche ciasteczka MaTolków

Nie byłam, nie jestem i pewnie już nie będę świetną kucharką, ale uwielbiam piec słodkości. Świąteczne kruche ciasteczka były jednym z pierwszych wypieków, których dokonałam z dzieckiem. Od tamtej pory minęło prawie 10 lat, a przepis nadal utrzymuje się w pierwszej dziesiątce naszych przysmaków. Jest banalny, wykonanie ciasteczek trwa bardzo krótko (zjedzenie jeszcze krócej) i naprawdę każdy da sobie z nimi radę. Nic, tylko piec... i zajadać.



SKŁADNIKI:
- 3 szklanki mąki
- kostka masła
- 2 żółtka
- 2 łyżki kwaśnej śmietany 12%
- 1/2 szklanki cukru pudru
- 2 torebeczki cukru waniliowego

WKONANIE:
1. wszystkie składniki ciasta wrzucić do malaksera i wyrobić na gładką masę. 
2. Kiedy ciasto nabierze jednolitej, gładkiej konsystencji, zawinąć w folię i wsadzić na 2 godz. do zamrażarki.
3. Po tym czasie wyjmować ciasto w częściach z lodówki. Rozwałkować (podsypując mąką), wyciąć foremkami kształty i ułożyć na blasze.
4. Piec w rozgrzanym do 200st. C piekarniku przez 15 minut. Należy bardzo pilnować czasu, bo 90 sekund dzieli ciasteczka od pysznych, do gorzkich i spalonych. 
5. Zarumienione ciasteczka wyjąć z piekarnika i układać w blaszanym pudełku. 
6. Najpyszniejsze są posypane cukrem pudrem. 

Smacznego!

PS. Oryginalny przepis pochodzi z książki "Kuchnia Polska 1001 przepisów" Ewy Aszkiewicz

środa, 19 grudnia 2012

jarmark świąteczny w Dreźnie


 ... do Drezna pojechaliśmy zobaczyć nie tylko odbudowane miasto, ale także największy i najstarszy jarmark bożonarodzeniowy w Niemczech, którego tradycja sięga 1434 roku. Jakoś nie pasowało mi pisanie o nalocie i jarmarku za jednym zamachem...
Tak jak pisałam wczoraj, tego samego dnia chyba połowa Niemców i wszyscy turyści wpadli na ten sam pomysł - juz samo znalezienie miejsca parkingowego było wyzwaniem - zarówno dla samochodów osobowych, jak i na parkingach autokarowych. Udało się i podekscytowane małe Tolki  zaczęły zwiedzanie.
Chwilę potem ja cieszyłam się tak samo - uwielbiam świąteczne dekoracje ze światełek i choinek i w końcu znalazłam to, czego szukałam.


Mimo, że z Lipska do Drezna jest tylko kawałek drogi, to jednak jechaliśmy dosyć długo. Pogoda zmieniała się z minuty na minutę. Wyjechaliśmy z plusowej temperatury i deszczu, a dojechaliśmy w śnieg i mróz - zupełnie nieodpowiednio ubrani. Dlatego zaczęliśmy od jedzenia na rozgrzewkę.
Jechałam z silnym postanowiniem, że zjemy (ponoć typowy) drezneński przysmak, którego nazwy nie pomnę byłę z pieca, zapiekaną z żóltym serem i czymś jeszcze, polaną sosem i posypaną pietruszką. Nawet Olcia wcinała, aż się uszy trzęsły, a dymiące, pachnące piece jak magnes przyciągały wszystkich zmarzniętych i głodnych.


MaTolek postawił na coś mniej niemieckiego, ale równie pysznego - kuskus z oliwkami i zieloną fasolką, przyprawione orientalnie. Smakowało rewelacyjnie, ale na zdjęciu wygląda zupełnie jak kuskus z zieleniną, więc nie będę pokazywać.
 

Jak już napełniliśmy brzuchy i nieco rozgrzaliśmy się od środka, ruszyliśmy na podbój Weihnachtsmarktu, tj. jarmarku bożonarodzeniowego.

Był dziki tłum ludzi, mnóstwo choinek, jeszcze więcej światełek, stajenka z żywymi zwierzętamii i - w koncu!! - budki z rękodziełem. Udało nam się wejść także do Stallhofu - wydzielonego terenu  (dawny plac turniejowy i dziedziniec stajni), z ustawionym miasteczkiem rycerskim. Tolek oszalał - biegał między drewnianymi kuszami, kuglarzami, wystruganymi strzałami. I, oczywiście, wszystko chciał kupić.

 Tolek na tle stajenki. Biedne baranki uciekły w najdalszy kąt

 pan, który grał na dwóch fletach... nosem

 Tolek zachwycił się tym, co można zrobić z metalem po odpowiednim podgrzaniu go

 jarmark miał zapewnioną - nie do końca świąteczną - oprawę muzyczną


Dziecięca radość dwukrotnie sięgnęła zenitu. Po raz pierwszy, kiedy pomiędzy budami, tłumem ludzi i ogólnym ściskiem, przed nami ukazała się nagle piękna, drewniana karuzela, ręcznie napędzana! I kiedy rodzice ulegli i zgodzili się na Tolkową przejażdżkę.

 zaczyna się...

 dla takiej miny warto szukać atrakcji dziecięcych

 piękne koło z siłą napędową w meloniku

Po raz drugi radość wybuchła, kiedy w ostatniej chwili, kiedy już kurcgalpkiem wracaliśmy do samochodu po opłaconym czasie parkowania (pisałam, że Niemcy są piekielnie punktualni?!) - przed nami pojawił się nagle święty Mikołaj!!! Dzielny Tolek, obywatek świata, podszedł doń i niby na luzie, ale nieco trzęsącym się z wrażenia głosem zagadał: "do you speek English?". Na szczęście Mikołaj okazał się poliglotą, Tolke po krótkich targach zgodził się na odśpiewanie "Jingle bells" i  zabawki zostały wręczone. W domu trzymamy się wersji, że prezenty pod choinkę kupujemy/robimy tym, na których nam zależy, żeby wiedzieli że o nich pamiętamy, ale też tym, o których nie ma kto pomyśleć (to ułatwia zakupy świąteczne, które musimy robić z dziećmi i ułatwia im oddawanie zabawek do domów dziecka, itd.). Dodajemy też, że "fajnie byłoby, jakby św. Mikołaj gdzieś istniał i pamiętał o wszystkich". Tolka wbiło w ziemię - bo jak?! To ten święty naprawdę istnieje?! Pozostawiliśmy to Jego wyobraźni...


Na koniec ostatnie spojrzenie na świąteczną piramidę - najbardziej charakterystyczną ozdobę Drezna, której podstawę stanowi jadłodajnia i popędziliśmy do auta. Warto było jechać!

 kilkunastometrowa piramida drezneńska

miniatura świątecznego jarmarku drezneńskiego

wtorek, 18 grudnia 2012

Nalot dywanowy na Drezno w 1945 roku

1945, ruiny Frauenkirche oraz ocalały w czasie bombardowania pomnik Marcina Lutra; zdjęcie z Deutsche Fototek

Frauenkirche (Kościół Najświętszej Marii Panny) grudzień 2012, zdjęcie MaTolka

Z 12 na 13 lutego 1945 roku państwa alianckie przypuściły nalot dywanowy na Drezno. Tak na wszelki wypadek... nalot dywanowy to taki, kiedy samoloty bombowe lecą blisko siebie - z daleka wygląda to jak dywan samolotów; w takim szyku, żeby wybrany cel zrównać z ziemią, tj. spuścić "dywan bomb".

Do dziś historycy nie są zgodni co było powodem tego nalotu - zemsta Churchilla za bombardowanie Coventry, demonstarcja przed Stalinem sił powietrznych aliantów, psychologiczne niszczenie Niemców, a może jeszcze coś innego.
Grunt, że Drezno nie miało żadnego znaczenia militarnego i uchodziło za miejsce w miarę bezpieczne; pełne było uchodźców ze wschodu. Było kompletnie nieprzygotowane na atak. Samoloty nadlatywały trzy razy, za pierwszym razem niszcząc starówkę i centrum miasta, za drugim i trzecim -  pogłębiając rozmiar zniszczenia i udaremniając  m.in. akcje ratunkowe. Ludzie umierali od samych wybuchów,  ognia i z braku tlenu. Zagadce historycznej smaczku dodaje fakt, że dworzec kolejowy i koszary zostały nietknięte. Jest wiele teorii uzasadniających ten fakt - mniej więcej tyle samo, ile pomysłów na przyczyny bombardowania.
Łunę płonącego miasta widać było podobno w promieniu 300km. Zginęły koszmarne ilości ludzi (między 120 000 a 500 000, ot, taka "drobna" rozbieżność danych). Tak przestały istnieć przepiękne, średniowieczne zabudowania tego miasta.
Dziadek widział i słyszał to wszystko z obozu w Zeithain, oddalonego o 50km i jeszcze w zeszłym roku opowiadał TaTolkowi. Ja przypomniałam sobie tę opowieść z dzieciństwa. Była raczej jak bajka, zachwycała opisem nadlatujących samolotów, które zakryły niebo. Skutki pojawienia się tego "dywanu" Dziadek wtedy pomijał. Chyba najlepiej zapamiętał hałas samolotów... albo to ja najlpiej zapamiętałam to z Jego opowieści, które snuł jakieś 25-30 lat temu...


Prawie 70 lat później MaTOlkowa rodzina udała się do Drezna żeby zobaczyć odbudowane stare miasto. Ze względu na sezon świąteczny, chyba pół Saksonii wybrało się tam w tym samym czasie co my, ale było warto. W końcu trafilismy na miasto z piękną starówką, z klimatem. Po raz pierwszy zachwyciły mnie niemieckie budowle z piaskowca - kolorytem, powagą. I - choć widziałam, że to, co widzimy, zostało odbudowane po wojnie, to jednak pierwszy raz czułam "ducha historii miasta".

Przed wyjazdem do Drezna sprawdzałam, co warto zobaczyć, na czym się skoncentrować (wiedzieliśmy, że Olkowa cierpliwość nie da nam czasu na wszystko, co chcielibyśmy zobaczyć), oglądałam mapy.
Po powrocie z Drezna zasiadłam do przewodników i zaczęłam czytać o każdej budowli, którą widzieliśmy kolejno. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że budynek kościoła, który zachwycił mnie najbardziej, nie ma jeszcze nawet 10 lat!

Frauenkirche (Kościół Najświętszej Marii Panny)

Pierwszy raz zbudowano go ponad 800 la temu, ale budowla najpierw okazała się zbyt mała i była kilkakrotnie była rozbudowywana, a następnie okazało się, że ma wady konstrukcyjne i zaczęła zagrażać bezpieczeństwu wiernych. Ostatnie poprawki (umocnienia żelbetonowe) wprowadzono w 1945 roku. Niecały miesiąc potem kościół został zniszczony w czasie nalotu dywanowego. Wikipedia ma niezykle obszerny i dosyć dokładny opis historii tego kościoła.

Tolek na tle jednego z nielicznych oryginalnych, niewykorzystanych kawałków kościoła sprzed nalotu dywanowego.

Ruiny kościoła straszyły jeszcze dlugo po wojnie. Na szczęście, zebrano, zmierzono i skatalogowano wszystko to, co przetrwało naloty tak, że obecna budowa zawiera wiele starych elementów. Jeden z niewykorzystanych elementów został w charakterze osobno stojącego pomnika, przed którym koniecznie chciał mieć zdjęcie Antoś. Dopiero w domu przetłumaczyliśmy, na tle czego pozował.

Mimo, że przewodniki podają, że jeden dzien zupełnie wystarczy na zwiedzenie Drezna, nam czasu zabrakło. Byliśmy tam kilka godzin i zobaczyliśmy zaledwie ułamek tego, co planowałam.
Do Drezna na pewno jeszcze nie raz wrócimy!

czwartek, 13 grudnia 2012

zupełnie nielipsko - Dziadek, co wielkim człowiekiem był...




Pisałam dziś na zaprzyjaźnionym blogu komentarz z historią o moim Dziadku - tym, co to ślub z obozie brał. I pomyślałam sobie, że - choć to nie ma nic wspólnego z Lipskiem - to jednak i tu tę opowieść wkleję. W końcu Dziadek był filarem MaTOlkowej rodziny, był też jedną z najbardziej barwnych osób, jakie w życiu spotkałam.
A było to tak: dawno, dawno temu umarła moja Babcia. Dziadek, Wielki Pan Profesor, został zupełnie nieporadny i bardzo zagubiony. Jadał obiady u nas, bo sam nie umiał ugotować nawet wody. Jak wyjeżdżaliśmy na wakacje, Mama przygotowała Dziadkowi (swojemu Tacie) weki z jedzeniem na obiady - podpisane dniami. Zostało ostatnie gotowanie słoików w garnku, żeby się dobrze zassały. Mama wszystko Dziadkowi wyjaśniła, pokazała, zapisała. Miał jedno, zasadnicze zadanie: wyłączyć gaz za 2 godziny. Dziadek, oczywiście, o słoikach zapomniał i wyszedł. Woda się wygotowała, słoki się starannie zassały, po czym wybuchły - 30 słoiczków z mięsem eksplodowało na ściany, szafki, zasłony, ścierki, drewnianą ławę i stół oraz wszystkie sprzęty kuchenne, które akurat nie znajdowały się w szafkach. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś całe pomieszczenie starannie obrzucił bigosem, a nastepnie używając tego swoistego kleju "wytapetował" pomieszczenie kawałkami tłuczonego szkła - od podłogi, aż po sufit.
Dziadek wrócił, wszedł w to wszystko, zobaczył co się stało, zakręcił gaz i... wyjechał na miesiąc. Uznał, że jak wróci po tym czasie, to po prostu otrzepie firanki i szpachelką odskrobie suche resztki ze ścian.... że tak będzie łatwiej, niż czyścić cała kuchnię z gorącej, mazistej brei...
Zapach, który zastaliśmy po miesiącu 30-stopniowych upałów - bezcenny ;)
Wspomnienia, które Dziadek pozostawił po sobie - "jeszcze bardziej bezcenne", niepowtarzalne i kochane.

Warszawa, Wigilia 2011

środa, 12 grudnia 2012

przygotowania świąteczne

 eleganckie ciasteczko wg Olki; etap następny polegał na wpakowaniu całości pod kran i starannym umyciu całości

Korzystając z faktu, że Tolek nie chodzi do szkoły (tym razem zapalenie oskrzeli), postanowiliśmy upiec ciasteczka świąteczne. Dla Tolka to normalka, ale Olka pierwszy raz świadomie uczestniczyła we wszystkich etapach ciasteczkowania. Uczestniczyła nawet w tych etapach, których istnienia w ogóle nie zakładałam, jak np. mycie surowego ciasta pod kranem, uszczelnianie fug tymże ciastem, czyszczenie mąka frontów szafek czy wycieranie ścierką wałka po każdorazowy użyciu.


MaTolek natomiast po raz pierwszy musiał sprostać pogodzeniu dwóch żywiołów w jednej kuchni.
W którymś momencie sama się z siebie zaczęłam śmiać - miałam PLAN na te wypieki i zupełnie nie przewidziałam, że 7,5latek i dwulatka mogą pracować w innym tempie i z inną energią.
Tam, gdzie Antoś wykrawał idealne ciasteczka i cmokał nad wyborem każdej foremki, tam Olcia ryła paluszkami po rozwałkowanym cieście i wyjadała kolorowe ozdóbki.


Dodatkowo MaTolek błysnął inteligencją ponadprzeciętną i nie załapał w sklepie, że zamiast kolorowych pisaków do zdobienia zakupione zostały barwniki. W ten sposób dwie krople tego uroczego specyfiku kompletnie zmieniły konsystencję lukru, który roniąc granatowe (i bardzo trwałe) łzy barwnika ponuro rozlał się na blacie (a jakże - drewnianym, źle zaimpregnowanym).


Było... wesoło. I pracowicie, jak zdrapywałam z terakoty starannie wdeptane posypki i ozdobne kuleczki, szlifowałam barwnik w blatu, wydłubywałam resztki ciasta z miejsc, w których teoretycznie w ogóle nie miały sie prawa znaleźć, jednocześnie broniąc kolanem dostępu do gorącego piekarnika, udem do gorącej blachy, a ręką powstrzymując pracowite rączki przed pakowaniem sobie upiornie gorących ciasteczek do dziecięcych otworów gebowych.


Suma sumarum - ciasteczka powstały. Nieco krzywe, nieco nadpalone, nieco ponadgryzane, z magicznie znikającymi ozdóbkami za każdym razem, kiedy MaTolek odwrócił sie tyłem choćby na mgnienie oka.
Okazuje się, że niezależnie od tego czy kuchnia znajduje się w Espoo, Warszawie czy Lipsku, wpuszczenie do niej dzieci, posypanie mąki, wręczenie wałków i foremek i "zaprawienie" całości posypkami, kończy się zawsze takim samym hardcorem świątecznym i jednakowym obżarstwem.

wtorek, 11 grudnia 2012

pierwsza wizyta w aptece


Dzieciaki postanowiły szybko i solidnie przetestować niemiecką służbę zdrowia. Najpierw próbowały "zwykłych" katarków czy kaszelków, potem poszło "z grubej rury" w postaci plastiku w oku, aż po pełen komplet w postaci zapaleń krtani, gardeł, spojówek, alergii i innych pomniejszych.
I mimo ogromnych zapasów leków, które MaTolek przytargał z Polski, nadszedł czas, kiedy było trzeba sie udać potulnie z receptą do apteki.
Padło na krem na zmiany alergiczne dla Olki. Uprzejma pani aptekarka zapakowała mi krem, "nabiła na kasę" 8,55E, następnie do torebeczki dorzuciła kupon rabatowy, świecznik z ozdóbką świąteczną, a na końcu jeszcze upchnęła elegancki kalendarz ścienny ze zdjęciami Lipska.
Wyciągnęłam 10E i wyraźnie obie zgłupiałyśmy. Pani - bo nie pasował jej mój banknot, a ja - bo pani zgłupiała i nie miałam pojęcia co jej się w mojej gotówce nie podoba. W końcu łamaną angielszczyzną wyjaśniła mi, że to recepta (lek) dla dziecka. Tyle, to sama wiedziałam - przecież szłam prosto od pediatry! I im bardziej ja płaciłam, tym bardziej pani się wzbraniała.
O co chodziło? Otóż okazało się w końcu, że jak lek jest  dla dziecka, to jest w całości refundowany. Jeszcze nie wiem z iloma lekami tak jest i czy są jakieś ograniczenia kwotowe, ale już mi sie to podoba. Jako mama dwójki dzieci alergicznych i astmatycznych całkiem pokaźne sumki przeznaczam stale na leki. Byłoby miło, jakby mogło się to zmienić.
A tym razem było jeszcze milej, bo - łasa na wszelkie oznaki Świąt - wróciłam do domu ze świecznikiem mikołajkowym (bo rzecz się miała 6 grudnia) i kalendarzem, który dla nas jest podwójnie cenny, bo teraz wiemy co warto w Lipsku zobaczyć.
Okazuje się, że nawet wizyta w aptece może być przyjemnością.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

śnieg a jazda autem w Niemczech


Na początku tego roku TaTolek po przejechaniu trasy Tarchomin-Mokotów-Tarchomin twierdził, że "strasznie sie zjeździł". Podejrzewam, że zdziwiłby się wtedy solidnie, jakby Mu ktoś powiedział jakie wycieczki będzie robił kilka miesięcy później.
I tak w zeszłym tygodniu TaTolek znowu zaliczył podróż: samochodem do Berlina, stamtąd samolotem do Brukseli, powrót z Brukseli do Berlina samolotem, samochodem z Belina do Warszawy i w sobotę wracał do domu, tj. samochodem z Warszawy do Lipska.
Przez pół roku wskazówka licznika samochodu przesunęła się od zera przejechanych kilometrów na 25 000. Dla porównania mój matiz przejechał tyle przez prawie 5 lat.
Tolkowy Tata, poza tym, że jest niezłym podróżnikiem, to jest też mistrzem w zapominaniu o rzeczach ważnych. I tak zapomniał, że trzeba zmienić opony z letnich na zimowe. A przypomniał sobie w czwartek, w Warszawie, w obliczu zapowiadanych mrozów i znacznych opadów śniegu. I nic z tym przypomnieniem, oczywiście, zrobić nie mógł, bowiem opony zimowe zostały w Lipsku.
W weekendowe popołudnie zaprzyjaźnialiśmy z lipską komunikacja miejską, ponieważ auta nie było w ogóle jak ruszyć z miejsca postojowego (a wulkanizatorzy, jak i wszystkie inne usługi w weekendy sa w Lipsku zamknięte).
Żeby wycieczek nie było za mało, w niedzielę TaTolek musiał odwieźć moją Mamę do Berlina na pociąg. Zamierzali przejechać trasę w ok. 2h (190km). Po godzinie z kawałkiem TaTolek wrócił do domu. Teściolkę odstawił w ostatniej chwili na dworzec lipski (miała potem 17 minut na przesiadkę z pociagu Lipsk-Berlin, na pociąg Berlin-Warszawa). Przez godzinę ujechali 10km, ślizgając się w sposób dowolny po 10cm śniegu. A to dlatego, że oprócz opon letnich, TaTolkowe auto ma napęd na tył. 


Koniec końców do domu TaTolek dojechał cały i zdrowy, ale w solidnym stresie. Co się bowiem okazało:
- w Nieczech jest obowiązek jeżdżenia na zimowych oponach od października. Ich brak "kosztuje" 40e
- w przypadku brania udziału w wypadku na złych oponach ubezpieczenie nie obowiązuje
- niezależnie od winy, bądź jej braku, w przypadku uczestnictwa w wypadku "na wstępie" ponosi się 25% kosztów tegoż.
Warto o tym wiedzieć jak się przejeżdża przez Niemcy zimą.


Tak sobie myślę... więcej TaTolek nie zapomni zmienić opon. ;)




czwartek, 6 grudnia 2012

Świąt nam się już bardzo chce...


W tym roku po raz pierwszy Święta Bożego Narodzenia (i ósmą rocznicę ślubu przy okazji) spędzimy w naszym czteroosobowym gronie. Nie mogę się już tego doczekać! Nie będzie tłumu, pośpiechu, gotowania potwornej ilości potraw, których nikt potem nie może przejeść (uwielbiamy piec pierniczki, ale nikt ich nie lubi jeść; nie trawię robić ryb, a i tak nikt poza mną ich nie lubi) i zastanawiania się gdzie jechać najpierw, dokąd potem i dlaczego tak, a nie odwrotnie.
Nie będzie też, niestety, tradycyjnego ozdabiania domu - gwiazdek w oknach, stroików, wielkiej choinki. To dlatego, że plan zakłada, że tuż po Świętach (o ile nie 26 grudnia) zaczniemy się przeprowadzać. Co tu dużo kryć - będzie nietypowo.
Dlatego - choć wiem, że dla wielu osób to obciach - okropnie czekałam na czas, kiedy miasta zaczyną się jażyć światełkami, na ulicach pojawią się wielkie, świecące się choinki, w oknach mieszkań zawisną kolorowe ozdoby, a w sklepach zaczną rozbrzmiewać kolędy i pojawią się dekoracje bożonarodzeniowe. Żeby te Święta - choć nietypowe - były ciepłe, rodzinne i świąteczne.

W ramach "czucia" grudniowej atmosfery wyruszyliśmy na poszukiwanie jarmarków Bożonarodzeniowych. Pierwszy odnaleziony to lipski. Mam nadzieję, że zobaczymy jeszcze przynajmniej dwa. I choć tutaj zamiast kolęd słychac było niemieckie disco-polo do kotleta, to i tak światełka "zrobiły swoje" i poczuliśmy, że to już za chwileczkę, już za momencik...


Znowu narzuca mi sie porównanie do Helsinek, bowiem w 2006 roku - przeraźliwie tęskniąc za rodzinami - też byliśmy sami, bez planów spotkania sie w Święta z kimkolwiek. I nie było z nami jeszcze Olci. W Helsinkach bożonarodzeniowy jarmark jest przy ulicy Pohjoisesplanadi, która dochodzi nad samo morze, do portu, co dodaje temu miejscu sporo uroku, którego wtedy nie potrafiliśmy docenić.
W jarmarkowych budach są głównie Finowie, sprzedający rękodzieła - ozdoby choinkowe, wełniane rękawice i skarpety, stroiki, drewniane i kamienne stroiki. Są także, oczywiście, elementy wyposażenia sauny - warząchwie, misy, ręczniki, witki, zapachy, itd., itp. Gdzie nigdzie stoją budy z gorącymi kasztanami i glögiem (bezalkoholowym) oraz kiełbaski z renifera. Helsiński jarmark świateczny to przede wszystkim miejsce kupowania drobnych upominków i fińskich ozdób, za muzyczną oprawę robią kolędy śpiewane po fińsku. Niestety, nie mamy żadnego zdjęcia z tamtego miejsca.


Ponieważ wiele słyszałam o niemieckich jarmarkach - że ich tak dużo, że mają bogatą tradycję - jechałam z przeświadczeniem, że zobaczymy coś podobnego, tylko rdzennie niemieckiego. No to zobaczyliśmy: kierpce z Polski, bursztyny polskie, koroneczki jak polskie, sprzedawane przez Polaków. Do tego: grzane wino, kiełbasy, pierniki, chleby bakaliowe, wędliny, ciastka, czekolady, pralinki, cukierki, owoce maczane w czekoladzie lub cukrze, pizze i zapiekanki każdego kształtu i różnej urody oraz ciastka przeróżne smażone w wysokim tłuszczu. Myślę, że ze 20% sprzedawców miało coś wspólnego z Niemcami, reszta to mieszanka przedziwna, wielojęzykowa, przeróżnokulturowa. Ponieważ bardzo chcieliśmy poczuć Święta, to dostrzegliśmy je nawet tam, ale sam jarmark ma bardziej atmosferę kulinarno-stołówkową, niż świąteczną. Gdyby nie choinki, nieliczne stragany z kolorowymi gwiazdami i pieruńsko drogimi bombkami (do 25E sztuka), to mógłby stanąć właściwie o każdej porze roku.
Może w drugiej połowie grudnia zrobi się bardziej bożonarodzeniowo, a mniej jarmarcznie...

 te kolorowe dachy to nie stragany świąteczne, tylko stoły do spożywania na stojąco fast foodów

a tu stragany z bursztynkami i rozgadanymi polskimi sprzedawczyniami

Choć czasami wydaje mi się, że wszystko jedno jak będzie wyglądał ten stragan i gdzie będzie stał, bo i tak to właśnie czekanie sprawia mi więcej frajdy niż same Święta i żaden jarmark, bądź jego brak tego nie zmieni. ;)

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...