niedziela, 21 października 2012

nie ma mnie, nie ma postów

Siedzimy w Wa-wie schowani za tutejszą mgłą i posiedzimy jeszcze trochę, tak więc kolejny wpis - w listopadzie, bo jakoś nie przystoi pisać o Lipsku z daleka. ;)

czwartek, 11 października 2012

mieszkania pod wynajem

Szukamy mieszkania. W obecnym nie istnieje cisza nocna i to wykańcza ficzycznie i psychicznie.

Przyzwyczajeni jesteśmy do rynku warszawskiego. tj szukam ogłoszenia o wynajmie, idę oglądać, wynajmuję lub nie, podpisuję umowę. Oczywiście, każda dzielnica - zarówno w Warszawie, jak i tutaj - ma swoją specyfikę, ceny, standard wykończeń, itd., ale jednak tu spotkał nas spory szok kulturowy.
Najbardziej interesuje nas jedna dzielnica, a której mamy blisko do szkoły, parków, itd. 
Po dwóch miesiacach życia tutaj jesteśmy mądrzejsi o taką wiedzę:
1. większość tutejszej zabudowy to stare kamienice i wszystko to, co się z nimi wiąże: zagrzybiałe, ogromne piwnice, wysokie (często drewniane) schody, które dudnia i skrzypią gdy ktoś się po nich wspina, brak wind; ale także wysokie okna, 3,5m wysokości w mieszkaniach, zdobienia cieszące oko na fasadach, drzwiach, itd.
2. mieszkań jest mało, a chętnych dużo.
3. w związku z powyższym chętni znajdują się na wszystko: zdarte do połowy tapety, czy poplamione wykładziny są wcale nierzadkim widokiem.
4. jak pisałam wcześniej - w ogromnej większości zabudowy kuchni brak
5. agenci nieruchomości posługujący się wyłącznie niemieckim to norma, zdarzały nam się przypadki odkładania słuchawki na nasze próby porozumienia się po angielsku!

Niezrażeni przystąpiliśmy do ataku. Przeszukujemy ogłoszenia, TaTolek wysyła maile, umawiamy się na oglądania. Ściślej - próbujemy się umówić, udaje się w około 20% miejsc, reszta nie odbiera telefonów, nie odpisuje na maile, odkłada słuchawkę, ale już jest nieaktualna. W porównaniu z tempem obsługi warszawskiej w tym momencie po raz pierwszy  "zbieraliśmy szczęki z podłogi". Tydzień to średni czas oczekiwania na jakąkolwiek reakcję agentów po wysłaniu zapytania o konkretne ogłoszenie.
Przebrnęliśmy przez to, pokonaliśmy problemy językowe, jesteśmy super elastyczni co do godzin oglądania - zaczynamy zwiedzanie.
- mieszkanie pierwsze: jest ok, nieco przechodzone, tramwaj zasuwa pod samym nosem, ale lokalizacja bardzo nam pasuje. Niestety, jesteśmy jedną z wielu chętnych (i wspólnie oprowadzanych) par. Agentka "mimochodem" daje nam znać, żebyśmy sobie szukali czegoś innego. Dlaczego? Tego nie wie nikt: nie spodobaliśmy się? dzieci były za głośno? jesteśmy Polakami? wszystkie opcje możliwe, grunt, że mieszkanie odpada.
Mieszkanie drugie: w ogłoszeniu jest zdjęcie starej kamienicy i projeket mieszkania. Ryzykujemy, bo piekarnia naprawdę przycisnęła nas do muru. No i tu szczęka mi opadła i pozostała luźno chwiejąc się na wysokości podłogi... oto, co oglądaliśmy:







Mimo mojej nieskończonej wyobraźni, mam pewien problem z wyobrażeniem sobie jak będzie po wykończeniu. Nie znamy koloru ścian, podłogi, parapetów; kable nie są jeszcze położone, wody brak. Za miesiąc można się wprowadzać. :D Oczywiście pod warunkiem, że tym razem spodobamy się wynajmującemu i dopuści nas do konkursu...

aaa! no właśnie! nie napisałam o konkursie. Jak już obejrzy się mieszkanie, zachwyci nim, zdecyduje na nie, zaczyna się biurokracja: wypełnia się dokumenty u agenta, podając m.in. zarobki, liczbę osób w rodzinie, w ogóle dane wszelakie, sięgające niemal ocen na maturze. Dokumenty wszystkich potencjalnych najemców trafiają do właściciela i ten -wybiera szczęśliwca.

Kiedy szczęście się do nas uśmiechnie? Tego nie wie nikt. Jutro kolejna część oglądania. Zobaczymy co tym razem nas zadziwi.

wtorek, 9 października 2012

Lipskie ZOO

Lipskie ZOO jest jednym z największych i najstarszych w Europie (powstało w 1878 roku), a internet aż się roi od niezwykle zachęcających opisów, takich jak np. ten:
"To zoo miał rocznik staro zoo z nowoczesnymi akcentami zwierzęcia siedliska. To nie było twoje średnie zwierząt w klatce spojrzeć na słabe rzecz być nieszczęśliwy zoo. Miał trochę część jego środowisku. Jest to dość duży i przestronny i nie mogliśmy pokryć wszystkie. To jest jeden, który chcesz iść wcześnie rano, aby zmaksymalizować czas. Zoo znajduje się w mieście i parking było łatwo dostępne w garażu po drugiej stronie ulicy". (z strony: http://pl.tripadvisor.com/Attraction_Review-g187400-d243683-Reviews-Leipzig_Zoo_Zoologischer_Garten_Leipzig-Leipzig_Saxony.html)
No, jak zoo jest łatwo dostępne w garażu - to trzeba je zwiedzić!


Ponieważ w zeszłą środę świeciło piękne słońce i było święto narodowe, a tym samym - dzień wolny do szkoły i pracy - ruszyliśmy na podbój ZOO. Wzmożone korki w okolicy, zero miejsc parkingowych, oraz pielgrzymki wzdłuż chodników nie wróżyły dobrze, ale przecież obiecaliśmy dzieciom... Okazało się, że na ten sam pomysł co my, wpadło chyba 90% lipszczan. Byliśmy twardzi i postanowiliśmy czekać w kolejce, no bo jak to ZOO jest takie wielkie (22ha), to na pewno tłum się rozproszy za bramą... Porządek w kolejce panował mniej więcej taki, jak na ogół w Lipsku, czyli kto pierwszy ten lepszy. "Zaledwie" godzinę później udało nam się przebić do kasy i kupić bilety.



Ja byłam zmarznięta, Olcia potwornie znudzona, Tolek zmęczony, a TaTolek... zaciskał zęby. Weszliśmy. I ugrzęźliśmy w kolejce do akwariów. A potem w kolejce do słoni, a potem w kolejce do jednej z największej atrakcji - pongolandu, czyli ogromnej krainy małp przeróżnych.

Niestety, z tymi przyjaznymi zwierzętom ZOO(ami) to jest tak, że one faktycznie są przyjazne zwierzętom, które mają ogromne wybiegi i dużo miejsca do chowania się. Jednocześnie są nie do końca przyjazne ludziom, którzy chodzą zbici wąskimi ścieżkami. Tak więc staliśmy w tłumie ludzi (tłum był taki, że nie dawało się zrobić zdjęć; mamy tylko kilka takich jak to, gdzie było na tyle daleko od wszelkich atrakcji, że można było na chwilę przestanąć i pooddychać w miarę czystym powietrzem; mina Tolka pokazuje jak było fajnie) i nie bardzo nawet mieliśmy możliwość wycofania się, bo ścieżki w ogromnej większości były jednokierunkowe.
W końcu doszliśmy do tego, na co najbardziej czekałam, czyli ogromnego "namiotu", ze zwierzętami z  Azjii i Afryki, w którym pływa się łodziami i ogląda skaczące nad głową małpy. Niestety, okazało się, że nie można wejść z wózkiem, a Olcia ten jedyny raz postanowiła uciąć sobie drzemkę.  Odpuściliśmy.
Tolek najbardziej czekał na knajpkę, w której siada się na tarasie, a wokół biegają zebry, ale tam w ogóle nie było szans się dopchnąć. Odpuściliśmy.
W końcu pusty śmiech nas ogarnął. Byliśmy na ogromnej przestrzeni, pośród setek zwierząt, których nie mogliśmy zobaczyć i pośród tysięcy rodzin, spędzających dzień wolny. Rodzin wściekłych, pokłóconych, umęczonych, spoconych, przepychających się i nerwowo szukających dzieci. Rodzin, które wysadzały dzieci w krzakach, bo do WC stały koszmarne kolejki, jedzących śniadania przyniesione z domów, bo to knajpek i bud nie było szans się dopchnąć.  Rodzin zdezorientowanych, bo bilety nie są tanie (40e bilet rodzinny) i głupio wycofać zaraz po wejściu, a nie wiadomo jak uciec od tłumu w środku...
W ten prosty sposób MaTolki poszły do ZOO i postanowiły odpuścic oglądanie zwierząt. Nie było sensu i nie bardzo była możliwość. Skupiliśmy się na budynkach, rzeźbach, posążkach i posągach:



A najfajniejszą atrakcję i tak Tolek wynalazł tuż przed wyjściem:

Tym samym wyprawę uznał za zaliczoną, a charakterystyczny smrodek wielbłąda towarzyszył nam aż do domu.

PS. Najpiękniejsze ZOO jakie widzieliśmy, to helsińskie, do którego płynęliśmy promem, bo mieści się na wyspie na Bałtyku. Tamtejszym wielbłądom garby leżą jak puste worki rzucone niedbale na plecy. Tłumaczono nam, że to dlatego, że nie magazynują wody, ponieważ dostają jej tyle, żeby nie czuły pragnienia. Czy to znaczy, że w większość ogrodów zoologicznych wielbłądy sa trzymane w stanie (nie)lekkiego spragnienia?!  



poniedziałek, 8 października 2012

ordnungu szukam z utęsknieniem

Jedno z pierwszych skojarzeń naszego przeciętnego polskiego rozmówcy przed wyjazdem:
Niemcy - ordnung muss sein.
Było tysiąc rad, porad i ostrzeżeń: "ale wiecie, to męczy"; "oni wszystko robią tak, jak prawo każe, nawet jak to nieludzkie", "szwab to będzie poukładany, karny i punktualny", "zobaczycie jaki oni tam mają wszędzie porządek", "tam niczego nie można robić po swojemu", itd., itp.
W Finlandii nazwaliśmy to wyższym stopniem ucywilizowania społeczeństwa i bardzo nam się podobało: że jak jest jeden (pusty) pas dla jadących prosto i drugi (zakorkowany) dla skręcających, to nikt nie ma pomysłu na wciskanie się; że jak jest przejście dla pieszych, no nikt nie przechodzi na skróty; że czyjaś własność jest święta i nawet w dużych sklepach mogłam zostawić wózek z torebką na środku i iśc z dzieckiem do toalety i wszystko na nas czekało w stanie nienaruszonym; że jak ktoś biegł do autobusu (co rzadko się zdarza, bo wszystko działa jak w zegarku), to kierowca zawsze czekał. Nawet do tych dziwniejszych zasad szybko się przyzwyczailismy, jak np. to, że jak trzy razy zakłócisz ciszę nocną i zostanie wezwana policja, to MUSISZ się wyprowadzić nawet, jeśli to twoje własne mieszkanie. Zasady fińskie - nawet jesli czasem początkowo budziły zdziwienie - szybko okazywały się przydatne i ułatwiające życie.
Słuchając o "ordnungu" spodziewałam się właśnie czegoś w tym stylu.
Lekko się zaniepokoiłam przy czytaniu umowy najmu mieszkania: "w godz. 13:00-15:00 obowiązuje cisza dzienna; w tym czasie starzy ludzie i dzieci wypoczywają i nie można hałasować, w tym nastawiać prania, odkurzać, itd.", "nie wolno używać zmechanizowanej suszarki do ubrań w pomieszczeniach", "wychodząc z mieszkania trzeba zostawiać zamkniete na klamkę wszystkie drzwi wewnętrzne" - nie bardzo lubię, jak ktoś mi wyznacza zasady panujące w moim mieszkaniu... no, ale cóż, jak już ten ordung muss... to niech będzie, przecież chroni też nas, a Olka śpi w dzień, a drzwi to przecież i tak zamykamy....
Przeprowadzka, oswajanie nowego miejsca, poznawanie zasad - minęły dwa miesiące. I co?
i wielka d... że się tak kolokwialnie wyrażę. Gdzie ten ordnung?! Marzę o nim, tęsknię za nim, potrzebuję go natychmiast!!
A dlaczego? Jeszcze chyba nigdy w życiu nie byłam w mieście, którego mieszkańcy tak bardzo nie przjmowaliby się zasadami, a przy okazji - innymi ludźmi po prostu.  No, może w Brazylii było podobnie, ale za to z urokiem południowców którego tutaj nie ma.

1.  o parkowaniu już pisałam - zastawianie w całości przejścia dla pieszych to normalka; już niejednokrotnie cofałam się po kilka-kilkanaście metrów, żeby znaleźc lukę między autami na tyle dużą, żebym się mogła z wózkiem przecisnąć
2. przez ulicę przechodzi się w miejscu dowolnym (pasów jest bardzo mało), a na światłach - tylko do połowy na zielonym; chyba, że się biegnie, ale z wózkiem i tak się nie wyrabiam. Wszyscy idą spokojnie i zupełnie się ta czerwoną połową nie przejmują.
3. Rowery jeżdżą jak chcą. Rowerzysta przemykający środkiem skrzyżowania na czerwonym świetle to normalka. Głowa kierowcy samochodu w tym, żeby dotrzeć na druga stronę skrzyżowania bez staranowania szaleńców na dwóch kółkach (kasków brak).
4. petardy wieczorem, w nocy - w ilościach dowolnych. Jak nam jedna strzeliła tuż pod oknemm czyli jakieś 3 m. ode mnie, to mnie zatkało ze strachu, zanim zrozumiałam co się dzieje.
5. Klaksony są na porządku dziennym i nocnym, niestety. Pospieszenie trąbieniem partnerki do auta, w nocy, na środku ulicy w pełni zabudowanej, wąskiej, odbijającej echem nawet najmniejszy stuk - daje wrażenia bezcenne.
6. cisza nocna nie istnieje. Mieliśmy to nieszczęście, że wynajęliśmy mieszkanie z piekarnią za ścianą. Zachwycaliśmy się zapachem bułek i świeżym pieczywem na śniadanie... nie wpadliśmy na to, że bułeczki piecze się... nocą. Tak od 1:00 do 5:00 buczą maszyny, działają wielkie mieszadła, blachy uderzają o siebie, a pedantyczna kobieta zza lady zamiata, uderzając raz po raz szczotką w ścianę od naszej sypialni.

Dzisejsza noc wyglądała tak:
zasnęłam koło 23:00
1:30-3:00 - pobudki, spowodowana hałasem; półtorej godziny chodziłam do Olci, żeby w końcu udało Jej się zasnąć.
4:00 - tym razem mnie obudził hałas zza ściany (z piekarni)
gdzieś pomiędzy - ktoś trąbił pod oknem, żeby żona się pospieszyła. Obudził TaTolka i mnie.
5:30 - sąsiad z przeciwka odebrał telefon pod naszymi drzwiami. Obudził TaTolka i mnie.
6:15 - Olcia obudziła się na jedzenie
7:30 - wstajemy


Ze wszystkiego, czym nas straszono, potwierdza się jedno: saksończycy sa niesamowicie punktualni, ale to akurat w nich cenię. Jak się jeszcze nauczą się respektować prawo i zasady, to już prawie dołączą do zachodu.

piątek, 5 października 2012

Zico

Przez ostatni tydzień zbierałam pomysły i zdjęcia na kolejne wpisy.
I wczoraj, kiedy już miałam zabrać się do pisania, zmarł nasz ukochany pies.
Dlatego dziś - epitafium dla Zica. Najwspanialszego psa pod Słońcem.


Tu jest ten początek jego historii, który znamy: http://www.sosbokserom.com.pl/index.php/pl/component/psy/?task=pokaz&pies_id=170

Początkowo Zico ignorował Tolka - ku wielkiej rozpaczy tego ostatniego, stęsknionego kompana do zabaw. Z czasem okazało się, że pies traktował dziecko trochę jak niesfornego szczeniaka, schodził Mu z drogi, żeby nie zrobić niechcący krzywdy. 
W końcu się dogadali. Tolek został kompanem do zabaw:


spacerów: 

do domowych szkoleń:

opowiadania bajek na dobranoc (to pierwsza wspólna noc): 

 i na dzień dobry:

Stał się też powiernikiem Tolkowych tajemnic:

Przyjacielem:

TaTolek na zawsze pozostał ukochanym panem i tym, którego polecenia należy odgadywać jeszcze zanim zostaną wypowiedziane na głos: 





a Zico był  psem wyszkolonym, stróżem domu:



Z czasem pojawiła się też Olcia. Zico, zaprawiony w bojach z Tolkiem, "bawił się z Nią statycznie" i z niekończącą cierpliwością pozwalał się głaskać. Był na tyle wyrozumiały, że musieliśmy trzymać Małą jak pies jadł, bo wyjadała Mu z miski i próbowała wyciągać jedzeniez pyska. A Zico - oddawał i przychodził do mnie po pomoc. 


Tak minęło 2,5 roku. Cały czas wydawało nam się, że mamy silnego i w miarę młodego psa i tylko po dłuższych spacerach widzieliśmy, że coś kndycja mu siada...  

13 czerwca wróciliśmy do domu. Zico, jak zwykle, przywitał się z nami zwijając się z radości, wyszedł z TaTolkiem za furtkę i zemdlał. Po prostu padł. 15 minut potem był na stole operacyjnym u weterynarza. Diagnoza była jednoznaczna: nieoperowalny rak podstawy serca, stan zapalny. Wtedy udało się go uratować. 
Tylko, że to już nie był ten sam pies. Tego jednego dnia postarzał się o parę lat. Zaczął mu szwankować kręgosłup, stawy, męczył się nawet 10minutowymi spacerami, gorzej słyszał, widział; efektem ubocznym leków na serce było systematyczne rozwalanie przewodu pokarmowego.


Od miesiąca coraz częściej dyszał jak po przebiegnięciu maratonu, szwankował mu pęcherz, żołądek. Ponieważ nie miał siły się normalnie kłaść, to rzucał się na ziemię. Kilka dni temu na łapach pojawiły się od tego krwawe rany; łysiał, siwiał, żegnał się z nami. To było widać, słychac i czuć. 

Wczoraj wywrócił się. I od razu wiedziałam, że to "już". Leżał skowycząc z bólu i wyraźnie czekał, aż TaTolek dojedzie z pracy. Tolek był w szkole. Siedziałyśmy z Olcią i głaskałysmy, żeby leżał spokojnie. Kiedy TaTolek przyjechał, pies po raz ostatni zamachał ogonem i dżwignął się na cztery łapy. Potem wywrócił się, a oczy zaszły Mu mgłą. 
TaTolek zawiózł Go do weterynarza. Tam stwierdzono znaczne wychłodzenie ciała, zanikanie hematokrytu, bladość fafli i oczu. Ponieważ TaTolek upierał się, żeby jeszcze jakoś Mu pomóc - zrioniono rtg, które wykazało pełen przewód pokarmowy krwi. Prawdopodobnie miał przerzuty. Mogliśmy jeszcze przedłużyć Mu zycie o dzień-dwa robiąc transfuzję, ale do tego musiałby jechać do kliniki, do której transportu pewnie by nie przeżył. Operacja nei wchodziła w grę, bo nei wytrzymałby żadnej narkozy. 
Usnął sobie spokojnie, obok ukochanego TaTolka. Pana, którego sam sobie wybrał i którego zawsze uwielbiał nad życie. 


Zawsze podchodziłam do takich opisów w pobłażliwym uśmiechem na twarzy. Bo to tylko pies.

ale Zico był Najwspanialszym Psem na Świecie. 
I choć czasem miałam dosyć sierści w miejscach, do których nie miała prawa  się dostać, 
choć wkurzały mnie wieczne aromaty psich bąków w domu,
choć wściekłam się na konieczność ściarania zaschniętej śliny ze ścian....
to okropnie za nim tęsknię. 
Co chwila się łapię na nasłuchiwaniu czy równo oddycha, sprawdzaniu czy nie trzeba mu dolać wody i planowaniu, o której iśc na spacer.


 

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...