środa, 28 listopada 2012

oko za oko czyli z niemiecką służbą zdrowia spotkanie drugie

Tolek jak choruje, to na całego. Nie patyczkuje się chłopak. W czasie ostatniej wizyty w Polsce zaserwował: ostre zapalenie krtani i migdałów, zapalenie gardła oraz ostre, obustronne zapalenie uszu. Katarek czy kaszelek to "każdy głupi" potrafi zaserwować.

Minął miesiąc od powrotu do Lipska, więc Tolek postanowił przetestować niemiecką służbę zdrowia i mamusię przy okazji. Otóż w piątek odebrałam Go ze szkoły w takim stanie:


Nie, Tolek nie dostał w twarz. Oko bolało i puchło "od środka". Oczywiście, Tolek nie wadzi nikomu, w szkole więc schował siniaka za okularami i tak dzielnie przetrwał cały dzień z daleka omijając pielęgniarkę. A jak Go odebrałam, to wszystkie zwykłe placówki medyczne właśnie zamknięto na weekend. I tak zostaliśmy: bez samochodu, bez TaTolka, który służbowo bawił akurat w Wa-wie, bez pomysłu dokąd pojechać, za to z Olką, która głośno domagała się powrotu do domu. MaTolka użyła całej swojej (nie)wiedzy do leczenia oka domowymi sposobami, a TaTolek bladym świtem ruszył z Wa-wy, żeby jak najszybciej być z nami. Do rana sytuacja nieco się uspokoiła. Opuchlizna zeszła, zasinienie także. Leciały trochę łzy i zez był nieco większy niż normalnie. Nic poza tym. Uznaliśmy, że nie ma co jechać do szpitala i tak - w błogiej nieświadomości i przekonaniu, że jest coraz lepiej - dotrwaliśmy do poniedziałku wieczorem, kiedy do Tolek zaczął skarżyć się na cieknące łzy i światłowstręt. W nocy nie spał. Snuł się po domu i twierdził, że "czuje się nieswojo", ale nie umiał tego nazwać. Miał coraz bardziej podgrążone oczy.
W związku z powyższym we wtorek jednak ruszyliśmy do okulisty.

Tu nastąpiło spotkanie numer dwa z niemiecką służbą zdrowia. I, mimo ogromnej obawy MaTolka, było super. Panie mówiły nieco po angielsku. Zdjęcie z piątku spowodowało, że uznały Tolka za przypadek nagły. Okazuje się, że tu są zapisy na zwykłe badania - i wtedy czas oczekiwania wynosi około 6 miesięcy. Ale oza tym są "godziny przypadków nagłych" - półtorej godziny dziennie codziennie lekarze czekają na tych, którym coś się stało.


Okulista zbadał oko i obrzucił MaTolka wielce mówiącym spojrzeniem za to czterodniowe leczenie domowe. Otóż Tolek chodził przez ten czas z kawałkiem platiku wbitym w oko. Plastik solidnie się już zatopił, uszkodzona rogówka zaczęła to coś obrastać. To "coś: było przezroczyste, a więc niewidoczne, za to świetnie rozszczepiało światło. To dlatego Tolkowi przeszkadzał nadmiar słońca i podobno niewiele przez kilka dni widział chorym okiem.
Zapuszczono krople znieczulające, unieruchomiono Tolka, okulista przystąpił do Niego z metalowymi szczypcami (TaTolkowi i MaTolkowi nieco ugięły się w tym momencie nogi z wrażenia). Tolek dzielnie ani drgnął, ciało obce zostało usunięte.
Ostatni tydzień był podsumowaniem pierwszego semestru i Tolek codziennie miał naprawdę trudne testy z matematyki. Nie bardzo wiemy jak zdołał zrobić cokolwiek średnio widząc, z bolącym okiem...
Po tej "przygodnie" została uszkodzona rogówka, która ma się zagoić w ciągu tygodnia, antybiotyk oraz gigantyczny kac moralny MaTolka, że nie zadziałała bardziej zdecydowanie w piątek.
Plus sytuacji to odczarowanie niemieckiej służby zdrowia. Jak już trafi się na gabinet, gdzie znają angielski, jest miło (okulista tylko zwrokiem pokazał co myśli o MaTolku za domowe leczenie), kulturalnie (lekarz wychodzi do każdego pacjenta z gabinetu przywitać się, nie pomija przy tym dzieci, na koniec żegna uściskiem dłoni), fachowo (wyposażenie gabinetu powodowało, że nawet zdrowe oko bielało), szybko (wizyta kontrolna za tydzień) i tanio (tj. w ramach zwykłego ubezpieczenia zdrowotnego).  Mam nadzieję, że tak już zostanie.

wtorek, 27 listopada 2012

balkon jak biały kruk

W starych kamienicach nie było balkonów, ani tarasów. Wiele kamienic ma teraz dorobione metalowe konstrukcje "od zaplecza", żeby nie psuły widoku. Są wielkie, mocne, pieknie wpadają w rezonans i  rzeczywiście dobrze, że są schowane.
Zdarzają się jednak stare perełki: misterne konstrukcje drewniane, żeliwne esy-floresy, kamienne tarasy. I te - kolekcjonuję:





CDN.

piątek, 23 listopada 2012

mroźny poranek


Dziś w nocy był przymrozek. Rano powitała nas temperatura "ledwoplusowa", szron i piękne słońce. Było tak urokliwie, że nawet męski Tolek idąc do szkoły zapatrzył się na grę światła pomiędzy drzewami parkowymi.  Z tej okazji Olka postanowiła wyjątkowo nie drzeć się w wózku i udało nam się pójść o niezwykłej dla nas porze na spacer.


Przynajmniej połowa znanych mi młodych stażem mam ma nierozwiązywalny problem: co wybrać? Pracę, karierę, stabilizację finansową, potrzebę własnego rozwoju i częściowo "zupełnie swojego" życia, czy też spokojne wychowywanie dziecka, wpomaganie go w rośnieciu na dobrego i uczciwego człowieka; otaczanie go opieką, czułością, ciepłem rodzinnym w każdym momencie, w którym tego potrzebuje, a czasem także wtedy, kiedy nie za bardzo tego chce. Z pierwszym wyborem łączy się na ogół wieczny wyrzut sumienia i poczucie nierobienia wszystkiego tak, jakby się chciało. Zwyczajnie brakuje czasu na bycie idealną pracownicą, matką, żoną i kochanką. Standardowe "czy dobra nie mogłaby mieć 48 godzin", albo "chciałabym czasem rozciągnąć czas jak gumę" pada prędzej czy później. Wiem, bo sprawdziłam na własnej skórze.
Z kolei z drugą opcją, tj. porzuceniem pracy na rzecz życia rodzinnego, wiążą się często "schody finansowe", wiecznie obecna z tyłu głowy myśl "czy ktoś jeszcze będzie mnie chciał do pracy jak dzieci dorosną" i rozważania co by się robiło gdyby się wybrało co innego... wiem, bo - nie do końca z własnej woli - też sprawdziłam na własnej skórze przy Tolku.
Próbowałam też opcji pośredniej, tj. prowadzenia własnej firmy z Olcią pod pachą, pomiędzy Tolka szkołą, zajęciami dodatkowymi, a spacerami z psem i - nawet czasem - kolacją z TaTolkiem. Idealnie podumował to Tolek mówiąc, że przywykł już, że jak obudzi się o dowolnej porze w nocy, to "nie musi się bać, bo widzi światło i wie, że MaTolek siedzi przy komputerze i pracuje". To dopiero była jazda bez trzymanki i wydzieranie czasu na pracę kosztem wszystkich i wszystkiego!!!
Natomiast z punktu widzenia dziecka znam wyłącznie dom pachnący ciastem, czekającym obiadem i Mamą, która zawsze jest. Znam plusy i (tak, tak!) liczne minusy tego układu. Im człowiek bardziej nastolatkowy, tym tych minusów robi się więcej. ;) Nie wiem jak jest wracać do pustego domu. Tego nigdy nie poznałam. 

Postawiliśmy na głowie wszystko, zagraliśmy va banque. Przeprowadziliśmy się prawie 1000 km od dotychczasowego domu, zamknęłam firmę, Tolek zmienił szkołe, TaTolek pracę, pozbyliśmy się niań i Babć do pomocy. Jest zupełnie inaczej. Jest dobrze.


Dzięki zmianom w MaTOlkowym życiu, znowu mam czas na spacery, zachwycanie się na równi z Olką oszronionymi listkami, na karmienie kaczek (i nutrii), podziwianie wspomnianej gry światła słonecznego.
Mam też czas na czytanie moich ukochanych książek, uczenie się języków, ćwiczenie i zajmowanie się tym wszystkim, na co zawsze miałam ochotę, a co czekało na niewiadomo-kiedy, bo na emeryturze fizycznie już nie wszystkim marzeniom bym podołała. 

Dziś było naprawdę magicznie...


środa, 21 listopada 2012

o szkole słów kilka cz. 1.


  wspomniane poniżej drewniane auto świetlicowe

Tolek nie chodzi do szkoły niemieckiej, tylko do międzynarodowej. To powoduje, że nie umiem absolutnie nic powiedzieć o "rdzennie tutejszym" szkolnictwie, za to z zapartych tchem obserwuję to czego i jak dzieci uczone są w szkole Tolka.
Otóż okazuje się, że szkoła uczy tu przede wszystkim... myślenia i pracy w grupie. Pojęcia wyświechtane i powtarzające się często w rozmowach o szkołach i przedszkolach w Wa-wie, tutaj nagle nabieraja kompletnie nowego znaczenia.
Sama świetlica powoduje u mnie stale szok i szorowanie szczęką po ziemi. Świetlica jest osobnym budynkiem z ok. 15 salami oraz ogromnym placem zabaw, pełnym zabawek, ścian wspinaczkowych, boisk, szachownic namalowanych na ziemi, szczudeł, itd., itp.

 Tak znalazłam Tolka drugiego dnia szkoły na świetlicy

Wszystkie przerwy (niezależnie od pogody) dzieci spędzały do tej pory na dworze. Nikt nie mówi dzieciom w co się mają ubrać, kiedy, jakie buty założyć. Muszą wiedzieć sami. Kilkukrotnie odbierałam Tolka przemoczonego na wylot, bo nie wpadł na to, żeby założyć kurtkę jak zaczęło padać. Ostatnio nie chciało Mu się cofnąć po kurtkę jak odkrył, że jest mróz. Zachwycony pobawił się w samej bluzie szronem, przemarzł na kość i teraz sam pamięta, żeby sprawdzić temperaturę i odpowiednio się przygotować. Proste? Bardzo, ale w Polsce niewyobrażalne. Przypominają mi się mamusie, które obrażonym tonem dyskutowały w Polsce ze świetliczankami, że nie dopilnowały, żeby dzieci założyły bluzę, zdjęły czapkę i czy zmieniły buty. 

 część boiska widziana z dachu szkoły (który to dach jest jednocześnie placem apelowym)

drewniany statek naturalnej wielkości, do zabawy

Teraz, kiedy wcześnie robi się ciemno, dzieciaki o 16:00 są spędzane do budynku świetlicowego, bo po prostu na dworze ich nie widać. Każda sala świetlicowa ma inny temat przewodni: jest np. kosntruktorska, pełna klocków wszelakich, twórcza - z kredkami, farbami i papierem, jest nawet - ku ogromnej radości mojej latorośli - sala nintendo, wypełniona na ogół chłopcami. Ciekawostka: wszystkei sale mają jedną ścianę w pełni przeszkolną. To powoduje, że nawet maniacy gier jak tylko można wybiegają na dwór, bo żal mi obserwować przez szybe grających w piłkę kolegów. Żadna fifa z tym nie wygra.

budynek świetlicy widziany od strony boiska

Prace domowe, których jest bardzo dużo, też zaskakują, np. teraz dzieci uczą się mnożenia do 20. W naszej Polskiej szkole powodowało to prace domowe typu "wpisz odpowiednie rozwiązanie" czy "dopisz na osi brakujące liczby". Tutaj wygląda to tak: "zapisz jak najwięcej działań, których wynik jest mniejszy lub równy 20", "narysuj plakat, obrazujący mnożenie do 20" (wskazówek dodatkowych brak). Kiedy dzieciaki uczyły się o jedzeniu, praca domowa brzmiała "zjedz coś, czego nigdy nie jadłeś i opisz jakie było", napisz przymiotniki, które mogą służyć do opisu jedzenia".

A na czym polega praca grupowa? Np. dzieci uczą się co to walec, kula, stożek. Jak? Dostają rysunki i mają ułożyć te figury z własnych ciał. Im ich więcej, tym im łatwiej, więc szybko "łapią", że w grupie raźniej.
Na świetlicy sa wielkie, drewniane auta, którymi można jeździć. Warunek? Ktoś inny musi je pchać. Dzieciaki do razu łączą się w grupy, bo wtedy samochód szybciej jeździ, a kierowcy zmieniają się co jakiś czas.
Na boiskach leżą piłki do kosza i piłki nożnej. Potrzeba tylko drużyn i można szaleć... wtedy okazuje się, że najlepiej mieć kolegów ze wszystkich roczników - szybciej powstają składy, starsi są silniejszy, szybciej biegają... w ten sposób nie dość, że dzieciaki ze soba współłracują, to jeszcze zanikaja podziały między rocznikami - każdy bawi się z każdym jak z równym. I tylko fakt, że Tolek niektórym kolegom na luzie wchodzi pod pachę pokazuje mi, że niewątpliwie bawi się nie tylko z równolatkami.

 droga do szkoły pierwszego dnia - Tolek i TaTolek

nawet w takiej fajnej szkole pierwszego dnia człowiek, który nie ma żadnego wspólnego języka ze wszystkimi nauczycielami i uczniami, ma speszoną minę

Mam wrażenie, że to, co w polskiej szkole jest szeroko dyskutowane i wprowadzane w ciężkich bólach za pomocą reguł, zakazów i nakazów, tu wychodzi naturalnie i mimochodem, a dzieci nawet nie wiedzą, że coś im się w ten sposób przekazuje.

poniedziałek, 19 listopada 2012

iż Polacy nie gęsi...

Setki razy słyszałam od Polaków " mój angielski to jest za słaby", "to moja pięta achillesowa", "ja się wstydzę", "mam blokadę". Podobno badania wykazują, że niepewna swoich umiejętności kobieta raczej zamilknie, niż zrobi błąd, podczas gdy mężczyzna zupełnie nie przejmując się swoimi błędami, zajmie się celem nadrzędnym, tj. porozumieniem się.

W Finlandii utwierdziłam się w przekonaniu, że to wszystko prawda, że Polacy mają przed sobą jeszcze lata nauki i zmian w oświacie, zanim wyjdziemy ze szkół z angielskim na niezawstydzającym poziomie. W Helsinkach i okolicy po angielsku mówi każdy - sprzątacze, kierowcy autobusów, hydraulicy, robotnicy, sklepikarze, każda osoba zaczepiona na ulicy, urzędnicy i biznesmeni. Problemy z porozumieniem się miewali tylko ludzie w wieku moich dziadków. Na dodatek Finowie mówią po angielsku praktycznie bez "swojego" akcentu - miło posłuchać. Wieść gminna niesie, że  - wiedząc, że ich język należy do ugrofińskiej, a więc najtrudniejszej grupy językowej - zdają sobie sprawę, że muszą uczyć się innych języków, żeby dogadać się ze światem. Faktem jest, że po szkole podstawowej mówią biegle trzeba językami (fiński, szwedzki plus jeden obcy), a w liceum dodaja jeszcze kolejne dwa.


Z tymi wszystkimi przemyśleniami przyjechałam do Lipska i zostałam mocno zaskoczona. Otóż angielski jest tu praktycznie nieznany. Nie ma mowy, żeby dogadać się na ulicy, w sklepie, ciężko bywa w aptece. Kurierzy, elektrycy, kierowcy komunikacji miejskiej milczą jak zaklęci, albo mówią po niemiecku i mają w nosie, że nic nie rozumiem. Jasne - jestem u nich, muszę się dostosować.
ALE jak dziecko ma 40st. i przerażona szukam lekarza, to fajnie byłoby mieć szansę znaleźć takiego, który zrozumie, co mówię; albo jak się zgubię na ulicy, to miło byłoby mieć świadomośc, że w razie czego ktoś pomoże mi się odnaleźć. Po prostu: zdarzają się w życiu sytuacje, kiedy człowiek potrzebuje pewności, że będzie sę mógł skupić na problemie, a nie na szukaniu jakiejkolwiek możliwości choćby podstawowego porozumienia się z otoczeniem. A brak tej pewności - jak w Lipsku - niezwykle zaburza poczucie bezpieczeństwa.

Co dziwi - to nie jest tak, że starzy nie mówią, a młodzi potrafią. Tu angielski "na ulicy" spotkać ciężko, niezależnie od wieku rozmówców. Poza tym lipszczanie posługują się nim niezwykle niechętnie i już kilka razy moi rozmówcy błysnęli angielskim w ostatnim wypowiadanym zdaniu, wcześniej twardo gadając po niemiecku mimo mojej zdezorientowanej miny.

Oczywiście, Lipsk to nie stolica i ciężko porównywać go do Warszawy czy Helsinek. Nie mniej dzięki temu wyjazdowi odkryłam, że język angielski Polaków jest na całkiem niezłym poziomie i pora do lamusa odłożyć przekonanie, że "nie umiemy, nie potrafimy i musimy się wstydzić". Językowo jesteśmy całkiem nieźli, pora w to uwierzyć i uczyć się jezyków z prawdziwą przyjemnością.

piątek, 16 listopada 2012

niemiecka oszczędność

Chwilę przed wyjazdem z Polski czytałam felieton Agaty Passent o Berlinie - że tam dopiero można się nauczyć co to jest recycling. Po kilku miesiącach w Lipsku pozostaje mi jedynie przyznać Jej rację. 
WSZYSTKO może się jeszcze przydać. Na porządku dziennym są powystawiane pudła z napisem "DO WZIĘCIA" - to rzeczy niepotrzebne właścicielowi, które szukają nowych domów. I znajdują ich! Stare skarpetki, ukruszone kubki, mocno przechodzone buty, wielokrotnie (wieloletnio) używane zabawki, itd., itp. Wszystko znajduje nowego właściciela, a często - także nowe zastosowanie.
Może to dlatego, że tyle zachodu potrzebne jest do wybrania odpowiedniego śmietnika do wywalenia staroci, może to oszczędność, może niemieckie charaktery, a może sto innych powodów.



To skłoniło mnie do rozmyślań nad pogonią "w celu posiadania". Co chwila coś kupujemy, potrzebujemy,  czegoś szukamy, coś wymieniamy na nowsze/lepsze/"modniejsze". Ta tandencja nasila się zwłaszcza teraz, w okresie przedświątecznym. Powstają listy prezentów wymarzonych, oczekiwanych, potrzebnych. Wchodzę do pokoju Olki i za głowę się łapię ile tam plastikowego barachła, we wszystkich kolorach tęczy, z mocną przewagą koszmarnego różu, ile ciuszków z metkami, które kupiłam w pierwszym amoku po narodzinach, a których nawet założyć Oli nie zdążyłam, bo wyrosła. Tolek ma problemy z przebrnięciem od drzwi do okna w swoim pokoju, bo zawalony jest różnymi pierdółkami, które kolekcjonował przez ostatnie lata, a teraz zupełnie stracił zainteresownaie; ma też silna awersję do sprzątania. W MaTolkowej szafie starannie ułożone leżą ciuchy sprzed 15 lat (bo może będą modne), sprzed 10 lat (bo pewnie schudnę), sprzed 5 (bo szkoda wyrzucić), sprzed roku (bo może się jeszcze przydadzą). W TaTolkowej szafce przewalają się zegarki, stare telefony, zużyte komputery i tysiąc kabelków, po dwadzieścia na każde stare urządzenie, które już nigdy nie zostanie uruchomione.

Za moment czeka nas kolejna przeprowadzka, po raz kolejny cały dobytek będziemy pakować w kartonowe pudła i przenosić do nowego lokum. Tym razem - będzie to czwarte piętro bez windy.
Mam ogromną ochotę wziąć ogromne pudła i wystawić za drzwi te wszystkie przydasie. Niech ktoś zrobi z nich użytek, niech się ucieszy.
I sekundę później, za każdym razem, nachodzi myśl: a może się jeszcze przyda? a może sprzedam? a może.....
Niemką nie jestem i nigdy nie będę. Ale bardzo chciałabym się nauczyć niemieckiej oszczędności i rozwagi. Kupować to, co rzeczywiście jest mi potrzebne i rozdawać to, co komuś się przyda, a u mnie jest tylko "przydasiem".

czwartek, 15 listopada 2012

takie sobie osiedle...

Olka ma 39st. C i pochłania większość mojej uwagi, w związku z tym dziś króciutko.

Ponieważ szukaliśmy nowego mieszkania pod wynajem, chodziłam na spacery i oglądałam okoliczne osiedla. Aż znalazłam jedno, wymarzone. Teraz na nie za wcześnie ze względu na dzieci - bałabym się bliskości wody. Ale może kiedyś tak zamieszkamy: 


Z mieszkania wychodzi się do ogródka, a z niego - prosto do łódki/kajaka. I poranny trening w drodze do pracy zaliczony. Żyć nie umierać. Wyobrażam sobie jak bosko musi być upalnym latem...

 To to samo osiedle od strony głównego szlaku wodnego. Gondolier dopływa właśnie do skrętu w "prywatną uliczkę". 



Jestem okropnie ciekawa co nam życie w przyszłości przyniesie.

środa, 14 listopada 2012

Lipska fauna

Niedaleko domu mamy kanałek. To akurat nie dziwota, bo w Lipsku ciężko mieszkać daleko od wody. W "naszym" kanale żyje rodzina nutrii. Zupełnie nie boją się ludzi, wychodzą na brzeg i domagają się czegokolwiek do jedzenia. Po ich (nutrii, nie lipszczan) brzuchach widać, że miastowi dają się na te żebry nabierać.
Jedynie Tolek nie dokarmia nutrii, tylko dzielnie zwiewa gdzie pieprz rośnie. Jest bowiem w takim ciekawym wieku, że strasznie chciałby być dorosły i odważny, ale jednak ma w sobie sporo całkiem przerażonego dziecka. Przeraźliwe może być teraz wszystko - nutria, szelest wiatru, szmer w pokoju czy nawet własny cień; mama również. ;)
Nasze nutrie są super! Toczą bitwy o chleb z kaczkami, nie pogardza marchewką, a ostatnio wcinały nawet porzuconego tosta. Za czas jakiś na pewno zrobię zdjęcie z bliska. Jak Tylko Olcia, która jest w wieku charakteryzującym się odwrotnością cech wieku Tolkowego, przestanie nutrie ATAKOWAĆ.


A poza nutriami to już normalka: kaczki i wiewiórki.
Na tym polu wygrywao nasze podwarszawskie mieszkanie z dzikami, bobrami, lisami i sarnami za oknem.
PS. Tak, jestem pewna, że to nie są grube szczury. ;)  

PS. 2. To nasz widok w (pod)warszawskim mieszkaniu. To tu biegają wspomniane zwierzęta. Tego najbardziej brakuje mi w Lipsku. Ukochanego widoku i kawałka "własnej" trawy.



edit: uprzejmie donoszę, że kolorowy ptak na zdjęciach to mandarynka, a nie kaczka. Dzięki, Aniu, za oświecenie. :)

wtorek, 13 listopada 2012

niemieckie śmiecie


Pisałam już o budowie kamienic. Pokazywałam wszystkie schodki i schodeczki, które trzeba pokonać, żeby dostać się na parter. Podumowując: wejście do kamienicy to ok. czterech-ośmiu schodków murowanych, prowadzących na wysoki parter, a dopiero potem "właściwe schody" drewniane.


 Od drugiej strony kamiec są ogrody, a w nich (najczęściej) kosze na śmiecie, po które przyjeżdżają śmieciarki. Żeby się tam dostać, trzeba najpierw wejść od strony ulicy, a potem zejść z wysokiego parteru, tj. pokonać dwa razy po 8 murowanych schodków. Śmieciarze się tym nie zajmują, kosze należy wystawić odpowiednio wcześniej.
W naszej kamienicy jest siedem koszy, które dwa razy w tygodniu są najpierw wciągane po schodkach z jednej strony, a potem zsuwane po schodkach z drugiej strony. Cały zabieg wystawiania śmieci trwa około 20 minut w towarzystwie koszmarnego huku spadających śmietników i w asyście rozsypywanych z tychże resztek wszelakich. Tak sobie dumam... nie łatwiej było zrobić pochylnie?!

A jak już jestem przy temacie śmieci: dopiero tutaj dowiedziałam się co naprawdę znaczy segregacja. Pierwszy szok kulturowy zaserwowała nam Finalndia, ale teraz okazało się, że to było jedynie preludium do Niemiec. Podział jest taki:
- kosze żółte, tj. plastik i metal
- kosze niebieskie - papier
- kosze zielone, tzw. bio
- kosze czarne, tj. to, co nie daje się zakwalifikować do żadnej z powyższych kategorii, z wyłączeniem
- szkła, które (posegregowane kolorystycznie) odnosi się do śmietników na ulicach

 Już parę razy mieliśmy "poważny problem", np. co zrobić z folią bąbelkową, usztywnioną papierem. Do folii? do papieru? rozdzierać na dwie części? A najbardziej rozbawiła mnie pani, która wprowadzała nas w niemieckie tajniki (śmieciowe i nie tylko). Po przeprowadzce z Polski spytałam ją co mamy zrobić z kartonami, w których przyjechał nasz dobytek. Pani nie wahała się ani sekundy "podrzeć na małe kawałeczki i wrzucić do kosza". Jasne, jasne.... kartonów mieliśmy siedzemdziesiąt osiem...


Przez dwa kolejne dni w każdym tygodniu trwa wystawianie koszy odpowiednich kolorów i wywożenie śmieci.
Latem, jeszcze zanim otworzy się oczy, po aromatach z ulicy można poznać który dzień nastał, tj. jaki rodzaj śmieci będzie wywożony. Szczególnie "bio" powodują... hm... niezapomniane wrażenia organoleptyczne.
Niemiecka koleżanka uświadomiła mnie, że powinnam się cieszyć, że w ogóle mamy "służbę śmietnikową". Ponoć często spotykany jest tutaj brak dozorców, wtedy dużury wynoszenio-śmietnikowe oraz klatko-sprzątające rozdzielane sa pomiędzy lokatorów.
A więc cieszę się niezmieniernie i trzy razy tygodniowo spędzam 20 minut wyszczerzona z tej radości kiedy Olka śpi, a za naszymi cienkimi, przeszklonymi drzwiami kolejne śmietniki spadają schodek po schodku z ogłuszającym łoskotem.

piątek, 9 listopada 2012

o kamienicach Schleussig, cz. 2.

Wczoraj się pozachwycałam, dziś napiszę o minusach mieszkania w starych kamienicach, jakimi zabudowane jest Schleussig.
Stare kamienice są piękne: ozdobne, z wysokimi kondygnacjami, drewnianymi schodami.  Tłumy chętnych czekają na wynajęcie każdego zwalniającego się mieszkania.... chyba, że nie ma balkonu. A balkony tutaj wcale nie są na porządku dziennym. Stanowią raczej wyjątkową rzadkość.


Widać, że problem został zauważony i balkony są "dobudowywane". Najczęściej są to metalowe konstrukcje "od zaplecza". W skrajnych przypadkach, w trakcie remontów generalnych, balkony sa "wykrawane" z powierzchni mieszkania: po lewej z tyłu jest już wydzielona powierzchnia przyszłego balkonu, pozostaje wywalenie okna i wyburzenie ścian zewnętrznych:


Potem wygląda to tak:


Stare kamienice to także pięknie, drewniane schody:

Jak się okazało - piękne, drewniane schody pięknie, bardzo głośno skrzypią i potwornie dudnią jak ktoś np. raźno zbiega spiesząc się do pracy o 5:00 rano, bądź wraca późno w nocy do domu.
Oczywiście, są przecież drzwi do mieszkań, które stanowią warstwę izolacji zarówno od dźwięków, jak i temperatury. Tyle, że starych kamienicach są stare drzwi wewnętrzne, które absolutnie szokują takich przyjezdnych, jak my. Dlaczego? A dlatego:


Tak, tak, to nie pomyłka. Drzwi wejściowe do mieszkań są przeszklone. Latanie na golasa w przedpokoju nie jest tu najlepszym pomysłem. ;) Biedne, zszokowane Matolki poradziły sobie w sposób nieco chałupniczy. Wolę takie rozwiązanie niż - choćby i zamazane - twarze sąsiadów zaglądające do mieszkania.

Drewnanie schody są jedynym sposobem transportu na wyższe kondygnacje. Wind brak. Niby to "pikuś", chodzenie po schodach ujędrnia pupę i wyrabia kondycję. Gorzej, jak - jak ja - jest się typową "wózkarą" z kilkunastokilogramową "zawartością ludzką" w środku i pomysłem na zrobienie zakupów. Na szczęście wymyślono chusty dla dzieci, więc i to jest do ogarnięcia. Wtedy trzeszczą nie tylko schody, ale i kolana Matki Noszącej.

Pod starymi kamienicami są stare piwnice, które powinny być stale wykorzystywane do nagrywania horrorów. Grzyb na ścianach, zapach pleśni, prawie 4m wysokości i ciemność pobudzają wyobraźnię. Nie mam zdjęć, bo trochę boję się tam sama schodzić. ;) To zejście do tego podziemnego labiryntu.


Mieszkanie - nawet na wysokim - parterze to oryginalne przeżycie. Tolek (prawie 135cm wzrostu), sprawdził jak wysoko dosięga. Co za tym idzie - dorosły, wysoki człowiek sunie głową dokładnie na wysokości parapetu. Muszę przyznać, że parę razy solidnie sie wystraszyłam, jak siedząc na kanapie z komputerem na kolanach poczułam świdrujący wzrok przechodniów. Przy czym rodowitego lipszczanina od razu można poznać po spuszczonym wzroku tak, żeby nikomu "w talerz" nie zaglądać. Tylko czasem ruch za oknem dostrzeżony kącikiem oka, przyciaga uwagę. W każdym razie - przebierania się w pokoju przy niezasłoniętych oknach nie polecam. No chyba, że ktoś trenuje stiptiz.



Klatki schodowe, choć działają jak niezłe pudło rezonansowe, cieszą oko. Ozdobne ściany, kafelki na ścianach i na ziemi, wspomniane wyżej drewniane schody - to wszystko mimo, że powoduje pewne niewygodny, warte jest uwagi i zachwytu.



I choć wygodne Matolki postanowiły jednak zmienić lokum i przeprowadzić się w miejsce świeżo po remoncie, to fajnie jest przez chwilę pomieszkać w mieszkaniu, które ma ponad 3,5 metra wysokości. Nawet, jeśli jedyną szansą na zmianę przepalonej żarówki przy suficie jest postawienie krzesła na stole i wdrapanie się na te osobliwą konstrukcję.


wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...