czwartek, 31 stycznia 2013

po przeprowadzce

Z pomocą dwóch dwumetrowych grubasków wnieśliśmy na szóstą kondygnację (parter i pięć pięter) prawie 100 pakunków - od lekkiej pościeli czy pluszaków, przez ciężkawe talerze i szklanki, po super ciężkie kartony z książkami, pralkę czy szafy. Jakiś milion razy błogosławiłam moje codzienne siłowe treningi z ostatnich kilkunastu tygodni. Bez nich raczej nie dałabym rady tachać dobytku na równi z tymi młodymi, wysokimi (zupełnie niesportowymi) mężczyznami. TaTolek zasuwał jakby miał motorek w... nogach i nikt nie miał do Niego startu. Niestety, z tego etapu przeprowadzki nie mam ani pół zdjęcia, bo nie było czasu na pamietanie o aparacie.
Pudła, kartony, skrzynie i sprzęt wszelaki zasłały podłogę nowego lokum. Okazuje się, że kuchnia rozłożona na części pierwsze zajmuje straszliwie dużo miejsca i na dodatek najeżona jest ostrymi kantami nawet tam, gdzie by się tego człowiek zupełnie nie spodziewał, co Lala co chwila chciała testować.


Na pomoc przyjechał z Warszawy DziaTolek, który zakasał rękawy, przywdział czołówkę i najpierw dzielnie rozmontowywał meble, wyrywał zlew i płytę z blatu kuchennego, tylko po to, żeby trzy dni później paść na kolana i wiercić, ciąć, piłować i składać je na nowo.
W pewnym momencie postanowiłam zająć się pracą i nie myśleć, żeby przypadkiem nie zwariować od "nadmiaru wrażeń". Było to mnie więcej wtedy, kiedy stare mieszkanie wyglądało tak:



a nowe tak: 


Jakaż była radość kilka dni później, kiedy nowe mieszkanie zaczęło przybierać znane kształty, kiedy ruszył zlew, zadział piekarnik, a pralka zaczęła wypierać tonę kurzu remontowego ze wszystkich naszych ciuchów.

rysuje się kształt nowej kuchni

Pozostało rozpakowanie kilkunastu ostatnich pudeł, zagospodarowanie tarasu i wyrobienie kondycji w czasie wchodzenia po schodach z wyrywającą się Lalą na rękach.

Od kilkunastu dni mieszkamy w nowym lokum. Dochodzi do nas, jak ogromne znaczenie dla człowieka ma miejsce, w którym przyjdzie Mu mieszkać. Poprzednia nora od początku była tymczasowe - już jak ją wynajmowaliśmy, nasz pies był umierający. Wiadomo było, że nie wejdzie wyżej, niż na wysoki parter; potrzebna nam była zgoda właściciela mieszkaniana bardzo schorowane zwierzę. Poza tym potrzebowaliśmy czegoś natychmiast i wzięliśmy tzw. "pierwsze lepsze".
A potem wyszedł "kwiatek" w postaci piekarni za ścianą. Przez pół roku żyliśmy odliczając dni (i noce) do końca. Lala budziła się po 3-8 razy na noc co noc (właściwie: była budzona), Tolek przysypiał nad lekcjami, TaTolek ledwo ciągnął w pracy, a MaTolek łykał sobie prochy co wieczór, żeby w ogóle zmrużyć oko. Przez bardzo długich  sześć miesięcy, nie mieliśmy możliwości odpoczynku, relaksu, spokoju, radosnego powrotu do domu. Dawaliśmy radę. Ale dopiero teraz zobaczyliśmy, jak bardzo nas to wymęczyło psychicznie. Jak blisko byliśmy znienawidzenia Niemców, Niemiec, z Lipskiem - na czele.
Tam wieczory to był wyścig z czasem - żeby zrobić wszystko i iść spać, zanim piekarnia ruszy z hałasami. Tu siedzimy zasłuchani w ciszę, czytamy książki, oglądamy niebo... jest dobrze.

środa, 30 stycznia 2013

przeprowadzanie książek


Mamy książki podróżniczki. Nie podróżnicze, tylko podróżujące. Mieszkały już w Espoo, na Tarchominie, na Saskiej Kępie, a teraz - są w Lipsku. Za każdym razem pieczołowicie pakuję je sama i nikomu nie wolno się do nich dotknąć. Najpierw fotografuję ustawienie na regałach, potem odkurzam, pakuję, opisuję. W nowym lokum wybieram odpowiednie zdjęcia, rozpakowuję pudła, czyszczę kolejno wszystkie książki i układam na półkach tak, jak stały wcześniej. Dzięki temu nawet w środku nocy jestem w stanie "bez pudła" znaleźć każdą potrzebną/wymarzoną książkę, a każdy tom ma swoje (idealnie dobrane) miejsce. W tym roku dostałam dwie perełki: "Pisma" Adama Mickiewicza z 1858 roku (tu było łatwo - zajęły miejsce obok pozostałych utworów romantycznych) oraz "Nowy podręczny słownik łacińsko-polski" z 1867 roku. Słownik stanął  między moim słownikiem łacińsko-polskim z 1997 roku, a TaTolkowym "poradnikiem encyklopedycznym z matematyki" z 1968 roku. Tak to przedmioty ścisłe TaTolka, łączą się z moimi ukochanymi, ścisłymi nieco mniej. ;)


 Moje pakowanie i wożenie książek już nie raz budziło radość towarzyszy pakowania, a rozkładanie książek na półkach podług porządku ze zdjęć - uśmiechy pod nosem. Ale tak już mam. Mogę zostawić wszystko, poza książkami. I pewnie przeżyć też bym dała radę bez wszystkiego, poza nimi właśnie. A im jestem starsza, tym bardziej mi się to nasila. Mam po kilka wydań tych samych książek, książki z zapiskami na marginesach i całkiem czyste, kruszące się ze starości i zupełne "świeżynki", nigdy nie czytane (ostatnio pewna osoba niesłychanie zdziwiła się że często najpierw czytam wersję elektroniczną, a dopiero potem kupuję papierowy egzemplarz, o ile uznam pozycję za wartą wielokrotnego czytania). Przed wyjazdem do Finlandii nasza biblioteka przeszła przez sito i pozostały z nami jedynie te najcenniejsze, najbardziej potrzebne, ukochane - tylko kilkaset sztuk. Sprzedawaliśmy wtedy na allegro i nawet jeden z kupujących pytał czy likwidujemy antykwariat. Teraz nie powtórzyliśmy tamtego błędu i pełna biblioteka przyjechała z nami. Kilkaset książek Tolka, kilkadziesiąt Lali i najwięcej naszych. Teraz każdy egzemplarz mamy nie tylko w głowach, ale także - po wniesieniu na szóstą kondygnację - także w kolanach i kręgosłupach.
A ja każdy dzień mogę zacząć i skończyć delektując się kolejnym wniesionym tomikiem i tomiszczem.


ps. z całego serca polecam "Co Finowie mają w głowie" - jest fińska na wskroś i dokładnie oddaje wszystko to, co za kochamy ten kraj i za co go nienawidzimy...

niedziela, 20 stycznia 2013

przeprowadzka

A wiec udalo sie! Wczoraj opuscilismy dotychczasowe mieszkanie i zamieszkalismy w nowym, pieknym, pachnacycm swiezoscia i BEZ PIEKARNI za sciana.
O 9:00 podjechal pan, ktory pomagal nam wszystko przewozic, o 11:00 stawili sie nastepni dwaj, ktorzy chyba nie do konca byli swiadomi co znaczy wnoszenie mebli (z pralka i lodowka na czele) na piate pietro. Na koncu jeden wygladal, jakby przeklinal moment, kiedy zdecydowal sie nam pomoc. ;)
No, ale udalo sie. Toniemy w kartonach, pudlach i skrzyniach, kuchnia w kawalkach lezy rozwleczona po calym mieszkaniu, Olcia (ktora zaczela o sobie mowic La) zadzwia nas pomyslami - okazalo sie np. ze swietnych schowankiem dla paluszka jest wylot rury z zimna woda. Paluszek sie schowal i.. postanowil juz nie wychodzic. Okazalo sie, ze przez zimna wode doroslym robi sie goraco).
Pozostaje rozpakowanie wszystkiego, odgrzebanie sie, rozlozenie, wymyslenie nowych miejsc, zlozenie kuchni, posprzatanie i juz.
Niestety, wsztystko wskazuje na to, ze do marca nie bedziemy mieli dostepu do internetu.
Tak wiec zegnam sie i obiecuje fotorelacje jak tylko wrocimy do zycia. 

PS. przepraszam za brak polskich fontow, ale udalo mi sie zepsuc moj - podobno niezniszczalny komputer - i czasowo korzystam " z obcego"

środa, 16 stycznia 2013

o szkole Tolka, cz. 2.


Kiedyś już napisałam o szkole Tolka
Ponieważ skończył się pierwszy semestr i jesteśmy po spotkaniach z nauczycielami, pora na część drugą.
Lubię szkołę Tolka, tak po prostu. W połowie grudnia dostaliśmy list od wychowawczyni, która wyjeżdżała na święta do rodziny i chciała złożyć życzenia wszystkim rodzicom oraz przy okazji przypomnieć, że jest czas wirusów i chorowania, więc żeby przypadkiem dzieci nie zapędzać do nauki, żeby odpoczęły i wybawiły się na powietrzu w czasie ferii.

Przed Świętami uczyli się liczyć, specjalnie trenowali  liczenie pieniędzy i tuż przed Bożym Narodzeniem poszli na jarmark świąteczny. Każde dziecko miało mieć 5E i samo kupowało przysmaki i liczyło odpowiednie kwoty - ot, taki smaczny "test z matematyki".

Na porządku dziennym są karteczki przypominające, żeby dzieci dostawały bidony, bo żeby się dobrze uczyć powinny wypić min. litr WODY dziennie.

Niedawno TaTolek był na spotkaniu z kadrą i faktycznie widać, że tu uczenie i wychowywanie to praca zbiorowa. Nie ma w ogóle "zauważyłam",'zdecydowałam", tylko cięgle "ustaliliśmy", "postanowiliśmy", "spróbujemy" - wszyscy nauczyciele dokładnie wiedzą jak dzieci się zachowują na których lekcjach, co robią, jak jest ze skupieniem, z wynikami, jak im na jednym przedmiocie idzie gorzej/lepiej, to porównują z innymi i szukają przyczyn. O Tolku powiedziano, że jest skupiony i pracuje rewelacyjnie, po czy nagle wstaje od stołu i odchodzi ni z gruchy ni z pietruchy. Doszli do wniosku, że tak się dzieje, kiedy jest już bardzo zmęczony, jak Mu się "zwoje przegrzewają" - bo siedzi w maksymalnym skupieniu; 7h angielskiego dziennie daje Mu się we znaki. Czekają więc 2-3 min., jak Ant krąży po klasie, po czym uprzejmie pytają czy może chciałby znowu dołączyć do grupy. Na co Ant budzi się, przeprasza, siada i pracuje dalej.
Serce mi rośnie jak tego słucham i przypominają mi się akcje z PL... jak to dobrze, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy!


Jako post scriptum dodam Tolekowe narzekanie. Szóstego stycznia kończył dwutygodniowe ferie i bardzo nie chciało Mu się następnego dnia wstawać rano.  W niedzielę wieczorem mył zęby do snu i marudził: nie chcę tam iść! chcę się wyspać! Co to w ogóle za szkoła jest bez sensu?! W Polsce się uczyliśmy, musielismy robić różne rzeczy, odrabiac lekcje. A tu?! Strata czasu!! NIC nie musimy. Tylko się BAWIĆ!! Prychną, splunął (pastą do umywalki) i poszedł spać. Biedne to moje dziecie - bawić Mu się każą; bawiąc uczyć, uczą bawiąc.

wtorek, 15 stycznia 2013

Sylwester i po Sylwestrze



Mieszkamy na parterze. Nasze nowe mieszkanie, (które miało być na Święta, ale się spóźniło), jest na ostatnim piętrze kamienicy z przepieknym widokiem na pół Lipska. Bardzo liczyłam, że choć na Sylwestra uda nam się tam przeprowadzić i oglądać fajerwerki.
Kiedyś petarda rozerwała mi nogawkę, innym razem wybuchła tak blisko, że przez parę minut nic nie słyszałam. I za każdym razem były to "cudze" wystrzały. Ja oglądam, nie puszczam.
A więc: tak, wiem, że zwierzęta się boją, psy uciekają, dzieci budzą i w ogóle, że to niezdrowe i groźne.
I tak - uwielbiam fajerwerki, petardy, zimne ognie i dym, który unosi się nad miastem po pokazach pirotechnicznych. Mimo, że z wiekiem wyobraźni mi przybywa, to chyba miłości do wystrzałów już nie da się "ubić" i nie mogłam przeboleć, że z naszego osłoniętego parteru nic nie będzie widać, o ile w ogóle lipszczanie podzielają mój zachwyt pirotechniką.

Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy kanonada zaczęła się już parę minut po 21:00 i trwała z niewielkimi przerwami do 1:00!! Okazało się, że Lipsk to rewelacyjne miejsce na Sylwestra! Grzmiało z każdej strony, budynki mieniły się wszystkimi kolorami tęczy oświetlane przez kolejne wybuchy, petardy waliły wesoło między autami, drzewami i kamienicami. Tolek i TaTolek wybiegli na ulicę (Tolek juz w piżamie, z krótkimi portkami, w butach zimowych i puchówce, z drżącymi z zimna gołymi kolanami), Olka spała w najlepsze (a miała mieć lekki sen!!), a ja latałam zachwycona od okna do okna.


Pierwszego stycznia 2013 roku wybraliśmy się na spacer. Tolek postanowił pozbierać wszystkie możliwe "bomby" czyli resztki tego, co ostatniej nocy hałasowało lub świeciło.
My sprawdzaliśmy czy lipskie tempo sprzątania przypomina zachodnie Niemcy czy też jest jeszcze "bardzo wschodnie". Było brudno. Bardzo brudno.


2 stycznia znowu poszliśmy na spacer. Tylko przed jedną kamienicą leżało kilka plastikowych końcówek petard. TaTolek stwierdził, że pewnie dozorca zapił lub poszedł na urlop. Nigdzie więcej nie znaleźliśmy ani jednego posylwestrowego śmiecia. To bardzo miłe zaskoczenie...

... co nie zmienia faktu, że już czekam na Sylwestra 2013, tęskniąć do pięknych widoków z naszego nowego mieszkania na poddaszu. ;)




poniedziałek, 14 stycznia 2013

jak Niemcy balkony zbudowali, cz. 2.

Poczatek opowieści był przedwczoraj. Odczekaliśmy dokładnie 20h i poszliśmy pośmiać się z Niemców i zobaczyć co też można zrobić przez tyle czasu.


Już z daleka widzieliśmy, że praca wre. Ulica była zablokowana, stał ogromny dźwig, a na jezdni leżały przygotowane części stalowych konstrukcji balkonowych. To, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy to fakt, że dźwig stał od strony ulicy, tj. od przeciwnej, niż powstają balkony.


Panowie montowali najmniejsze elementy, a następnie podośnik przenosił  po jednym balkonie nad całą kamienicą na drugą stronę. Wglądało to niesamowicie, a mi wyobraźnia podsunęła obraz tego, co stałoby się z naszym pięknym mieszkaniem na poddaszu, jakby tak stalowy balkon jakimś cudem urwał się z dźwigu i runął prosto na dach "naszej" kamienicy...


Wydaje się, że widok był niecodzienny także dla Niemców. Zatrzymywali się tak jak i my, robili zdjęcia i stal dłuuugo, mimo mrozu, który akurat tego dnia chwycił Lipsk w swoje szpony.


Mniej więcej lat temu tak samo nauczyli nas pokory Finowie, budując bloki w 20 stopniowym mrozie. W Polsce przy minus 7st. C prace budowlane stają, bo "cement nie zwiąże". Gdyby Finowie budowali tylko przy wyższych temperaturach, to obawiam się, że doczekali by się potężnego deficytu mieszkaniowego nawet na najbardziej wysuniętych na południe teranach, a północy nie wspominając.
Z przykrością stwierdzam, że tym razem Niemcy zagrali nam na nosie i pokazali, że jednak "można", tj. że da się postawić czteropiętrowe balkony w ciągu zapowiadanych 24 godzin.
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Najważniejsze, ża nasze mieszkanko czeka i ma piękny balkon.

Doczekaliśmy do niedzieli i zrobiliśmy zdjęcia po pełnych 24h. Teraz kamienica od strony podwórka tak wygląda.

Wierzyć się nie chce....

sobota, 12 stycznia 2013

jak Niemcy balkony budują, cz. 1.


Jakiś czas temu zachwycałam się misternie zdobionymi, starymi balkonami i tarasami, a przy okazji pisałam o dorabianych do starych kamienic metalowych konstrukcjach "nowoczesnych balkonów".
Dziś będziemy mieli okazję przekonać się, jak te metalowe nowości są stawiane i ile czasu to zajmuje. Otóż postawienie czterokondygnacyjnych balkonów trwa ponoć... jedną dobę, rozbitą na dwa dni pracy.
Dnia pierwszego pojawiają się metalowe zaczepy na elewacji. Nie wyglądają super solidnie, nie są wielkie, ciężko domyślić się, że utrzymają kilkadziesiąt (kilkaset?!) ton żelastwa.

 
Pierwszą moją myślą były uchwyty na flagi. Dziwiło tylko niezręczne wybranie miejsca, bo wywieszanie tychże byłoby mocno niezbepieczne. Tego, że w ogóle mają tu powstać balkony, zaczęliśmy się domyślać głównie dzięki przygotowanym już drzwiom wyjściowym.


Ogromne było nasze zaskoczenie, kiedy zagadnięty robotnik zapewnił nas, że za 24h będą tu gotowe balkony... Na razie minęło 19h. Czekamy ze spacerem i niedługo idziemy dokumentować zmiany...

wtorek, 8 stycznia 2013

Poliglota czy kabotyn?

Od kiedy w naszej rodzinie pojawił się Tolek, MaTolek i TaTolek cierpieli na chroniczny brak czasu, potrzebnego na poruszanie tematów trudnych/nie dla dzieci/zakazanych, itd. Każde próby szeptania, czy zrobienia z czegoś tajemnicy powodowały, że nasze starsze dziecko wykazywało się doskonałym słuchem oraz zmysłem łączenia strzępów pozornie niezwiązanych ze sobą informacji w jedną (zakazaną) całość. W końcu wpadliśmy na pomysł omawiania zagadnień "trudnych" po angielsku. Tak, niechcący, z języka angielskiego zrobiliśmy język codzienny; język tajmnic, sekretów, a tym samym - język bardzo, bardzo pożądany, którego nauczenie się było dla Tolka marzeniem.

TaTolek ma niesłychaną łatwość uczenia się języków. Angielskim włada biegle mimo, że praktycznie nigdy nie uczestniczył z żadnych lekcjach, portuglalskim porozumiewa się na tyle dobrze, że Brazylijczycy biora Go za Cariocę, tj. rdzennego mieszkańca Rio de Janeiro. Dodatkowo ma tę umiejętność, że po kilku słowach wie, jakim językiem porozumiewają się np. osoby mijające Go na ulicy.
MaTolek przeciwnie - po prawie 20 latach uczenia się angielskiego porozumiewa się przy użyciu prostych konstrukcji językowych i z akcentem od razu zdradzającym swoje pochodzenie (przeciwko pochodzeniu nic nie mam, za to przeciwko akcentowi - i owszem), na wieloletnią naukę innych języków lepiej spuścić zasłonę milczenia. I mimo tysięcy godzin wysiedzianych na różnych kursach, lekcjach i warsztatach językowych nie umiem rozpoznać języków, które słyszę. Nawet, jeśli różnią się od siebie tak, jak fiński i hiszpański na przykład. Rozumowo - nie wiem jak to możliwe. Potrzebuję dużo ciszy, czasu i spokoju, żeby w ogóle coś uszłyszeć.
Dlatego czekaliśmy aż Tolek podrośnie na tyle, żeby sprawdzić, po którym z nas odziedziczył talenty językowe. Powoli nadchodzi ten czas i tak...
Po pięciu miesiącach uczęszczania do szkoły międzynarodowej, Tolek zaczął posługiwać się przedziwną mieszanki jezykową. Miesza polski, angielski i niemiecki na wszelkie możliwe sposoby. Czasem łączy tylko różnojęzykowe wyrazy, czasem angielskie czasowniki zdobywaja polską odmianę, a czasem niemieckie konstrukcje pojawiają się w dwóch pozostałych językach. Niestety, zdarza Mu się też solidnie kaleczyć polski. I choć wiedziałam, że ten etap nadejdzie i zawczasu naczytałam się o tym co nas czeka, dlaczego i czemu to służy, to i tak kulejący polski drażni mnie niezmiernie. Ostatnio odbyliśmy taką oto przemiłą rozmowę:
ja: czytałeś już dziś?
Tolek: tak
ja: po jakiemu?
Tolek: po angielsku
ja: to teraz polski
Tolek: nie chcę!! Nie potrzebuję!
ja: ????????
Tolek: po co mi ten język?! w szkole się nie przydaje, po angielsku mam ciekawsze książki, a Wy i tak rozumiecie co mówię!! Nie będę już uczył się polskiego!
.... i choć widziałam, że w końcu to usłyszymy, to nie sądziłam, że tak szybko. 

Moje serce filologa polskiego zamarło, a niemiecki i angielski zaczął odbijać mi się czkawką...
w tym czasie Tolek został zakwalifikowany do próbnego programu wcześniejszego, niż poczatkowo zakładano, włączenia Go do grupy nauki niemieckiego. Podsumowanie semestralne wykazało bowiem, że wykonał gigantyczny skok angielski i nie powinno Mu to już zaszkodzić w nauce kolejnego języka...

I choć niewątpliwie talent i podejście do języków odziedziczył po Tatusiu, to nie do przecenienia jest także różnica między UCZENIEM SIĘ języka (co przypadło teraz mi w udziale), a UŻYWANIEM języka (co robi Tolek w szkole). Obawiam się, że niedługo to Tolek będzie obgadywał z Olką tajemnice w języku, którego my nie będziemy rozumieć. Ciekawe czy niemiecki stanie się dla mnie językiem tajemnic i sekretów, o którego nauczeniu się będę marzyła?

piątek, 4 stycznia 2013

świateczny jarmark lipski po raz drugi


Napisałam w Świeta i zapomniałam opublikować... pojawia się więc z kilkutygodniowym poślizgiem. A co tam... do następnych Świąt daleko, można powspominać.


Święta, Święta i po Świętach... to dobry dzień na wspominki ostatniego weekendu przedświątecznego.
Chcieliśmy kupić "rdzennie lipskie" słodkie upominki, więc wybraliśmy się na jarmark świąteczny na rynku starego miasta. Dla mnie i dzieci to było ponowne wybranie się, dla TaTolka - pierwsze. Nasłuchał się wcześniej naszych opowieści i porównań do jarmarku dreźnieńskiego - że tu brzydko, odpustowo, bez atmosfery, w dzikim tłumie, woni kiełbas i z niemieckim przytupem do kotleta. Słowem - jedziemy, kupujemy co trzeba i uciekamy.
Ale tego dnia nic nie szło tak, jak miało. Od rana była dzika ulewa (termometr wskazywał +8st. czyli jakieś 18st. C. więcej niż Warszawie!!) Chcieliśmy przeczekać, ale po paru godzinach czekania w końcu się poddaliśmy i pojechaliśmy w deszczu, wyposażeni w typowo grudniowe akcesoria, takie jak peleryny, folia przeciwdeszczowa do wózka i spodnie przeciwdeszczowe.




Na miejscu lało chyba jeszcze bardziej niż, przy wyjściu z domu. Po godzinie spacerowania mi przemokła kurtka, bluza i koszulka, TaTolkowi wszystko, a Olce, która spała w wózku pod folią, woda ściekała na (zimowe) buty. Tak ściekała, że buty przesiąkły, a woda wspięła się przez rajstopy, spodnie, aż do kolan. Jedynie Tolek się uchował, bo ma ciuchy jeszcze z fińskich zapasów "nie do zdarcia". Ciężko jest wczuć się w grudniową atmosferę Świąt, brodząc w kałużach do kostek, z przymkniętymi oczami, po których "sieka wiatr" i z coraz bardziej przyklejającą sie do ciała mokrą bluzą... ale dało się. I było SUPER!! Dzięki tej ulewie wiele osób zostało w domu i nareszcie można było zobaczyć sam jarmark. Okazał się prawie trzykrotnie większy, niż nam się z dziećmi wydawało - po prostu poprzednio tłum zakrył nam przejście do kolejnych "odłon". Odkryliśmy m.in. ryneczek kulinarny pełen tych dreźnieńskich zapiekanek z pieca, które pokazywałam ostatnio i innych niefastfoodowych przegryzek. Sprzedawali je przebierańcy w strojach ludowych, starodawnych, w budkach dopasowanych kolorytem. Odkryliśmy też trzecią część pełną ręcznych wyrobów z filcu i kamieni, która poprzednio także skryła nam się wśród ciżby, amatorskie chórki przepięknie śpiewały kolędy, dostojnie moknąc w ulewie, zastępując niemiecki przytup.





TaTolek stwierdził, że to ten jarmark podoba Mu się najbardziej i byłabym skłonna przyznać Mu rację, gdyby tylko było więcej światełkowych ozdóbek.
Może za rok się pojawią? Byłoby idealnie.

wtorek, 1 stycznia 2013

przeczytane książki

Rok temu napisałam tak:
Co roku obiecuję sobie, że zrobię listę przeczytanych książek i co roku zapominam gubię kartkę, albo nie wszytko wpisuję. Postanowiłam więc zrobić listę na blogu. Codziennie jestem przy kmputerze, więc może tym razem się uda...
Udało się. Kilka razy musiałam uzupełniać przeczytane książki, kilka razy o czymś zapomniałam, ale w końcu dorobiłam się pełnego spisu. Myślałam, że będzie tego więcej. Jedna książka tygodniowo nie wydaje mi się zawrotną ilością, ale z drugiej strony - jeśli odjąć dwa miesiące wakacyjne, kiedy po prostu nie mam szans czytać przy DemOlce, która jest wiecznie w ruchu - to wynik wydaje się przyzwoity. Nieprzyzwoita (nieprzyzwoicie słaba/niemądra/źle napisana) jest część książek, ale wyznaję zasadę, że jak mam o czymś rozmawiać, to muszę to najpierw przeczytać, a nie krytykować "bo tak powiedział pan z radia".
Od jakiegoś czasu śledzę na jednym z portali książkowych serię "nie przeczytałem i wstydzę się tego..." - znani i nie zawsze lubiani podają trzy tytuły, przez które nie przebrnęli. Tak trafiłam na "Sagę ludzi logu", którzy do tej pory jakoś mnie omijali.
Niestety, przegapiłam zapisywanie książek dla dzieci. Mam nadzieję, że w 2014 mi się uda.
  1. M. Musierowicz "Czarna polewka"
  2. M. Gutowska-Adamczyk "Róża z Wolskich"
  3. Roma Ligocka "Dobre dziecko"
  4. J. K. Rowling "Trafny wybór"
  5. Wolfram Eilenberger "Co Finowie mają w głowie"
  6. Mariolina Venezia "jestem tu od wieków"
  7. F. Mayes "Pod słońcem Toskanii" 
  8. M. Braunek "Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko"
  9. K. Grochola "Trzepot skrzydeł"
  10. G. Jagielska " "Miłość w kamienia"
  11. A. J. Szepielak "Dworek pod lipami"
  12. A. Janko “Dziewczyna z zapałkami” Janko
  13. R. Moriarty “Pieśń Aborygenki"
  14. J. Blackburn “Życie zaczyna się we Włoszech”
  15. M. Viewegh "Powieść dla kobiet"
  16. K. Święcicka "Lalki"
  17. P. Grimbert "Tajemnica"
  18. P. Roth "Konające zwierzę"
  19. M. Wasielewski "Jutro przypłynie królowa"
  20. A. Nicoll, "Dobry człowiek"
  21. M. Sante "Szkoła gotowania pod amorem" 
  22. S. Cahalan "Umysł w ogniu",
  23. Marklund "Prime time"
  24. M. Sante "Szczęśliwa przystań"
  25. E. de Waal "Zając o bursztynowych oczach"
  26. M. Quick "Poradnik poztywnego myślenia" 
  27. J.S. Foer "Zjadanie zwierząt"
  28. J. Stagg "Francuska oberża"
  29. R. Jusis "Poradnik zielonych rodziców"
  30. E. James "50 twarzy Grey'a"
  31. E. James "Ciemniejsza strona Greya"
  32. E. James "Nowe oblicze Greya"
  33. T. Campbell "Nowoczesne sposoby odżywiania"
  34. S. Cahalan "Umysł w ogniu"
  35. Igg, Ames, Baker "Rozwój psychiczny dziecka od 0 do 10 lat"
  36. A. Kohn "Wychowanie bez kar i nagród"
  37. Torańska "Są"
  38. J. Michaels, Opanuj swój metabolizm"
  39. A. Agatston "Dieta south beach"
  40. P. Młynarska, D. Wellman "Kalendarzyk niemałżeński"
  41. I. Karpowicz "Ości"
  42. A. Nicoll "Miłość i śmierć Cateriny" (20.XII)
  43. P. Coelho "Walkiria" (26.XII)
  44. Faber, Mazlish "Rodzeństwo bez rywalizacji" (28.XI)
  45. M. Viewegh "wychowanie dziewcząt w Czechach"  (5.XII)
  46. E. Ajar (R. Gary) "Życie przed sobą" (8.XII)
  47. D. Sturis "Grecja. Gorzkie pomarańcze" (10. XII)
  48. M. Gutowska-Adamczyk "Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord" (12.XII)
  49. A. Munroe "Za kogo ty się uważasz?" (13.XII)
  50. O. Fallaci "List do nienarodzonego dziecka" (27.XII)
  51. N. Sandemo "Saga ludzi lodu", cz.1 "Zauroczenie" (27.XII)
  52. N. Sandemo "Saga ludzi lodu", cz.2 "Polowanie na czarownice" (28.XII)
  53. A. Kava, E. Spindler, J.T. Elliot "Żywioły" 





Dzieciom (o tej części zapomniałam i nie wpisywałam, niestety):
  1. A. Lindgren "Ronja, córka zbójnika"
  2. "Pan Popper i jego pingwiny"
  3. L.J. Kern "Ferdynand Wspaniały"
  4. "Piaskowy wilk"
  5. "Tonja z Glimmerdalen"
  6. "Pan Kuleczka"
  7. "Pan Kuleczka"
  8. G. Kasdepke "Potwór"


wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...