sobota, 23 lutego 2013

zimna woda zdrowia doda

TaTolek dobudzał się właśnie w gorącej wannie po zbyt krótkiej nocy, kiedy nagle do łazienki wpadła Lala. Nie zdążyłam Go ostrzec i dzięki temu widziałam jak Jego uśmiechnięta do córeczki twarz gwałtownie zmienia wyraz... Otóż Lala wpadła Tatusia... opluć. Lodowatą wodą, którą chwilę wcześniej "wypiła z kubka". Może się bidulka obawiała, że Tacie za gorąco?
W każdym razie stara prawd została potwierdzona: bardziej budzi zimny prysznic, niż gorąca kąpiel.

złośliwość pilotów mokrych

Kilka dni temu udało mi sie uprać w pralce pilota od sprzętu grającego i nawilżacza powietrza. Wszak przy dzieciach trzeba dbać o higienę, a wiadomo, że na tak często używanych sprzętach zostają krwiożercze bakterie! Okazało się, kurczaczki, że na czysto nie chcą działać (piloty, bo bakterie - to nie wiem). Zwłaszcza w przypadku nawilżacza uważam to za skandal.
Kot zasugerował, że po praniu pora na solidne suszenie. Miał rację. Kaloryfer ożywił muzycznego pilota.
Niestety, w tym samym czasie odkryłam, że iPad kąpany w mrożonej kawie nie jest najlepszym pomysłem. Co prawda pięknie pachnie, ale jakoś jakby mu.. kostki lodu grzechotały gdzieś w środeczku. No nic, może się stopią i jednak show pójdzie dalej...albo znowu coś wypiorę.

piątek, 22 lutego 2013

jak Lala wylała...

Lalka śpi. Leży w łóżku i kaszle, kaszle, kaszle... z rosnącym niepokojem słuchamy tego z drugiego pokoju przez nianię elektroniczną. W końcu stwierdzam, że muszę tam iść. Podchodzę, biorę Ją na ręce. Lalka wykonuje ostatnie kszalnięcie, po czym zaczyna pawiować na wszystko w koło - ściany, podłoga, drzwi, Lalka i MaTolek przy okazji są (delikatnie mówiąc) mocno zabrudzone. Wszystko na wpół śpiąc, raczej nieprzytomnie.
W takich momentach myślę sobie - co by było jakbym akurat nie weszła, jakby "na śpiocha" poszło, a Lalka na placach spała. Bujam się pomiędzy roztkliwieniem, a koniecznością ogarnięcia pobojowiska. Nagle dobudzona Lala, poszerzająca swój zasób słów na Teletubisiach, których życiowym celem jest  tworzenie tubisiowego soku i ronienie go z misek, trochę pyta, trochę komentuje ze zdziwieniem: "ooooo, wylałam?!"
No wylałaś, Maleńka, ciężko się nie zgodzić. I nie poczuć.  Sprowadzona do parteru przez dziecięcy komentarz skupiam się na sprzątaniu, a nie na roztkliwianiu. Ot, życie.

czwartek, 21 lutego 2013

"Franklin" dobry na kaszel

Mały człowiek siedzi na kanapie i z szybkością karabinu maszynowego wyrzuca z siebie kolejne kaszlnięcia. Bez przerwy, bez zmian po lekarstwach, inhalacjach, wietrzeniu, nawilżaniu. I tak od ośmiu godzin. Małemu człowiekowi głowa opada ze zmęczenia, ale spać się nie da, bo kaszel zbyt mocno wstrząsa małym ciałkiem. Biedna Lalka, nie bardzo rozumie co się dzieje. Na dodatek wszystko zaczyna Ją swędzieć.
Kilka lat temu pewna dobra dusza zlitowała się nad chorym Tolkiem i wysłała nam do Finlandii paczkę z bajkami telewizyjnymi. Błogosławiłam Go juz za to wielokrotnie. Sześć lat później tak samo chora i wypluta Lalka kiwa się nad tym samym Franklinem. A obok ja - tak samo niewyspana, tak samo przypominająca Zombie. Historia kołem się toczy. Ciekawe czy - celem dodania szczypty nowości do tejże historii - Lalka zarazi Tolka. Kaszel stereo w duecie dziecięcym to dopiero byłaby "jazda bez trzymanki"...

P.S. TaTolek, zwany też Kotem, stwierdził, że zdjęcie nóg Lalki z poprzedniego posta może spowodować ocenzurowanie przez google+ i blokadę wejść. Hmm... will see.

P.S. 2 W torbie z lekarstwami odkryłam prezencik z apteki. Pięknie wygląda. Ciekawe co to jest?!

pediatra

Lalka zaserowała nam nocne atrakcje: duszności i wyspkości. Wygląda nadzwyczaj apetycznie...


W ten sposób rozszerzyła dzisiejszy bilans dwulatka o posiewy gardlane i inne takie. Dzięki obecności TaTolka wyjątkowo nie darła paszczy, tylko gniewnie marszcząc brwi wtulała się w swojego "tatusi"  jak na Córeczkę Tatusia przystało.
Spotkanie na szczycie obejmowało: wzburzoną Lalkę, MaTolka, TaTolka, którego przywlekłam jako tłumacza, ale który - ku mojemu wielkiemu zdziwieniu - po jednym zdaniu postanowił się trzymać angielskiego, oraz trzy panie: pediatrę, która badała i diagnozowała Lalkę i porozumiewała się z nami na migi; drugą panią doktor, która została wezwana na pomoc językową, ale okazała się średnia z angielskiego, za to niezła w języku machano-migowym oraz pielęgniarkę, która pomagała machać rękami obu poprzednim. Było... wesoło, jak zwykle. I tłoczno.
Po raz kolejny wyszłam w torbą leków i po raz kolejny wszystkie w 100% są refundowane. Ciekawe czy kiedyś przestanie mnie to dziwić. A co z Lalką? Nic właściwie. Wszystko w normie, achillesy do rehabilitacji (jak u Tolka wego czasu), słuch do sprawdzenia, a teraz to "tylko wirus".
Wesołe jest życie mamuśki.

środa, 20 lutego 2013

dwa (blogi) w jednym

Dawno, dawno temu powstał mój pierwszy, fiński blog. Czasem zaglądam do niego wśród westchnień tęsknoty za tym, co bezpowrotnie minione. Jak inna teraz jestem, jak inaczej piszę! "Tamto" to była era sprzed portali społecznościowych. Nie było FB, nie było udostępniania, "lubienia tego", nie wiedziałam o konkursach blogów i pisałam przede wszystkim dla siebie z pełną świadomością, że bliscy nie przeczytają tego, co myślę. Poczułam, że moje obecne wynurzenia są przefiltrowane, kontrolowane każdym udostępnieniem i każdą znajomą osobą, która tu zagląda.
W dobie twitterów, facebooków i innych takich pisanie bloga ma w sobie coś z ekshibicjonizmu, balansowania pomiędzy szczerością, a sprzedawaniem swojej prywatności, przy jednoczesnej utracie jakości.  I tak sobie myślę, że pora skończyć z tym udostępniamiem. Może "czytalność" spadnie, ale trafią Ci, którzy chcą, a nie wszyscy, którzy "wdeptują" przypadkiem.

Poszukuję możliwości połączenia dwóch blogów w jeden, ale chwilowo technika mnie przerasta. Nie pierwszy raz.
Wiele się zmieniło, mam inne życie, jestem "o dziecko później", pięć mieszkań potem, jedną magisterkę, prawie 10kg i 6 lat. Ale pewne rzeczy pozostają niezmienne.
Dlatego dziś tylko cytat z 29 marca 2007 roku, pisownię pozostawiam oryginalną:

"Gwaltownie przypomnialam sobie, jak bardzo wazne jest wyjasnianie wszystkich nieporozumien na biezaco. Nie ma co przemilczac, albo czekac az rozwiaza sie same. "Same" moga jedynie urosnac do takich rozmiarow, ze na ratunek bedzie za pozno.

Okazuje sie, ze nieslychanie trudno jest dbac o znajomosci i przyjaznie wylacznie za pomoca komputera. Tesknie za glosami, smiechami, mimika, mowa cial. Przed gada trudno to czasem wychwycic, przez maila prawie niemozliwe. Ale caly czas naiwnie wierze, ze jesli obie strony wystarczajaco mocno chca - to sie uda".

wtorek, 19 lutego 2013

jeden z powodów wyjazdu


Tak jak pisałam wczoraj, w zeszłym tygodniu spontanicznie ruszyliśmy do Warszawy. Powodów wyjazdu było kilka, jeden z ważniejszych stanowiły kończące się zapasy "świeżych" książek.
Jakiś czas temu odkryłam z dziką radością, że na stronie jednego z wydawnictw istnieje sklep internetowy, w którym można kupić książki lekko uszkodzone, bądź końcówki serii. Uwiebiam tę stronę za jej ceny!! Za 100zł można po brzegi wypełnić koszyk!
Już od jakiegoś czasu do BabcioTolki przychodziły nowe, pachnące drukiem paczki. Mieliśmy pomysł, że BabcioTolka przyjedzie z całym tym majdanem pociągiem, ale okazało się, że  zrobiło się za ciężko. Na dodatek BabcioTolka wykazała się niezwykłą troską o MaTolka i przy okazji oczyszczania zaprzyjaźnionego mieszkania, przygarnęła kilka koszy pełnych stareńkich, pożółkłych klasyków. W ten sposób nadeszła pora na odebranie nowych zapasów lektur i przetransportowanie ich do deszczowej Germanii. Wczoraj (ku mojej wielkiej radości i zdecydowanie mniejszej radości TaTolka, któremu przypadło w udziale wtachanie tego na nasze poddasze), do domu dotarła książkowa torba podróżna.


Zapasy na kilka tygodni zostały uzupełnione na tyle skutecznie, że wymusiło to przemeblowanie na regale książkowym, który z takim pietyzmem sprzątałam miesiąc temu. Teraz nowe książki pysznią się na półkach, a ja znowu mogę zapaść na kanapie z kawą  i pogrążyć się w lekturze.
Miłego dnia!

poniedziałek, 18 lutego 2013

tak zwany spontan czyli dlaczego przez tydzień nic nie pisałam


Staramy się bardzo dokładnie planować życie, pracę, wyjazdy. Tydzień temu Tolek zaczynał ferie i juz od kilku miesięcy wiedzieliśmy, że zostajemy w Lipsku, żeby Młody odpoczął, wyspał się, ponudził spokojnie w domu. Wiedziała też cała rodzina i przyjaciele.
W piatek odebrałam Tolka ze szkoły i powoli wracaliśmy do domu na tygodniowe "nudy kontrolowane", kiedy zrobiło mi się żal, że w kółko wszyscy wybiegają roześmiani, mówiąc o wyjazdach na narty i śnieg; przemknęło mi przez głowę, że może fajnie byłoby odwiedzić DziaTolków. Przemknęło, zniknęło, zapomniałam.
Wieczorem TaTolek rozwinął przede mną średnio atrakcyjną wizję mojego samotnego tygodnia z dziećmi, bo On musi pracowac do rana do nocy. Poszkolna myśl o wyjeździe wróciła do mnie z siłą wodospadu (czy ktoś pamięta jeszcze taką reklamę?!). Wróciła na tyle szybko, że zanim się zorientowałam, to ją zwerbalizowałam. I ku mojemu ogromnego zdziwieniu TaTolek zapalił się do tego pomysłu (dla Niego to "super atrakcja" - 750 km w jedną stronę, przespać się i 750km w drugą stronę i tak weekend po weekendzie).
Pół godziny potem pakowaliśmy torby, a niecałą dobę potem Tolek i Lalka wpadli w objęcia stęsknionych Dziadków, Ciotek i Wujków.
Tak zaczęły się nasze pięciodniowe ferie. Przeleciały migiem. Dzieciaki zachwycały się śniegiem, MaTolek radował się atmosferą stolicy, DziaTolki cieszyli się z odwiedzin wnuków.
Szóstego dnia znowu wpakowaliśmy nasz dobytek do toreb i wróciliśmy do Lipska. Ferie się skończyły. TaTolek przejechał kolejne 3000km w ciągu tygodnia.
Było wariacko, szybko i bardzo miło. Okropnie się cieszę, że dopadł nas spontan i nie przesiedzieliśmy tego czasu w Lipsku. Jak zwykle - smutno nam, że nie udało nam się spotkać ze wszystkimi, z którymi byśmy chcieli.


PS. W trakcie jazdy do Polski warunki jazdy były takie sobie - śnieg, deszcz i mgła walczyły o pierwsze miejsce w zawodach "jak najbardziej spowolnić jazdę", a TIRy robiły rajdy lewym pasem, wyprzedzając TIRy z prawego pasa jadąc o 2km/h szybciej niż wyprzedzany. Osobliwy to widok (i przyjemność) po niemieckich autostradach...


poniedziałek, 11 lutego 2013

wychowanie - sprawa niełatwa

Dostałam kilka dni temu taki filmik z pytaniem co o tym myślę.

Co ja na to? Że to pewnie pierwsze dziecko tych Państwa. ;) Patrzę na znajomych i ich dzieci i bez większych wpadek mogę sie domyślić kto ma jedynaka, a kto więcej dzieci. Pierwsze dzieci są zawalane zabawkami edukacyjnymi, wiedzą, umiejętnościami przeróżnymi, kursami, zajęciami.... a kolejne dzieci maja nawet trochę szansy na beztroskie dzieciństwo w rozumieniu poprzedniego wieku i zajęcia w stylu grzebanie patykiem w błotku.
Wczoraj akuracik wyszedł nam niezły przykład: dzieci oglądały film "dinozaury" Disneya. Olcia (2 lata) latała po domu jak opętana rycząc dinozaurzo i zaśmiewając się w głos. Sześć lat temu dwuletni Antoś przy tym samym filmie siedział poważnie i kolejno nazywał din  ozaury: diplodok, triceratops, itd. Pewnie najzdrowsza byłaby wersja gdzieś po środku...
Nie macie podobnych obserwacji?

Co ciekawsze - i przy pierwszym dziecku i przy drugim systematycznie odzywały/ją mi się wyrzuty sumienia, że robię za mało, nierówno dzielę czas, powinnam bardziej "pracować" z latoroślą i w ogóle - że mam zaniedbane dziecko, bo zamiast pracowicie dobierać z Olcią odpowiedni klocek do odpowiedniej dziurki w sorterze, ja radośnie piszę bloga, czytam książki i popijam kawkę... Ot, odwieczna rozterka matki...

Uprzejmie donoszę, że zdaję sobie sprawę z potężnego uogólnienia, które tu stosuję. Służy ono jedynie uwidoczeniu tego, jak poglądy wychowawcze zmieniają się z wiekiem... rodzica oraz dziecka.

piątek, 8 lutego 2013

drzwi, po prostu

 tak sobie zaglądam do mieszkania z klatki schodowej

Wejściowe drzwi do mieszkań w Lipsku są na ogól stare, ozdobne, z prześwitującymi (często otwieranymi) szybkami.
Tym mocniej widoczne jest zderzenia "starego" z "nowym". "Nowe" to zwykłe, plastikowe drzwi podrzędnego gatunku takie, jakie w Polsce uważane są za drzwi "całkiem wewnętrzne".


I mimo, że uwielbiam nasze nowe mieszkanie, które przedtem było strychem niemieszkalnym, to jednak trochę mi oko błyskało na widok drzwi naszych wszystkich sąsiadów, którzy mają piękne, drewniane, zdobione drzwi. Nam bowiem przypadły w udziale białe, poobijane i nie do końca "skrojone na miarę" drzwi plastikowe. Na dodatek brudno-białe to one sa tylko od naszej strony. Od drugiej są pomalowane ohydną brązowo-czerwoną farbą, podczas gdy na wszystkich niższych pietrach trwają prace remontowe nad drzwiami drewnianymi - w ruch poszły opalarki, szpachelki, kleje i papiery ścierne...
Jakież więc było moje zdziwienie, jak któregoś pięknego dnia po wyjściu z domu odkryłam, że nasze drzwi "pokryły się drewnem" od strony klatki schodowej. Teraz wyglądają tak:



Tymczasem na niższych piętrach dokonało się dzieło zniszczenia. Zamiast pięknie odrestaurowanych drzwi drewnianych, są odrestaurowane drzwi pomalowane tą samą farbą, co i nasze. Tyle, że nasze "plastiki" wyglądają przez to lepiej, a wszystkie stare drzwi bardzo na tym straciły. Oto wszystkie etapy pracy:



Mądrośc z tego taka: okazuje się, że odnawiać trzeba umieć, bo łatwo spaprać. Nawet drzwi drewniane.


czwartek, 7 lutego 2013

uziemienia różne odsłony

Pół roku temu przestałam pracować i osiadłam w domu. W zależności od zwyczaju i języka moja obecna praca ma różne nazwy. W polskim nazywa się to "kura domowa", tu w papierach w banku pani zapisała "household management". Z przyczyn oczywistych wolę to drugie określenie. ;) Tak więc przestałam pracować, wyjechaliśmy z kraju, pozostawiając przyjaciól i znajomych, co w znacznym stopniu ograniczyło moje kontakty towarzyskie. Dla wielu osób  tym samym uziemiłam się.
A mi było dobrze. 

Przeprowadzka zbiegła się w czasie z uszkodzeniem mojej komórki, podczas gdy sama zmiana lokum spowodowała, że odcięto nas czasowo od internetu i telewizji. Grono osób, które uznały, że "jestem udupiona" znowu znacznie wzrosło.
A mi było dobrze.

Dwa dni temu Lala nagle zaczęła się rozkładać. Najpierw katar, potem lecące łzy od przytkanych kanalików, kaszel, temperatura - standardowo. Tolek natychmiast podchwycił tę "zabawę" i zaczął przejmować kolejne oznaki rozkładu. Wczoraj wieczorem było na tyle źle, że postanowiłam na jeden dzień zatrzymać towarzystwo w domu. Dziś nie ma spaceru, siedzimy w domu.
I mi źle.
Nie potrzebuję do szczęścia ludzi, spotkań, pogaduszek i rozmów. Lubię ciszę i spokój. Zawsze lubiłam być sama i dobrze bawiłam się w woim towarzystwie. Babcia od wczesnego dzieciństwa (mojego, nie Jej) powtarzała mi, że "nudzą się tylko ludzie nudni". W ramach ochrony miłości własnej nauczyłam się wtedy nie nudzić. Wystarczą mi książki, coś do pisania, dzieciaki, TaTolek i ruch. Za to brak któregokolwiek z tych czynników powoduje szybki spadek nastroju. Przez ostatnie dni rzadko chodziłam z Lalą na spacery, bo zmieniająca się jak w kalejdoskopie pogoda męczyła nas obie. Ale miałam świadomość, że możemy, że jak tylko nam się zachce - spakujemy manatki, ubierzemy się "na cebulkę" i pójdziemy gdzie nas oczy poniosą. A teraz tego zabrakło. I faktycznie, po jednym tylko dniu uznałam, że TERAZ TO JESTEM UZIEMIONA i marzę o wolności, a dziaciaki latają pod domu z okrzykami indiańskimi wydzierającymi się z gardeł.

Marzymy o zdrowiu i o wiośnie, a na osłodę podziwiamy widoki za oknem. Pogoda sprzyja i jakby starała się zrobić wszystko, żebym miała się czym zachwycać. To jedna tęcza, która na raz nijak nie chciała mi się zmieścić w obiektywie.


środa, 6 lutego 2013

szkoła Tolka, cz. 3., świetlica

Już raz wspominałam o świetlicy. Niedawna rozmowa z bliską osobą uświadomiła mi, jak daleko jest typowej polskiej świetlicy szkolnej do tej z obecnej szkoły Tolka. Przed wyjazdem z Polski Tolek chodził do szkoły i tam automatycznie zaakceptowaliśmy świetlicę "z całym dobrodziejstwem inwentarza". Jak porównuję ją z opowieściami znajomych, to i tak było nieźle - panie uśmiechnięte, pachnące, lubiące dzieci, z wyjściami na szkolny plac zabaw latem. Okazuje się, że nawet to nie jest normą.
Dopiero teraz widzę jak może być prowadzona swietlica, jakie to ogromne przedsięwzięcie i logistyka, żeby wszystko dobrze i mądrze działało i dlatego opiszę to, "ku pamięci".
W szkole Tolka jest dwunastu pracowników wyłącznie świetlicowych. Wszyscy są przedstawiani z imienia, nazwiska i zdjęcia - wisi ogomna tablica informacyjna, żeby nikt nie miał wątpliwości kto jest kim. Wszelkie zmiany w składzie dostajemy dodatkowo opisane w mailach, łacznie z opowieścią kim jest nowa osoba, skąd, z jakim doświadczeniem, itd.

 tablica informacyjna, na której widnieją twarze i imiona wszystkich pracowników świetlicy

Nie ma tak, żeby nauczyciel pilnowal w świetlicy, albo żeby świetliczanka/nin byli na zastępstwie na lekcji. Do zastępstw jest dodatkowych trzech pełnoetatowych nauczycieli. Świetliczanie stoją i cały czas obserwują, rzadko ze sobą rozmawiają, znacznie cześciej bawią się z dziećmi - po to są, żeby nikt nie siedział smutny - skaczą w gumę, uczą chodzić na szczudłach, grają w piłkę nożną, a zimą - pieką z dzieciakami ciasteczka (jest osobna sala kuchenna, z piekarnikami, palnikami, zlewami, itd.), robią karmniki dla ptaków, grają w gry planszowe.  Słowem - dwoją i się i troją, żeby czas wszystkim szybko mijał. Czego nie robią? Nie odrabiaja  z dziećmi lekcji. Świetlica to czas zabawy i szaleństwa, służący odreagowaniu lekcji.
W Polsce "świetlica" kojarzyła mi się z jedną-dwoma salami, w których przebywają dzieci po lekcjach. Tutaj mamy "hort time", a więc nie konkretne pomieszczenie, tylko raczej czas, kiedy dzieci są pod opieką pracowników świetlicowych. Mogą w tym czasie być na boisku/placu zabaw, w osobnym budynku świetlicowym z kilkoma salami, albo na dodatkowych zajęciach pozalekcyjnych - same wybierają co jest najbardziej dla nich interesujące. Nikt nie pilnuje czy dzieci ubierają się wychodząc na dwór, czy nie chce im sie siusiu, czy nie sa głodne - to "dbanie o siebie", które każde dziecko robi we własnym zakresie. Na odpowiedniej tablicy zaznaczane jest dokąd idzie uczeń.

 tablica z podziałem na klasy oraz na miejsca, w których trzeba szukać dziecka (indoor, outdoor, club)

I to jest chyba najsłabszy punkt świetlicowy. Dzieciaki przemieszczają się bowiem z prędkością światła i nadążenie z aktualnością tej ostatniej tablicy graniczy z cudem. Po tym, jak ciśnienie kilka razy całkiem solidnie podskoczyło mi, kiedy błądziłam po opustoszałym boisku i świecącycmi pustkami salach, nigdzie nie mogącTolka, na wszelki wypadek nauczyłam się omjać wzrokiem tablicę z jej nieaktualnymi danymi.

 budynek świetlicy
 
Jako puentę chciałam wkleić tu jakieś celne podsumowanie Tolka, zapytałam Go więc czym różni się świetlica z Jego polskiej szkoły od obecnej. Pomyślał, podrapał się w głowę, pokombinował, po czym stwierdził: niczym, zupełnie niczym. Są takie same.

wtorek, 5 lutego 2013

Berlin dzieciom


W ostatnich dniach 2012 roku wybraliśmy się na wycieczkę do Berlina. Była to wyprawa czysto "dzieciowa". Mieliśmy gości i chcieliśmy zapewnić dzieciakom trochę wrażeń.
Punkt pierwszy: legoland.

Lala zachwyciła się połączeniem szopki świątecznej z opowieścią o krasnoludkach i (bawarskiej) sierotce Marysi

Wszyscy wiedzą, że największy legoland jest pod Monachium. Nie wszyscy znają dwa pomniejsze Legoland Discovery Centers - pod Dortmundem (w Duisburgu) i w Berlinie. Dortmundzki znamy i lubimy, berliński jest nieco mniejszy i pełen schodów, które ciężko pokonać z wózkiem, ma też nieco gorzej pomyślane kino i dużo mniejszy sklep (nie da się np. dokupić zagubionych części dużych zestawów lego). Ponieważ byliśmy tam już któryś raz z rzędu, szliśmy do konkretnych elementów tego "parku" i od razu porzuciliśmy wózek, żeby nas co chwila nie blokował. To był świetny pomysł! Mimo sporego tłumu, udało nam pozachwycać i nawet przemycić krótką lekcję historii. Lala niewiele rozumiała, ale przynajmniej od małego będzie przesiąkała ciekawością świata, Tolek rozumie coraz więcej i nawet sam przypomniał sobie urywki opowieści o bloku wschodnim i zachodnim.

zburzenie Muru Berlińskiego

Potem było już mniej poważnie. Lala koniecznie chciała podłubac w nosie jednemu panu, a Tolek koniecznie musiał wyrwać miotłę jakiemuś chłopakowi z błyskawicą na czole:


Bawiliśmy się, dopóki Lala donośnym wrzaskiem nie poinformowała nas i wszystkich szczęśliwców w koło, że jest zmęczona i potrzebuje się przespać. Wtedy zapakowaliśmy Wrzaskuna do wózka i przenieśliśmy się ze zwiedzaniem do drugiej zaplanowanej atrakcji.


Punkt drugi: sea life. Znamy helsiński i dortmundzki. Ten widzieliśmy jako trzeci, więc element zaskoczenia wygasł. Jednak radość i emocje naszych gości spowodowały, że i nas bardziej "ruszyło". Lala piszczała, Tolek latał od akwarium do akwarium i starał się wyglądać jak twardziel-bywalec, ale oko Mu się parę razy zaiskrzyło, zdradzając kryte emocje (albo - jak na powyższym zdjęciu - niezwykle wysoki iloraz inteligencji).


Niestety, Lalce zabrakło cierpliwości na sea house, czyli wielką windę, jadącą środkiem 25 metrowego akwarium. Szkoda, bo tego jeszcze nie widzieliśmy. Może następnym razem się uda...


Mnie najbardziej zachwyciło ostatnie pół godziny w Berlinie, tj. wyjeżdżanie z miasta, które jeszcze świeciło świątecznie. Bylismy tam kolejny raz, a do tej pory Berlin znam głównie z budowli lego. Z utęsknieniem czekam na dzień, kiedy - dla odmiany - uda nam się zobaczyć "dorosłą" odsłonę.
Dlatego - kiedy TaTolek dokonywał cudów za kierownicą pilnując, żeby nikt nie wjechał w nasze auto, posuwające się w żółwim tempie - ja wisiałam wywieszona za oknem, fotografując wszystko to, co mijaliśmy. I tak udało mi się wykonać serię mglisto-rozmazanych, świątecznych zdjęć nocnego Berlina.

poniedziałek, 4 lutego 2013

dlaczego balam sie zdawania mieszkania...

Pierwsze mieszkanie, które wynajęliśmy w Lipsku, okazało się niezłą norą i przekrętem, na który idealnie daliśmy się nabrać. Z wierzchu czyste i wyremontowane, po "bliższym poznaniu" okazało się tykającą bombą, która w każdej chwili mogła wybuchnąc i obsypać nas "gradem usterek". Wynajmował je TaTolek, kiedy reszta rodziny czekała w Wa-wie na sygnał, że mamy już dokąd się przeprowadzić. Pewnie gdybym je widziała wcześniej, to zauważyłabym więcej rzeczy - jak choćby tapetę na ścianach zamiast tynku. Może spisalibyśmy dokładniejszy protokół, może lepiej byśmy się zabezpieczyli... ale to wszystko i tak nie zmieniłoby faktu, że wynajęlibyśmy je, bo działaliśmy z nożem (czasu) na gardle.
Tymczasem ponad pół roku minęło i trzeba było zmierzyć się ze zdaniem go. Od dawna bałam sie tego momentu, bo szybko odkryliśmy, że w tym mieszkaniu sypie się wszystko, a w czasie naprawiania jednej rzeczy, rozlatują się kolejne trzy. Po wyniesieniu naszych mebli okazało się, że we wszystkich pokojach na ścianach wyszedł grzyb. Zrobiłam zdjęcia, ale gdzieś w szale przeprowadzki niechcący je skasowałam. Grzyby były różnorodne - kolorowe, o różnej strukturze i grubości; wszystkie - jednakowo paskudne i niezdrowe dla każdego, a tym bardziej - dla naszych astmatycznych dzieci. Dowiedzieliśmy się, że takie grzyby zostaną natychmiast złożone na karb niewystraczającego wietrzenia  - słowem, że będziemy mieć kłopoty. I nieważne, że to nasze piąte mieszkanie i że wszystkie poprzednie potrafiliśmy wywietrzyć.
Od jakiegoś czasu biedzę się nad tym, jak opisać tamto mieszkanie i dochodzę do wniosku, że nie umiem. To trzeba było zobaczyć -ściany, które po lekkim potrąceniu gubiły nagle pięć warstw coraz bardziej pożółkłej farby (tu remont polega na pokryciu tapety kolejną warstwą, a w najlepszym razie - na położeniu kolejnej warstwy tapety bez odrywania tych poprzednich); podłoga, która pod ciężarem człowieka uginała się na środku, wybrzuszała pod ścianami, trzeszcząc przy tym tak, że w nocy budziła wszystkich; okna, stale pokryte parą, które żółkły, gubiły farbę i które stale trzba było czyścić i wycierać kilkanaście razy dziennie, żeby w ogóle zobaczyć cokolwiek na zewnątrz, ale też -żeby nie wyhodować wspomnianego grzyba, kruszący się próg na balkonie, szwankujący prysznic, i wiele innych, głębiej ukrytych.
Do tego dochodziło zwykłe posprzatanie po nas wedle kontraktu, tj. zagipsowanie dziur, wyczyszczenie wszelkich śladów naszej bytności, itd.
Najpierw pracowaliśmy wszyscy, potem przez dwa tygodnie pracował DziaTolek - czyścił, gipsował, gładził, malował, a na samym końcu MaTolek kobiecą ręką dogładzał, doczyszczał, domalowywał i domywał. według mnie - mieszkanie zostało w lepszym stanie niż je zastaliśmy.
Tylko, że ważne było nie moje zdanie, a agentów nieruchomości, którzy nam je wynajmowali.
W zeszłym tygodniu nadeszła godzina prawdy. W "spotkaniu na szczycie" udział wzięli: TaTolek, przedstawiciel firmy, która pomagała nam to mieszkanie wynająć, oraz dwie osoby od strony agencji.
Ponoć faktycznie czystość mieszkania zrobiła początkowo bardzo dobre wrażenie. Atmosfera siadła  jak przyszło do spisywania liczników i okazało się, że przy odczycie dwóch na pięć tamci mili państwo pomylili się i akurat tak się złożyło, że w obu przypadkach - na naszą niekorzyść. Chwilę potem przyczepili się do stanu kaloryfera w łazience. Tenże bowiem od początku miał brązowe plamy - coś jak rdza, lub klej monterski. Do głowy nie przyszło, że mamy do czyścić, bo przecież takie stan zastaliśmy... tyle, że nie było tego w protokole, spisanym przy wynajmowaniu.
Koniec końców Przedstawiciel Firmy wybronił nas, nic nie musimy naprawiać, za nic nie musimy płacić. Kamień spadł z serc. Czekamy tylko na ostateczne rozliczenie, które wedle prawa niemieckiego może nastąpić.... do końca roku 2014!! Ale - "pomyślę o tym jutro".
Postanowiliśmy dać temu miastu drugą szansę - w czystym mieszkaniu, z ciszą nocną, ze spokojem i brakiem zmęczenia.  Mam nadzieje, że Lipsk tę szansę wykorzysta. ;)



edit: odnalazłam zdjęcia. Poza grzybem na środkowym zdjęciu widać łączenie nowej farby (białej) ze starą (kiedyś białą, teraz buro-żółtą), która niezamalowała się w czasie remontu, tuż nad listwą przypodłogową. Przez chwilę dostałam paranoi, że i to muszę malować, poprawiać, czyścić, ale odpuściłam. W przypadku ich wybitnie złej woli i tak nie udowodniłabym, że wielbłądem nie jestem.


piątek, 1 lutego 2013

widoki z okna


Nigdy nie wybierałam mieszkania pod kątem widoków z okna. Bogiem a prawdą w ogóle rzadko wybieram mieszkania - na sześć, w których mieszkaliśmy, jeden dom to mój rodzinny, a trzy wybrał TaTolek, podczas gdy ja widziałam je pierwszy raz w życiu dopiero wchodząc z walizkami, żeby w nim zamieszkać. Obecne lokum to jedno z tych dwóch, na wybór których miałam wpływ. Braliśmy pod uwagę wyciszenie, odległość od szkoły, rozkład pomieszczeń i jeszcze parę innych czynników, ale przez okno to chyba żadne z nas nawet nie wyjrzało. Tytułem wyjaśnienia przypomnę jak wyglądały te pomieszczenia, kiedy musieliśmy się zdecydować czy podpisujemy umowę:


Teraz są ściany, podłogi, a nawet sufit, a przez to zaczynamy dostrzegać nie tylko to, co mamy  środku. Nagle odkryliśmy widoki z okien, które są zachwycające (zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, tj. który nigdy nie mieszkał powyżej drugiego piętra oraz - jak się nagle okazało - nie ma znajomych, którzy mieszkali by wyżej). TaTolek wychowany w blokowisku nie zachwyca się aż tak bardzo.
Prawie codziennie rano latam od okna do okna z aparatem w dłoni i podziwiam:



Fotografuję rano, wieczorem, w słońcu, w deszczu, a wczoraj - w trakcie nagłej burzy. Zachwycam się czystym niebem, chmurami i grą światła na pięknych dachówkach. A w głowie szumi mi:

U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków!
Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!
Bo każda chmura inna: na przykład jesienna
Adam Mickiewicz, "Pan Tadeusz", Księga III: Umizgi

PS. Dziś proszę o kciuki: za godzinę zdajemy stare mieszkanie i obawiam się tego, co może nas spotkać. Tak bardzo chciałabym już zamknąć ten rozdział.

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...