piątek, 31 maja 2013

książki małe i duże


Zapomniałam, że w Polsce jest długi weekend. Strasznie zdziwiłam się, że moja przyjaciółka nie poszła do pracy i nawet przez chwilę udało mi się zdenerwować, że może tak ciężko zachorowała, że znowu na zwolnieniu siedzi. Ale nie - to tylko Boże Ciało.
My, niestety, nie mamy wolnych dni. TaTolek w pracy, Tolek w szkole. Deszczowymi popołudniami zagrzebujemy się w kocach i czytamy perełki, świeżo przywiezione z Polski.
Uwielbiam czytać z dziećmi i patrzeć, jak coraz bardziej łykają książkowego bakcyla.

czwartek, 30 maja 2013

przysmak zalergizowanego dziecka

Lalka jest alergikiem - idealnie wczuła się z tym w resztę MaTOlków. Jak spisuję listę wszystkich rzeczy, których poszczególni członkowie naszej rodziny nie mogą jeść, to zostaje niewiele żywieniowych opcji.
Niestety, z Lalką jest o tyle problem, że nic nie chce wyjść w testach krwi, a Mała co i raz pokrywa się skorupą, toczy krew, albo po prostu odmawia jedzenia czegokolwiek. W sytuacjach skrajnych rozkłada się w trupa i wiadomo, że coś zaszkodzio Jej wyjątkowo mocno.
W momentach pełnego odrzutu od jedzenia, w naszym domu rozgrywają się scenki, które jeszcze parę lat temu wysmiałabym równo, krytykująć przy okazji nieudolnośc rodziców. Otóż bywa , że w miseczkach na stole stoją: zupa pomidorowa, rosół, kartofle, kluski, ryż i dwa rodzaje mięsa. A Lalka podchodzi, prycha i zdecydowanym gestem wszystko od siebie odpycha... po czym płacze z głodu.
Wniosek? No jasne! Rodzice Ją rozpuścili, w głowie się poprzewracało, wystarczy dwa dni przegłodzić i wszystko wsunie. Otóż nie. Z alergiami i nietolerancjami nie ma tak łatwo i zwykły głód z biednym brzuchem nie wygra. Wiem na pewno, kilka lat temu próbowałam przegłodzenia z (chorym, jak się później okazało) psem i skończyło się kroplówką. Z Lalką tak długo czekać nie będę.
No więc czasem, w momentach mojej skrajnej rozpaczy, zgadzam sie na wszystko, byle tylko panienka coś przeżuła i połknęła. COKOLWIEK!! (w tym momencie moje stare jedzeniowe przekonania, że dziecku nie wolno..., że musi..., że nigdy... idą się jeżyć). I tak własnie niedawno Lala zawędrowała do kuchni w poszukiwaniu przysmaków. Po chwili zza lodówki doszły znaczące mlaski i zachwyty. Trwały tak długo, że - tknięta złym przeczuciem - ruszyłam z kontrolą...
I nie bardzo wiem czy bardziej zaskoczył mnie wybrany produkt, czy też rozmiar łyżki, którą mała Lalka wpychała sobie do buzi. 

 
oto cukiernica, która zapomniana stała od roku wciśnięta w kąt najdalszej szafki

środa, 29 maja 2013

dziwne miasto Lipsk, dziwne miasto Warszawa

Ostatnio intensywnie rozmyślam na ile dziwnym miejscem wydaje się Warszawa tym, którzy się tam nie urodzili, nie wychowali, albo którzy nie rozumieją języka polskiego. I coraz bardziej dochodzę do wniosku, że to nie wina Lipska, że jest taki dziwny, tylko właśnie tego, że jesteśmy lipskimi słoikami - takimi, co to nie znają, nie rozumieją, nie czują.
I jakby na potwierdzenie tych słów dwa dni temu przywołał nas do okien przedziwny zgiełk, krzyki, trąbienia. I to zobaczyliśmy:

 na przyczepie: stól bilardowy, fotele, kanapa

 konwój był długi, auta raczej ledwo ciepłe, starannie blokujące całą ulicę

 zagadka: co robi pan na rowerze?!

 ruch na rondzie wszystkostronny

 samochodowy ruch również raczej wszystkostronny, co mocno zagęściło atmosferę

 dwa srebrne auta bardzo nie chciały się poddać blokadzie ruchu

 taranowanie rowerów nie rozwiązało sytuacji

 nagle towarzystwo ruszyło się - rowerzyści łapali auta


 piesi też szukali okazji

 niektóre auta wyglądały tak, że bali się je dotykać, żeby coś nie odpadło

 ponoć za baterie słoneczne są tu dofinansowania ;) 


Tak samo nagle, jak się pojawili, tak - odjechali. Nagle ucichło, umilkło, opustoszało. Tylko o co tu chodziło?! Ot, zagadka. Okazuje się, że ciężko być (niezorientowanym) słoikiem.

wtorek, 28 maja 2013

kwiatkarnia



Trochę zaleci reklamą, ale niechcący. To opowieść o moim rodzinnym domu.
Otóż dawno, dawno temu moja Mama studiowała ogrodnictwo. A potem - i dawno i średnio dawno i niedawno - marzyła, żeby kwiatki sprzedawać, polecać, opowiadać o nich. I jeszcze żeby było przytulnie. I tak powstała KWIATKARNIA - kawiarnia z kwiatkami lub kwiatki z kawą, jak ktoś woli. Najpierw były tylko kwiaty, potem zaczęła rosnąć część jedzeniowa.

trudne dobrego początki

Dziś to moje ukochane, urokliwe miejsce, za którym tęsknię przez całą jesień i zimę. Latem jest cicho, zielono.  W Kwiatkarni można spotkać się na kawie z przyjaciółmi, można zjeść lunch (w czasach pracowych wiele bym dała za taki zielony azyl w środku dnia), można usiąść na kocyku z dzieckiem (albo bez) i zjeść coś pysznego. Mój "żelazny zestaw" to chłodnik i tarta cytrynowa, ale chyba najwięcej zwolenników ma rolada bezowa.


Nie, nie zachęcam do odwiedzania tego miejsca, bo przestałoby być takie "inne". To moja mała podróż sentymentalna, bo w majowy tydzień warszawski znowu z radością wsiąkliśmy w te atmosferę i znowu niecierpliwie czekamy lipca, żeby polenić się tam, gdzie Saska Kępa pachnie bzami.


Ten, kto uważa, że Kwiatkarnia nie jest urokliwa, niech pierwszy rzuci kamieniem. ;)

poniedziałek, 27 maja 2013

jak Tolek został komunistą

Historia nad wyraz to krótka. Jesienią dowiedzieliśmy, że nie ma szans na komunię w Polsce. Tu nie chciałam - przygotowanie po niemiecku mijało się z celem.
Wiosną okazało się, że jednak jest taka możliwość. Pomogła nam polska szkoła Tolka, do której to szkoły mam coraz większy szacunek. Złożyliśmy oficjalne podanie w szkole lipskiej z prośbą o tygodniowe zwolnienia Tolka z lekcji, TaTolek był nawet na specjalnym spotkaniu z dyrekcją. Udało się. W Wa-wie Tolek wpadł w wir przygotowań, prób, modlitw i spotkań z kumplami ze starej szkoły.
Jak na nas - poszło wyjątkowo gładko. Anomalie były dwie. Najpierw Tolkowa Babcia w akcie protestu przedkomunijnego runęła jak długa ze schodów i prawie od razu wskoczyła w gips. Druga (anomalia, nie babacia) wystąpiła w trakcie spowiedzi i raczej nie zdradzę tajemnicy tejże, jak opiszę przygodę syna.
Otóż była spowiedź, wszystkie dzieci stały w kolejce. Przyszła pora Tolka, a On nic - stoi, patrzy, rozgląda się, strzela miny. W końcu klęknął. Po chwili wstał. TaTolek pyta jak było, a dziecko : hm... ksiądz zasnął. Czekałem i się rozglądałem co mam robić. Obudził się, zawołał mnie, klęknąłem. Zacząłem mówić, a On nic - no to pytam "haloo? słyszy mnie pan?? proszę pana?!". A On nic, to skończyłem grzechy i poszedłem. Pokuty nie mam". Poszłam do pana od religii, razem Antkowi wytłumaczyliśmy co i jak. Ale radość (wszystkich) była spora.


Na samej komunii stanowiliśmy barwną grupę: Mama w gipsie, o kulach, Teściowa ze swoim 38kg ciałem i siostra Teściowej silnie kulejąca, wsparta o Teściową, też ważąca pewnie ze 40kg. Ostatnią, która próbowała nie dopuścić do skomunizowania brata była Lalka, która rozdarła się w momencie komunii tak, że TaTolek musiał z Nią wyjść z kościoła, bo nie było nic słychać. Ryk był, bo chciała do komunii z bratem iść.
A Tolek?  Jak to Tolek. Porozciągał w kościele kark, potańczył i już było po wszystkim.


W ogóle to w Warszawie było super, ale tydzień gotowania, objeżdżania urzędów, dentystów i szykowania komunii wykończył nas fizycznie. Teraz spokojnie odpoczywamy i odsypiamy.

piątek, 24 maja 2013

spotkanie na szczycie

Miałam dziś w domu spotkanie. Średnia wieku młodszego pokolenia wynosiła trochę ponad półtora roku, a to tylko dlatego, że jeden chłopiec zdecydowanie zawyżał wiek. Pięcioosobowe towarzystwo biegało po domu i całkiem nieźle się porozumiewało. Patrzyłam z zachwytem i podziwem, bo każde z nich posługiwało się innym językiem, ale nie stanowiło to najmniejszego problemu.
Tolek nie ma żadych problemów, jesli chodzi o posługiwanie się obcymi językami. Ostatnio tłumaczył mi "Mamo, jak pani w sklepie mnie nie rozumie, to ona ma problem, nie ja. Jakoś sobie poradzimy".  Lalka reaguje na proste polecenia w języku angielskim. Nie do końca wiem skąd, bo w domu, oczywiście, używamy tylko polskiego. Ciekawe co ta mała istotka ma w głowie i co Ona (i w jakim języku) powie mi za parę lat.
Na pamiątkę dzisiejszego spotkania pozostały nam takie oto ciasteczka.


czwartek, 23 maja 2013

mokre dziecko to szczęśliwe dziecko

Przez tydzień pobytu w Warszawie pławiliśmy się w luksusowej temperaturze, która wahała się między 25 a 30st. (niższa na dworze, wyższa w domu rozgrzanym od blachy na dachu). Było sielsko i anielsko.


Nieco wbiło mnie w zimię po powrocie do Lipska, kiedy okazało się, że tu mamy odmienna strefę klimatyczną. I tak wczoraj było 10st. w dzień i lało bez przerwy, dziś jest 15 st. w pełnym słońcu, a w nocy był przymrozek.
Z tego tytułu TaTolek walczył wczoraj wieczorem z kaloryferami w pokoju dziecinnym. Walczył, kręcił, ale niewiele zdziałał i poszedł spać. Parę minut po 5:00 obudziły się chlupy i bulgoty. Po dwóch latach czuwania mam już wyrobiony nawyk - ledwo otworzę oko, od razu sprawdzam "stan dzieci, wyświetlany na niani elektronicznej. Zerknęłam i popędziłam ratować latorośle - otóż wyświetlało się idealne 34st. C, gdy tymczasem dzieci spały w najcieplejszych piżamach i pod najgrubszymi kołdrami. Przez tę chwilę, kiedy biegłam, wyobrażałam sobie ugotowane potomstwo, w gorączce, nieprzytomne od upału. Wpadłam do dziecinnego i... cichaczem się wycofałam. TaTolek sięgnął wyżyn i zostawił czujnik temperatury na kaloryferze. W pokoju było ponad 10 st. mniej.

Ale zanim przyszedł przymrozek, walka z kaloryferami i bieg poranny do ugotowanych dzieci, poszłam z Lalką na spacer. Jak wiadomo powszechnie - brudne dziecko to szczęśliwe dziecko. Myślę, że to samo można powiedzieć o dziecku mokrym.


Każda kałuża była "nasza", a trasa zwykle-pięciominutowa zajęła nam pół godziny. I trwałaby dalej, gdyby nie bardzo przemakalne spodnie.

środa, 22 maja 2013

sport to zdrowie


Jak wspominałam parę razy wcześniej, w życiu TaTolka i Matolka sport przewijał się zawsze. Czasem w wiekszym natężeniu, czasem w mniejszym, z musu u mnie na chwilę nawet wygasł.Jasnym było, że dzieciom też zaszczepimy miłość do sportu. Nawet jakbyśmy nie chcieli, to by nam tak mimochodem wyszło. I tak trzyletni Tolek zaczął trenować u Nastuli i naprawdę nieźle Mu szło. 



W przedszkolu miał zajęcia taneczne, klub sportowy, narty, basen i piłkę nożną (z tej ostatniej nie korzystał) i cały czas trenował judo (co z resztą bardzo przydało Mu się w szkole, jak okazało się, że nie wszyscy lubią mądrale w okularach). W polskiej szkole miał dwa razy w tygodniu wf, dwa razy taj-jit-su, raz w tygodniu basen. Codziennie coś. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu w super-hiper międzynarodowej szkole lipskiej sport jest w zaniku. Godzina wfu w tygodniu przez cay rok oraz godzina basenu przez trzy miesiące. Koniec. Dodatkowo można wybrać raz w tygodniu karate, raz w tygodniu piłkę nożną, ale są po prostu nieciekawie prowadzone i Tolek się zbuntował. Dzieciaki wszystkie przerwy i czas świetlicowy spędzają na dworze, ale to jednak nie to samo, co fajnie poprowadzone treningi.
Zima się skończyła, Tolek zrzucił kurtkę i porzucił bluzy. Zamiast "zwykłych" mięśni na światło dziennie wyskoczył dziecięcy brzuszek i  chude rączki i nogi. Jakiś taki nietolkowy się zrobił, zawsze był nabity, "niski, krępy, niewywrotny", a teraz bardziej galaretkowy.
Nie było wyjścia - odkryliśmy, że tutaj nikt za nas tego nie zrobi i musimy pilnować usportowienia dzieci. Oboje ćwiczą ile sił w młodych mięśniach. Na szczęście oboje zdążyli już polubić fikanie i nie ma problemów ze zmuszaniem dzieciarni do ruchu.

wtorek, 21 maja 2013

pasja w życiu

Dawniej było łatwo: capoeira była moją pasją. Nią oddychałam, myślałam, czułam; rytm, dźwięk, axe, śpiewanie, klaskanie, granie na instrumentach... treningi, pot, zmęczenie, czasem łzy i kontuzje - to było to, co sprawiało, że czułam, że żyję. Tak poznałam TaTolka.


Na ślubie berimbau towarzyszył organom kościelnym, potem samba, capoeira, bębny na weselu. Jeszcze pół ciąży ćwiczyłam i radość wychodziła mi brzuchem.
A potem stanowcze, bezdyskusyjne veto od lekarzy.


Po latach wróciłam do sportowego trybu życia, a jedna K. namówiła mnie, żebym przestała bać się wrażliwości, żebym znowu żyła pełną piersią. Czytam, trochę piszę, ćwiczę. Jest dobrze. Lipsk pomaga w wyciszeniu, daje czas na zastanowienie się nad samym sobą i celami w życiu (a o tych teraz dyskutujemy często). Nieśmiało marzę o kolejnej sztuce walki i bieganiu, ale na to jeszcze za wcześnie, jeszcze bardziej niesmiało snuję zawodowe plany na przyszłość. 
Małymi kroczkami do celu. Byliśmy w PL, przyjechały z nami kolejne paki i paczki książek i "wisienka na torcie" w postaci nowych butów.


 Będzie dobrze. Lekarze nie mieli racji. 


PS. Ponieważ jest to blog rodzinny, a nie tylko o mnie, to uprzejmie donoszę, że dzieci mają się dobrze, mają swoja kupkę książek i też ćwiczą, a mąż został bez kupki, bez książek i bez butów.
O tym - może jutro.




poniedziałek, 20 maja 2013

lodówka

Po 10 dniach szaleństwa okołokomunijnego wrócilismy do domu.
Wróciliśmy wykończeni fizycznie, ale było warto.
Niestety, w szale pakowania i ogarniania dzieci przed wyjazdem, zapomnieliśmy zabrać z Wa-wy zakupów, które zrobiliśmy do Lipska. Bolesne o tyle, że dziś w Niemczech święto i wszystko jest pozamykane. Zawartość naszej lodówki przedstawia się imponująco...


Mamy masło, lekarstwo dla dzieci ORS 2000, musztardy różne, trochę pikli, resztki białego sera, mleko i ser do smażenia. To nam musi starczyć na dwa dni żywienia całej rodziny. Damy radę, ale dzieci - rozpuszczone tygodniem żywienia się w Kwiatkarni - nieco kręcą nosem.
Ot, przymusowa dieta pokomunijna. Trochę umartwienia się nie zaszkodzi. ;)

piątek, 10 maja 2013

komunista

Tolek idzie w tym roku do I Komunii. Ponieważ przygotowania były zdalne, to ominęło nas półroczne szaleństwo i zgrzytanie zębami. Teraz wpadliśmy w wir przyspieszony, gorączkowy. Latamy, biegamy, kupujemy, załatwiamy, organizujemy. Tolek w szoku, przejęty, skupiony.
A lato, które przyszło nagle, omijając wiosnę, wykańcza nas lekko temperaturami.
W związku z powyższym znikam i odezwę się po wszystkim.

To jest maj i pachnie Saska Kępa...


środa, 8 maja 2013

100% refundacji


100% refundacji leków dla dzieci to jedno z największych błogosławieństw, jakie nas tu spotkały. Nasze dzieci to alergicy. Potężni alergicy. Duszą się, prychają, kichają, ronią łzy z czerwonych oczu i rozdrapują sobie swędzącą skórę do krwi. Nie dziwię się im. Też mam alergię i dostaję szału.
Ponieważ kapryśna wiosna wybuchła nagle i zakwitła wszystkim na raz, to wszyscy razem uczulamy się na potęgę. W takich momentach moja prywatna apteka domowa szybko pustoszeje i trzeba iść do lekarza. W zeszłym tygodniu nadszedł czas zakupów medycznych. TaTolek, który wpuszczał mnie do domu po zakupach spytał czy obrabowałam aptekę. Oto jednorazowa dostawa, która starcza naszym dzieciom na niecały miesiąc - coś do łykania, coć do wdychania, coś do nosa, coś do oka, coś do smarowanie, itd., itp. pomnożyć przez dwójkę latorośli.


Zobaczyłam cenę tego najmniejszego pudełeczka, żółto-białej maści. "Normalnie" kosztuje 50E.
Jak to cudownie, że mieszkamy w Niemczech.


wtorek, 7 maja 2013

oczy dookoła głowy

Mam dwuletnią Córeczkę, muszę mieć oczy dookoła głowy. Mam dwuletnią Córeczkę, muszę mieć oczy dookoła głowy. Taką mantrę powtarzam od kilku dni. I choć wydaje mi się, że jestem czujna jak ważka, to Lalka jest "czulsza".
Zrobiłam dziecku zupkę mleczną na śniadanie. Przyprawiłam szczyptą miłości, wychuchałam, wydmuchałam, podałam i odwróciłam się na pół sekundkiy, żeby zalać garnuszek wodą.
Nie odeszłam na krok!

Te pół sekundki to było wystarczająco długo, żeby Lala stwierdziła, że zupka powinna być bardziej gęsta i że moją wodnistą wersją na pewno się nie naje... I zrobiła tak, żeby przysłowiowa "łycha stała".


I nie, niestety, to pomarańczowe to nie jest marcheweczka, którą można wyłowić, tylko ciastolinka, która pięknie rozpuściła się i zagęściła zupkę. Zupka poszła do kibeleczka w naszej łazieneczce, Lalka ryknęła z głodu (powinnam napisać, że załkała i uroniła maleńką łezkę, ale Ona ryczała a nie łkała, a łezka nie była jedna i mała, tylko  przypominała dziki wodospad), a mnie trafiła cholereczka taka, że mało nie zaczęłam rzucać bluzgieczkami, co zdarza mi się niezmiernie rzadziudko. Tak rzadziudko, jak rzadziudka była zupka Lali, przed dodaniem chrzanionej ciastolinki.


wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...