środa, 26 czerwca 2013

wakacje!!! tekst dumnej mamuśki o super Synku :)


No to mamy wakacje... w domu szał, pakowanie, pośpiech. Tolek żegna się z klasą - w szkole międzynarodowej panują zwyczaje amerykańskie. Co roku po wakacjach dzieci są "tasowane" między klasami tak, żeby roczniki dobrze się znały nie tylko w obrębie wąskiej grupy. W połowie sierpnia Tolek trafi do nowej sali, z nową wychowawczynią i z wieloma nowymi dziećmi. To podobno ma pomagać dzieciom czesto podróżujących rodzin w łatwym nawiązywaniu kontaktów. Mnie by było ciężko - długo oswajam miejsca i ludzi. Tolek przyjął to jako naturalną kolej rzeczy i wydaje się, że szybko przywyknie. Ale na to wszystko przyjdzie czas za chwilę.
Dziś - radość! Dostaliśmy raporty roczne, arkusze ocen, wszystkie prace Lolka od początku roku do dzisiaj. Oglądamy, zachwycamy się, a momentami  - zaśmiewamy w głos. To Tolek śmieje się nałgłośniej ze swojego angielskiego sprzed roku - początkowo najważniejsze był, żeby w ogóle był w stanie się porozumiewać i pisał fonetycznie. Kiedy dziś czytamy wypracowania po angielsku i niemiecku, nie chce mi się wierzyć, że minęło niecałe 10 miesięcy. Ja w tym czasie nauczyłam się mówić po niemiecku "dzień dobry" i "dziękuję". ;)



Kręci mi się łezka wzruszenia w oku, jak patrzę, ile mój mały Synek osiągnął w tym roku. Czasem staram się "na zimno" przemyśleć to, co przeżył, ile Mu w życiu zmieniliśmy i nie mam pojęcia jak On dał radę....

Ze specjalną dedykacją dla EW - Ciotki Tolkowej, która jest jest jedną z trzech najszybciej mówiących osób na świecie (druga to TaTolek, trzecia Tolek).



wtorek, 25 czerwca 2013

tęcza


Pogoda jest do kitu, to żadna nowość. Po upałach i 33st. w nocy w mieszkaniu, dziś jest 15 st. w dzień. Dzieci kichają, prychają, na wakacje zabieramy pełen komplet wiosennych, letnich i zimowych ciuchów. Niefajnie. Ale są takie momenty, kiedy wstaję i po prostu się zachwycam. Jak dwa dni temu, kiedy obudziły mnie krople deszczu bębniące po dachu. Wstałam zamknąć okna i zobaczyłam piękne niebo, słońce, deszcz i tęczę. Niech to będzie dobra wróżba na wakacyjną pogodę.


Jutro Tolek kończy kolejny rok szkolny.  Jakoś nie mogę się przyzwyczaić do myśli, że mam już takiego dużego synka.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

szkoła po raz n-ty

Za kilka dni minie pierwsza lipska klasa Tolka, zbiera mi sie na podsumowania, oceny. Mam jeden ogromny zarzut do tej szkoły: brak sportu. Dzieci mają jedną godzinę WFu tygodniowo. Niektóre klasy przez trzy miesiące w roku mają dodatkowo jedną godzinę basenu. Z zajęć pozalekcyjnych jest tae-kwon-do oraz piłka nożna ale nie są to treningi, tylko mniej lub bardziej ogarnięte przewalanie się dzieci po sali. Porównaliśmy Tolkową posturę sprzed roku i obecną. Wyskoczył Mu brzuszek, pokrył sie warstewką tłuszczu, zniknęły mięśnie, wypracowane na polskich treningach. Wyraźnie spadła Mu kondycja. Dla sportolubnych rodziców to problem. ;)

Gigantyczny plus tej szkoły to to, że uczą dzieci myślenia, kojarzenia faktów, sposobów wyszukiwania potrzebnych informacji. "Między wierszami" omawiają to, jak pisze się listy (na papierze i e-maile), jak się je wysyła, jak należy adresować koperty i jak zaczynać maile, żeby było kulturalnie i odpowiednio.

Ale najważniejsze sa takie momenty, jak ten, który miał miejsce w piątek. Wracałam z Tolkiem i Lalką ze szkoły. Szliśmy piechotą. Nagle moje starsze dziecko zobaczyło kilkanaście metrów przed nami swoją wychowawczynię - starszą panią, z rowerem i trzema wielkimi pakami (wyjeżdża do USA i się pakuje). Tolek miał tylko moment zawahania, po czym wyrwał do przodu, z radością przywitał się (bo nie widzieli się prawie dwie godziny) i pomógł zanieść paczki na pocztę. Oczywiście, serce mi rośnie jak widzę, że ma odruch pomagania. Ale bardziej cieszy mnie to, jak uwielbia tutejszych nauczycieli, jak krzyczy do nich przez pól ulicy "dzień dobry" i "do widzenia", jak macha tak, że mało Mu ręka nie odpada.I oni odpowiadają tym samym! Wtedy wiem, że ta szkoła jest taka, jak być powinna.

piątek, 21 czerwca 2013

powódź-upał-burze

Dziwna pogoda jest w tym roku. Najpierw niekończąca się zima, która pokonała moje wszystkei (kwitnące już!!) kwiatki balkonowe. Potem jesień, której chyba pomyliła się kolejność pór roku. Sześć stopni w dzień w maju, wichury, ulewy i ukoronowanie pogodowych starań w postaci powodzi, które faktycznie sporo w kołko poniszczyły. Ostatnio wybraliśmy się na wycieczkę rowerową naszymi stałymi trasami i w ogóle nie mogłam poznać gdzie jestem. Jestem wzrokowcem, a tu nagle pozwalane drzewa, woda nie tam, gdzie być powinna, konary na środku ścieżek rowerowych, przyniesione przez wodę...


Niespodziewanie ulewy urwały się, a przyszedł koszmarny upał. Przez ostatnie dni mieliśmy w domu po 30-35st. To temperatura, przy której ciężko zebrać myśli. Dzieciom w szkole dano do zabawy szlauchy z wodą, baseniki, proszono o przynoszenie pistoletów na wodę - wszystko,byle dzieci się nie przegrzewały.
Wczoraj upał równie nagle jak przyszedł, tak poszedł. Przyszła taka burza, jaką widziałam raz w życiu, na głebokiej wsi podlaskiej. Błyskawice pojawiały się poziomo, w koło nas, w 4-5 miejscach na raz. Jezdnie zamieniły się w rwące potoki, dzieci podskakiwały przy każdym uderzeniu pioruna, choć normalnie burzę kochają - jak ja. Temperatura w ciągu godziny spadła o 15 st.


 to nie jest rozmazane zdjęcie, to wczorajsza widoczność burzowa

 taka rzeka płynęła nam po szybach

 j.w.

 zadzwiony Tolek patrzy, patrzy... i nic nie widzi

Wczoraj emperatura w ciągu godziny spadła o 15 st. Dziś jest przyjemny chłodek, słońce, wiatr.
W końcu normalna pogoda na rower. Ciekawe ile się utrzyma.

PS. Jeszcze jako panienka byłam na wakacyjnej szkole w Londynie. Było to ich nabardziej słoneczne lato od 15 lat. W Rio de Janeiro trafiliśmy na najbardziej deszczowe lato od dziesięciolecia, w Finlandii na nacieplejsze lato od 40 lat, ostatnia zima w Lipsku była najbardziej szaro-bura, odkąd wprowadzili pomiary, tj. od 40 lat. Ciekawe jakie jeszcze "naj" nam się przytrafi.

PS.2. pojechałyśmy na wycieczkę rowerową. Czułam się jak na off-roadzie, tylko Lalka mi nieco zawadzała. Park po wczorajszych opadach jest pod wodą. Leży mnóstwo zwalonych drzew. Woda sięgała mi do połowy opon i nalewała mi się górą do butów.

 ścieżka pod wodą, na końcu zwalone drzewo

czwartek, 20 czerwca 2013

lipskie mieszanki architektoniczne


Jest taki upał, że ciężko zebrać myśli, a jeszcze ciężej przelać je na klawiaturę. Mam dwoje dzieci po szczepianiach, z puchnącymi kończynami w 30 st. C., które mamy w domu. Bywało łatwiej. ;)
Dlatego dziś krótko: od początkupobytu tutaj zdumiewa mnie mieszanka architektoniczna, jaką serwuje to miasto. Ostatnio - w poszukiwaniu pediatry - dojechaliśmy w nieznane nam okolice. Oglądałam sypiące się ruiny, tuż obok odpicowane, kolorowe kamienice, a za nimi zwykłe bloki; część za pięknymi , starymi płotami, część za obdartymi z tynku murami. Widać, że nikogo to nie dziwi. Tak tu jest. Przedziwna mieszanka, zawisła pomiędzy biedą NRD, a pieniędzmi RFNu.




środa, 19 czerwca 2013

uwięziona na balkonie

 skakać nie miałam zamiaru

Wczoraj moja urocza córeczka uwięziła mnie na balkonie. Zrobiła to całkiem skutecznie, tj. spędziłam na zewnątrz półtorej godziny. A było tak:
Jak codzienie rano ćwiczyłam, a Lala bawiła się obok. Jak codziennie wyszłam potem na balkon z komputerem i kawą przez chwilkę odsapnąć. Akurat tym razem uznałam, że jakoś mi źle jak nie słyszę każdego szmeru wydawanego przez córkę i postanowiłam przenieść Ją z zabawą koło mnie - tak zrobiłam pierwszy raz. Lala wychodziła za mną na balkon, przytrzymywała się drzwi za klamkę (musiała pokonać schodek). Wyszłam. Zawiał wiatr i wyrwał Lali drzwi z ręki. Straciła równowagę, oparła się o klamkę i klamka obsunęła się na dół. Usłyszałam trzask, odwróciłam się i zamarłam. Klamka była przekręcona kawałek, więc spokojnie zaczęłam Lali tłumaczyć jak to otworzyć.
Próbowała, ale w końcu się poddała (blokując zamek coraz mocniej i mocniej) i poszła do swojegopokoju (a tym samym zniknęła mi z oczu). Zaczęłam lekko panikować.

                                                                           tym oknem chciałam wchodzić

Zostałam w obcym kraju, w spoconej po treningu bieliźnie, na piątym piętrze,  na szczęście - z komputerem. TaTolek tego akurat dnia był w Pradze (poprzednio kiedy wyjechał Tolek wbił sobie platik w oko). Waliłam w szybę próbując przywołać córeczkę. Potem waliłam coraz mocniej próbując wyłamać drzwi lub wybić szybę. W końcu Lala podeszła do szyby, popatrzyła na mnie i stanowszym głosem rzekła "nie!! nie mama!! Lala bawi! bawi sama!!". Miałam pomysł, żeby wyjśc na dach i górą przejść do okna, ale akurat wczoraj PO RAZ PIERWSZY zablokowałam okno od zewnątrz blokadą antywłamaniową. Wtedy zrozumiałam, że same nie damy rady. Mignęła mi wizja czekania tak do 17:00, kiedy zadzwoniliby do TaTolka ze szkoły z pytaniem co się dzieje. Wyobraziłam sobie, jak TaTolek z Pragi próbuje się do mnie dodzwonić i jedzie 300km coraz bardziej przerażony, podczas kiedy Tolek czekałby w szkole, a Lala - sama w domu. Ponieważ histeria była tuż-tuż (na ulicy pracowała koparka i nie było szans, żeby ktoś mnie usłyszał), uchwyciłam się komputera jako ostatniej deski ratunku.
Wysłałam maile TaTolkowi (jest w Pradze) i koleżance jedynej, która mieszka blisko i o której wiedziałam, że powinna być przy komputerze (telefon oczywiście był w domu).
I potem nastąpiło piekielnie długie oczekiwanie czy któreś z nich odpowie... w tym czasie Lala przyniosła sobie z pokoju plastikowe jedzenie i talerzyk, usiadła przy stole równo na przeciwko mnie i powoli "żuła". Obiektywnie rzecz biorąc, musiało to wyglądać zabawnie - waląca w szybę, zdenerwowana matka, krzycząca, żeby córka otwierała i spokojnie siedząca dwulatka, jedząca plastikowe bułeczki i drewniane kółeczka, powatrzająca "nie!! Lala Bawi!". Ale wczoraj mnie to nie śmieszyło. Poza tym w Jej gestach widziałam coraz większy niepokój. Opanowałam się i "bawiłam się" z Nią przez szybę, żeby pokazać, że jest ok. Nadszedł mail od koleżanki, że "już biegną".
TaTolek, który był w trakcie wyjątkowo ważnego spotkania, maila odebrał. I tak sobie myślę, że cieszę się, że nie byłam w Jego skórze, bo musiał denerwować się koszmarnie z pełną świadomością, że fizycznie pomóc nie może. Ale napisać do Niego musiałam, bo był mi potrzebny. Mój plan był (stosunkowo) prosty. Musiało tylko zadziałać kilka "drobnostek".
TaTolek zadzwonił do szkoły i uprosił o zwolnienie aTolka (dzieci nie mogą same wychodzić, to się praktycznie nie zdarza). W tym czasie koleżanka miała to przyjść. Chodziło mi oto, żeby koleżanka-Niemka pomogła Tolkowi w jakiś sposób dostać się do budynku bez używania domofonu w naszym mieszkaniu, potem Tolek miał wołać Olę przez drzwi do mieszkania. Liczyłam, że wtedy Ola otworzy - robiła to już wcześniej, ale zawsze pod kontrolą i ze mną jako wsparciem. Nie było planu B.
Akcja ratownicza: koleżanka przyszła wezwana mailowo, w całej kamienicy była JEDNA osoba, która wpuściła Ją i Jej męża do środka. Starałyśmy się porozumieć krzycząc, ale - z powodu koparki - nie było szans. Weszła na górę i nawoływała Lalę spod drzwi. Ja starałam się coś usłyszeć - czy dzwoni, czy stuka, żeby powiedzieć Oli co robić, ale koparka zagłuszała wzystko. Nagle zobaczyłam po postawie Lali, że nasuchuje i zaczęłam klejny akt pantomimy za szybą, pokazujący jak i które drzwi otworzyć. W końcu Lala poznała głos i wpuściła do domu mojego wybawcę.
Chwilę potem przybiegł przerażony Tolek, który wymyślił sobie, że wypadłam z balkonu i wiszę trzymając się po stronie zewnętrznej, a On jest potrzebny, żeby wciągnąć mnie do środka. 
Ręce i nogi trzęsły mi się jeszcze pół dnia. Lala natychimiast jak zostałyśmy same, zasnęła w pół słowa - widać było, że mocną Ją to zestresowało.

i taki wniosek krótki mam: bardzo, bardzo się cieszę, że jestem na tyle nieodpowiedzialna, że nauczyłam dwuletnią Lalę otwierania drzwi zewnętrznych..
Co nie zmienia faktu, że czułam sie jak idotka, kiedy właściwie obcy ludzie wpuszczali mnie prawie nagą do domu. ;) 

wtorek, 18 czerwca 2013

rośliny w oknie


Lipsk to dziwne miejsce. Miasto huczy, dudni, ogłusza, nagrzewa się od murów kamienic. Niby ma parki, ale to ściśle oddzielone tereny. W koło mam tylko kamienice, podziurawione asfalty i resztki riun poprzemysłowych. Ludzie, sprgnieni kontaktu z naturą, stawiają na zewnętrznych parapetach doniczki z kwiatkami, konstrukcje z kwiatków, patyczków, kamyków. Widziałam nawet hodowlę pomidorów, ale nie zrobiłam (niestety) zdjęcia.


Biedne rośliny gotują się w słońcu i szybko padają. Wtedy nastają nowe. I nie są to tylko typowe rośliny balkonowe. W oknach stoją tuje, cisy i inne tego typu. Dorobię zdjęć, pokażę; teraz mi nieco trudniej, bo Lala powoli żegna się z wózkiem i chodzi własnymi ścieżkami.

A ja tęsknię za naszą naturą w okołowarszawskim mieszkaniu, moim widokiem z okna; namiastki mi nie wystarczają...


poniedziałek, 17 czerwca 2013

Lala i farby


Kilka dni temu Lala przeżyła pierwsze spotkanie z farbami (albo może: farby przeżyły pierwsze starcie z Lalą). Posadziłam czyste dziecko przy specjalnym stoliku, z dala od wszystkich i wszystkiego, wręczyłam paletę, kartkę i pędzel. Po jakimś czasie wszystkie wyżej wymienione rzeczy oraz Lala były czarne. Posprzątałam, umyłam Lalę i poszłam szorować łzienkę z resztek farby. Jak wróciłam do pokoju, dziecię znowu malowało w najlepsze. Tym razem porzuciła wredny pędzel i malowała paluszkami. Była przeszczęśliwa, więc nie psułam zabawy zbędnymi przerwami.


Po jakimś czasie, kiedy palce lepieły się tak, że nawet Lali to zaczęło przeszkadzać, powtórzyłyśmy manewr z czyszczeniem wszystkich i wszystkiego. Dziecko moje ukochane postanowiło powtórzyć każdy element zabawy, tj. w czasie, kiedy domywałam łazienkę, znowu przystąpiła do działania. Uznała, że lepkie ręce nie są fane i jednak lepiej maluje się pędzlem. Niestety, wpadła na pomysł zrobienia sobie makijażu (zagadką pozostają dla mnie Jej ciągoty do paćkania sobie facjaty; niewątpliwie ode mnie tego nie złapała). Staranie pomalowała sobie powieki i usteczka... a potem jeszcze nogi, ręce, stopy, brzuch....

Za trzecim razem najpierw schowałam farby, a dopiero potem zabrałam się do szorowania córeczki. Olkę trzeba było wykąpać, bo nawet włosy Jej się skleiły. Starannie wyszorowała sobie stopy TaTolkową szczoteczką do zębów, a resztki niebiekiej farby jeszcze kilka dni co i raz mrugały do nas porozumiewawczo spod Olcinych pazurków.

piątek, 14 czerwca 2013

św. Antoni



Wczoraj nasz starszy Ociupinek miał imieniny. Święty Antoni od samego urodzenia Tolka miał pełne ręce roboty, tak więc obchodzimy ten dzień odpowiednio radośnie. Małemu uśmiech nie schodził z twarzy przez cały dzień i myślę sobie, że zupełnie się nie spodziewał wszystkich atrakcji. Jeszcze przed szkołą dostał wymarzoną piłkę do nogi. Po szkole pojechaliśmy na rowerach do parku, gdzie rozegraliśmy mecz i najedliśmy się pyszną pizzą i wielgachnymi lodami z bitą śmietaną i truskawkami.

Fajne sa takie dni. Dzieciaki szalały, ptaszki śpiewały, w koło pachniały grille, ludzie tańczyli, śpiewali, uprawiali sporty wszelakie, A Tolek i Ola zaśmiewali się w głos. Mam nadzieję, że takie momenty zapamiętają na długo.

czwartek, 13 czerwca 2013

zniszczone miasto


Niedługo minie 25 lat od zjednoczenia Niemiec. Wydawało mi się, że to tak dużo, że tyle pieniędzy zostało już "wpompowane" w byłe NRD, że różnice między wschodem i zachodem już dawno musiały zostać zatarte. Jak pisałam wielokrotnie - nic z tego. Na każdym kroku spotykają nas kolejne (ponure) niespodzianki. Echa dawnego podziału widać, słychać i czuć.
Ostatnio zapuściłam się z Lalką w trakcie spaceru w tereny, które normalnie minajmy szerokim łukiem. Jakoś boję się tam chodzić - wydaje mi się, że zagubiona dachówka spadnie nam zaraz na głowy, albo znowu zaliczymy spotkanie z ubitym szczurem na środku chodnika. Mimo tych strachów czasem ułańska fantazja mojego Dziadka ożywa we mnie i wtedy maszerujemy... i dziwimy się.. i robimy zdjęcia...


Na porządku dziennym są drzewa wyrastające z rynien - widać jakieś zapodziane nasionka osiadły tam wiele lat temu. Chyba każda dzielnica ma przynajmniej kilka takich "perełek". Sąsiadują z pięknie odnowionymi kamienicami, sprzątniętymi ulicami, zupełnie nowymi budynkami. Stra przenika nowe i odwrotnie. Widać, że riuny są stałym elementem krajobrazu, wrosły w Lipsk i nikogo nie dziwią; poza nami.

Raz na jakiś czas nagle wyrasta rusztowanie i te obdrapane bidaki zamieniają się w piękne kamienice, albo wille. Trzeba przyznać, że skala remontów robi wtedy wrażenie. Wyburzone zostaje praktycznie wszystko poza ścianami nośnymi i dom rośnie od nowa. Co zadziwia - nawet przy pracach w stylu wymiana ścian wewnętrznych, dachu, wszystkich rur czy elektryki - część najemców decyduje się pozostac i przetrwać ten armagedon. W naszej kamienicy dwie rodziny mieszkały przez sześć długich miesięcy pełnych kucia, borowania, wycia i burzenia. Nie wiem jak to przetrwali, nie umiem sobie wyobrazić życia bez wody, bez elektryki, a momentami - bez ścian. 


Ostatnio zaczął się remont jednej z dwóch willi, które od początku chwytały mnie za serce - może dlatego, że nieco przypominają zabudowania Saskiej Kępy. Takijest punkt wyjściowy remontu:


Tak jest stan obecny (dach zdjęty całkowicie): 


Z niecierpliwością czekam na efekt końcowy. I tak sobie myślę... Lipsk mógłby być ładnym i całkiem sporym miastem, jakby tylko znalazły się pieniądze na remont wszystkiego, co się rozpada, na poprawę chodników, na "zaprojektowanie zieleni miejskiej". Ale myślę, że musi upłynąć kolejne 25 lat, zanim uda się zgromadzić potrzebne środki finansowe i przeprowadzić wszystkie konieczne remonty.

środa, 12 czerwca 2013

listonosz w czerwcu przychodzi dwa razy

Listonosz nie puka zawsze dwa razy. Tylko dzwoni domofonem. Ja podnoszę słuchawkę, mówię gdziecznie "słucham", po czym z mądrą miną wysłuchuję niemieckiego szwargotu, którego ni w ząb nie rozumiem. Wtedy, równie grzecznie co wcześniej, odpowiadam (znowu po angielsku), że ja to tylko po angielsku i czy może on/ona potrafi się ze mną porozumieć. Na ogół odpowiada mi "nein", albo kolejny szwargot. Raz usłyszałam "problem". Wtedy - cóż robić - grzecznie otwieram i nasłuchuję. Rzadko ktoś bez wyraźnego celu decyduje się na wspinaczkę na nasze wysokie (piate? szóste? w rodzinie trwają spory) piętro.
Dwa dni temu jednak listonosz zapukał i przyniósł mi prezent urodzinowy, co kompletnie zwaliło mnie z nóg. Bo u nas w domu nie ma raczej niespodzianek, bo przyzwyczaiłam się, że jestem za stara na urodziny, bo moja rodzona Mama pomyliła się i złożyła mi życzenia miesiąc temu, więc kto "obcy" by pamiętał?! Kiedy więc wczoraj znowu ktoś mi szwargotał przez domofon, byłam przekonana, że to pomyłka, ale znowu otworzyłam. A po chwili kolejny zziajany młody człowiek wręczył mi kolejną paczuszkę!! Musiałam mieć głupią minę, bo się zaczął ze mnie śmiać, ale tak ciepło, miło (a propos - tutaj nie sprawdzają kto odbiera paczkę, to dziwne!!).
Dziękuję Ci K., dziękuję Ci M. (w kolejności dostarczania paczuszek ;) ). Jesteście moimi plasterkami na serce.



U nas listonosz nie puka dwa razy. Tylko dwa razy przychodzi.

wtorek, 11 czerwca 2013

Belantis - park rozrywki


Niewielu wie, że w Lipsku jest jeden z największych parków rozrywki w Europie - Belantis.
Tak się złożyło, że kilka tygodni temu TaTolkowa firma zorganizowała tam spotkanie integracyjne.
Darmowe wejście do środka, wejściówki na wszelkie możliwe atrakcje, darmowe jedzenie (w ilościach ograniczonych) - żyć nie umierać! Tolek już kilkanaście dni przed piknikiem z radością przebierał nogami, TaTolek, który jest umiarkowanym zwolennikiem wszystkich karuzelo-podobnych czekał w milczeniu, MaTolek, która szaleje na punkcie wszelkich rollercaosterów, czekała niecierpliwie. Baliśmy się nieco reakcji Lalki na tłum i hałas, ale liczyliśmy na łut szczęścia...

Pewnej pięknej soboty w końcu stanęliśmy u wrót Belantisu i Tolek jak z procy wystartował do piramidy z pontonami, o której marzył, od kiedy zobaczyliśmy folder reklamowy tego miasta.

 

Pod wejściem spotkała Go ponura niepodzianka - okazało się, że jest za niski. Tym samym odpadły prawie wszystkie  atrakcje na wysokości, pozostały te naziemne. Tolkowi przez chwilę broda się trzęsła, ale postanowił być dzielny i ponownie ruszył do boju.


Niestety, szybko stało się jasne, że na połowę atrakcji jest za mały, ale na drugą połowę - nieco za duży. Jak tutaj, kiedy kolanami obejmował kierownicę i podpierał brodę.
W końcu jednak znaleźliśmy atrakcje, które pasowały dla Tolka. Najpierw okazał się nią być wielki, świetnie zaprojektowany plac zabaw, potem strzelanie z łuku, a na końcu mini rollercoaster. I to właśnie tu zachwycony wyskością MaTolek ucieszył się, że nie wpuścili syna na najwyższe atrkacje, bo w czasie jazdy Tolek wydawał z siebie prawdziwie przerażony krzyk strachu. Bardzo nadrabiałam miną, ale wiedziałam, że po prostu się bał, tak "niefajnie" się bał. Widać te ograniczenia wysokości mają na celu bezpieczeństwo zarówno fizyczne, jak i psychiczne.


Mniej więcej wtedy, kiedy ogarnęliśmy lunapark i wiedzieliśmy już, w którym kierunku warto iść, co zjeść, gdzie jest wc i co omijać, zaczęły pojawiać się coraz większe i coraz ciemniejsze chmury. Wyciągnęliśmy kurtki przeciwdeszczowe i bawliśmy się dalej zadowoleni, że w końcu nie trzeba czekać w długich kolejkach.


W końcu rozpadało się tak strasznie, że nawet MaTolki podkuliły ogony pod siebie i uciekły jak niepyszne, pozostawiając za soba ledwo poznany lunapark.


Byliśmy tam w maju, kiedy powinno być gorąco i słonecznie. Było 10st. C, lało, było mokro, nie bardzo było można usiąść na trawie. Ale GDYBY pogoda była normalna, to to miejsce byłoby idealne na rodzinną wyprawę.
Zalecałabym tylko zabranie drugiego śniadania z domu - Niemcy żywią się w takich miejscach głównie kiełbachą w bule, która na dodatek w Belantisie cenę ma kosmiczną. Ale cały kompleks wygląda bajkowo i obiecuję sobie, że kiedyś wrócę tam ze starszym Tolkiem i poszalejemy na wysokości.

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...