środa, 31 lipca 2013

Lipsk, po prostu

Rok i kilka dni temu sprowadziliśmy się do Lipska. Wtedy byłam pełna zapału, radości i wyczekiwania. Dziś wiem czego się można spodziewać po tym mieście i - powiedzmy sobie to wprost - nie tego się spodziewałam.
Mimo negatywnych uczuć, które budzi we mnie to miasto, doceniam jego niektóre aspekty i rozwiązania, traktowane tu jako coś zupełnie naturalnego. Już kiedyś pisałam, że kiedy szukaliśmy tu idealnego miejsca do zamieszkania, znalazłam z Tolkiem taką "kamienicę wymarzoną" - nad samą wodą, z ogródkami, kwiatami. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam napis na ścianie budynku "dom spokojnej starości". Znowu przyszło lato, znowu zakwitły kwiaty i znowu zachwycam się tym miejscem. I wydawało mi się, że to miejsce idealne na starość - żeby do końca życia czuć się potrzebnym, zaopiekowanym, ze znajomymi do pogadania i wspólnego spędzenia czasu... Aż raz, kiedy biegaliśmy z dzieciakami po trawniku obok, usłyszałam ze środka nieludzkie krzyki - człowieka chorego i nie do końca przytomnego. I tak sobie pomyślałam - umieranie jest zawsze takie samo, a bieganie po trawie z rodziną - bezcenne.



PS. Wczoraj pisałam o uzależnieniu od kupowania (i czytania) książek. Dziś dostałam podsumowanie od TaTolka:
wczoraj napisałaś TaTolek powtarza mi, że uzależnienia powinno się leczyć. Ale akurat książkozakupywanie uwielbiam i chyba pozostanę pacjentem odpornym na leczenie tak długo, jak nowe lektury będą nam się mieściły w domu.
dopisałbym albo tak długo, dopóki się nie okaże, że książką  można zapłacić za czynsz albo za chleb

wtorek, 30 lipca 2013

książkozakupywanie

Im jestem dalej od Polski, tym bardziej tęsknię za językiem polskim - za możliwością posługiwania się nim, czytania, rozmawiania; za zrozumieniem każdego durnego napisu nabazgranego na murze czy zrozumieniem najbardziej nietrafionego żartu językowego zasłyszanego w radiu czy na ulicy.
Ze wszystkich sił dbam, żeby dzieci także czuły tę tęsknotę, żeby język polski zawsze był dla nich "naj" - najważniejszy, najukochańszy, najbardziej wyczekany; żeby znały polską literaturę, historię i historię literatury. 
I tak właśnie wpadam w manię kupowania książek. Ostatnio wyczytałam na FB takie tekścik: "Nie wydaję dużo. Tylko zaraz po wypłacie wpadam do księgarni i kupuję książkę; jedną albo dwie. Albo siedem". To ja. Co prawda wypłaty nie mam wcale, ale też wpadam do księgarni co i raz i kupuję po kilka książek. Albo kilkanaście. Dwa dni temu, po miesiącu warszawskiego maratonu towarzyskiego, wróciliśmy do Lipska. Z kilkoma nowymi książkami; albo kilkudziesięcioma.


TaTolek powtarza mi, że uzależnienia powinno się leczyć. Ale akurat książkozakupywanie uwielbiam i chyba pozostanę pacjentem odpronym na leczenie tak długo, jak nowe lektury będą nam się mieściły w domu.

środa, 3 lipca 2013

miasto moje, a w nim....



Po co są wakacje? Żeby mama miała szansę odpocząć od prac domowych, tych szkolnych. Żeby pobyć spokojnie z dziećmi, pobawić się, powygłupiać, porozmawiać bez pośpiechu, żeby naciszeć się zwykłym życiem.
Nie da się ukryć, że tęsknię za Warszawą. Za połączeniem natury z kulturą, za atrakcjami dziecięcymi, za ukochanymi ścieżkami spacerowymi. Teraz mamy czas, żeby to wszystko połączyć - rodzinne spacery, rozmowy, zachwycanie się szczegółami i ogółem.


Wczoraj zapakowalismy Lalkę do wózka, Tolek wskoczył na nową, "poważną" hulajnogę i poszliśmy do jednego z naszych ukochanych miejsc - Czułego Barbarzyńcy. Szłam, wdychałam spaliny, głowa pulsowała mi w rytmie mijających nas TIRów i po prostu cieszyłam się tym, że jestem w swoim mieście. Coś jak "właściwy człowiek na właściwym miejscu". W "Czułym..." zjedliśmy rogaliki migdałowe, powdychaliśmy zapach świeżego druku, nacieszyliśmy oczy widokiem książek, zrobiliśmy stosowne zakupy. Tolek miał chrapkę na ogród na dachu BUWu i na Tarabuk, ale zawetowałam - bałam się czy starczy Mu sił na powrót na Kępę.


W drodze powrotnej wybiegaliśmy Lalkę. Byliśmy w ogrodzie odkrywców pod Centrum Kopernika. Dzieciaki skakały po metalowych kwadratach, które dzwoniły jak dzwoneczki, słuchały różnych dźwięków w srerbnych rurach i szalały jak dzikie. Patrzyłam na dorosłych, którzy nas mijali. Usmiechali się do moich szaleńców, zagadywali, parę osób zaczęło skakać i wygrywać dzwoneczkowe melodie razem z Tolkiem i Lalką. Okazuje się, że w ludziach czai chęc do skakania i śmiechu, tylko potrzeba małego kogoś, kto by z nich na chwilę zdjął maskę powagi i zachęcił do zabawy. Fajnie jest mieć czas. Tak po prostu: żeby usiąść na trawie i cieszyć się, że dzieci chcą i moga skakać, a nie wkurzać, że ucieka cenny czas. Nie miałam tego w Warszawie. Kiedy tu mieszkalismy, zawsze gdzieś pędziłam...


Wracając oglądaliśmy loty balonem, szliśmy ścieżką nad Wisłą, bawiliśmy się na placu zabaw w piachu nadwiślańskim. Cały czas liczyłam, że dzieci w końcu padną i ich zmęczenie wyznaczy czas powrotu. Ale im bliżej było domu, tym bardziej czułam, że ja mam dosyć, a dzieciakom coraz bardziej ładowały się akumulatorki. Po 7 km oboje tak szaleli, że poddałam się i postanowiłam powoli wracać.


Zakończyliśmy w ukochanej księgarni, tj. w Bajbuku na Saskiej Kępie. Spacer od księgarni do księgarni to to, co MaTolki lubia najbardziej!
W KwiatkarniDzieci dorwały się do chłodnika, a MaTolek został uraczony przepysznym winem.
To są wakacje!


wtorek, 2 lipca 2013

MaTolek ekshibicjonistycznie

po treningu

No dobra... dziś trochę ekshibicjonizmu. Skończył się rok szkolny, zaczęły wakacje, będziemy w rozjazdach. Tak więc dziś podsumowanie mojego największego dokonania tego roku.
W Polsce dniami i nocami siedziałam przy komputerze, powiększając firmę i własne "boczki"... a potem też "przodki", "tyłki" i w ogóle wszystko co się dało i co się teoretycznie powiększyć nie powinno.  Delikatnie rzecz ujmując, osięgnęłam rozmiary życiowe. Niestety, firma nie rozrastała się wprost proporcjonalnie do mojego ciała.

 czerwiec 2012

 Rok temu przeszłam na pracę domową i - dla odmiany - zaczęłam ciężko pracować nad sobą samą. Najpierw dieta, żeby kolana i kręgosłup odsapnęły. Jesienią- półgodzinne treningi,  zimą - godzinne, wiosną doszłam do 1-1,5 dziennie sześć razy w tygodniu.
Minął rok. Ważę prawie 10kg mniej, odzyskuję mięśnie. Jestem w życiowej formie - trzaskam pompki, znowu mogę się podciągać na drążku, mam siłę i energię, żeby biegać i bawić się z dziećmi.

czerwiec 2013 

Jest fajnie. Jeszcze daleka droga do ideału, ale teraz wiem, że dam radę. I tym optymistycznym stwierdzeniem żegnam się na czas jakiś z Lipskiem i blogiem.

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...