piątek, 30 sierpnia 2013

bezsenność

Dopadła nas bezsenność, tak po prostu. Chyba odwykliśmy w czasie wakacji od hałasu, jaki produkuje to miasto. Buzuje do 2:00-3:00, zaczyna od 5:00. W weekendy przerwa na ciszę jest jeszcze krótsza. Snuję się nocami po domu, wpadam na ściany i na Tolka, który krąży jak ja; z coraz większymi sińcami pod oczami, z coraz mniejszą ilością energii. Biedny ten Tolek, ja się bujam z dnia na dzień i jakoś idzie, On musi siedzieć na lekcjach i rozumieć co do Niego mówią.
TaTolek nie narzeka, zaciska zęby i taki bardziej.. szarawy się robi na twarzy z niewyspania. Tylko Lalka - po dwóch latach ciągłych pobudek i walczenia ze snem, teraz w końcu śpi jak dziecko. W dowolnej pozycji, w dowolnym miejscu, przy dowolnym natężeniu hałasu.
Zazdroszczę Jej.

Pod samymi oknami wyrósł nam wielki namiot pełen ław i stołów, grille, bary, scena i cuda niewidy. Z dużym niepokojem czekamy na to co to będzie, kiedy ruszy i do której będzie czynne.
Ot, lipsk.

czwartek, 29 sierpnia 2013

zezwierzęcone dzieci


Chodzenie naszego Syna do szkoły międzynarodowej powoduje czasem śmieszne sytuacje. Wczoraj Tolek pomaszerował na lekcje w starej koszulce, którą kilka lat temu odziedziczył po starszym bracie. Koszulka "turystyczna" przywieziona z jakichś wakacji, a może podarowana przez kogoś. Ani szczególnie piękna, ani kolorowa - zwykły ciuch z tygrysem i jakimiś wschodnimi literami, co do których nie umiemy nawet powiedzieć czy rzeczywiście takowe istnieją.
Tolek grał właśnie w piłkę w koreańskim kolegą, kiedy ten podleciał i stwierdził, że koszulka jest "really cool". Okazuje się, że Tolek nosi na klacie przysłowie koreańskie, coś w rodzaju "źli ludzie będą zjedzeni przez tygrysa" - że to niby ten Tolek takim groźnym tygrysem jest, co walczy ze złem.
Warto wiedzieć.
Tak więc mam syna tygrysa i córkę... pieska. Lala porusza się głównie na czworaka, szczeka, wyje, liże wszystkich po nogach i pije tylko z miski postawionej na podłodze. Ciekawe kiedy zacznie aportować i siusiać z nogą podniesioną do góry. Obstawiam, że to tylko kwestia czasu.
Ciekawe jest życie MaTolka.

środa, 28 sierpnia 2013

lipski blues

W Warszawie wszyscy biegają, zamiast chodzić. Prawie każdy się spieszy, popędza, cmoka i trąbi  z niezadowoleniem na tych, którzy się ociągają. Czytałam o tym wcześniej, wiedziałam, że ludziom przeszkadza, ale nie czułam. W czasie lipcowych wakacji warszawskich nagle zrozumiałam. Poczułam się, jakbym przyjechała z głębokiej wsi. Po lipskim spokoju, wpadłam w wir aut, ludzi, zdarzeń, łomot wielkiego miasta i dźwięki stolicy; niespodzianka, odwykłam od tego!
W ten sposób po roku doceniłam powolność naszego obecnego miejsca zamieszkania. Tu jeśli biegnę - to dla przyjemności. Jeśli się spieszę, to dlatego, że na własne życzenie się spóźniłam. Zamiast auta jeżdżę rowerem, a buty na obcasie ustąpiły miejsca wygodnym cichobiegom (nie, żebym wcześniej jakoś często wspinała się na wyżyny obcasów!). Szczególnie po dzieciach widać, że Mama w domu była im potrzebna, że lepiej odnajdują się w takim spokojnie płynącym życiu. Najmniej zmianę tę odczuł pewnie TaTolek, bo z pracy w domu, przerzucił się na pracę w biurze, wpadł w codzienne korki, dojazdy i późne powroty. 
A ja? Otóż tęsknię za pulsowaniem Warszawy. Niechby trąbiła, niechby dudniła, ale jednak Warszawa jest najbardziej "moim" miejscem na ziemi. I kiedy tęsknota zaczyna dzwonić mi w głowie jak alarm, wtedy przypominam sobie, że to zwolnienie było nam potrzebne, że dobrze robi rodzinie, że w końcu mam czas zachwycać się drobnostkami. Zatrzymywać z Lalą nad każdym ślimaczkiem, który wyszedł nam na powitanie, podziwiać każdą chmurkę i zachwycać się kwiatami, które (chyba jako jedyne w naszej rodzinie) czują się w Lipsku jak ryby w wodzie i kwitną na potęgę.


Kilka dni temu poszłam z dziećmi na spacer. Po chorwackich temperaturach, wpadliśmy w deszcz i naście stopni, co spowodowało lekki szok termiczny. Ja trzęsłam się z zimna i wilgoci i z nostalgią wspominałam ciepłe morze i rozgrzane kamienie na plaży. A dzieci? Były zachwycone! Studiowali rozchodzenie się fal w kałuży po spadnięciu kropli deszczy, oglądali każdy krzaczek, każdego robaczka, każdą dziurę w płocie... 


Szłam za Nimi przemarznięta i marzyłam o gorącej herbacie pod kocem. Ale im dłużej przyglądałam się ich ciekawości, radości i współdziałaniu, tym bardziej przypominało mi się po co tu przyjechaliśmy. I widzę, że było warto.
A Tolek jest najsuperowszym starszym bratem na świecie... Ale to niezależnie od miejsca pobytu.

wtorek, 27 sierpnia 2013

droga do szkoły


Czas leci, syn nam dorośleje. TaTolek wyjechał na kilka dni i poranna logistyka rodzinna nam się rozsypała.
W ten oto sposób nieco przyspieszyliśmy dorastanie Tolka i dziś dzielny mały człowiek podreptał sam do szkoły. Nie jest to bardzo długa droga, ani bardzo kręta, a mieszkanie na ostatnim piętrze ma swoje plusy. Tym razem w postaci takiego, że 95% drogi widzę z okna. Tolek poszedł na nieco sztywnych nogach z wrażenia i co chwila odwracał się, sprawdzał czy na pewno patrzę, czy nie zapomniałam, nie odeszłam od okna i machał mi co chwila zawzięcie, dopóki mnie widział.
Dziwnie było obserwować kolebiąca się na boki malejącą postać mojego niedawno-malutkiego-synka.

Tolkowa szkoła ma ten plus, że 5min. po rozpoczęciu lekcji sprawdzają listy i jak jakiegoś dziecka nie ma - dzwonią do rodziców i sprawdzają co się dzieje. Do każdego, z każdej klasy. To daje duży komfort psychiczny i dlatego uznaliśmy, że można już puszczać samego Tolka w - jednak - obcym mieście, w którym porozumiewanie się ma dosyć ograniczone.


Jeszcze dwie minuty, w czasie których telefon ma milczeć. ;)

PS. Na każdym z tych zdjęć widać Tolka. 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

zwykły weekend rodzinny



Są takie dni, kiedy lenistwo wychodzi nam uszami. W Lipsku nie mamy mnóstwa znajomych, i przyjaciół, z którymi trzeba się spotkać, nie mamy miliona spraw do załatwienia, a w niedzielę wszystko jest pozamykane, więc nawet żadne "superważne zakupy" nas nie męczą. Można się byczyć. I takie dni są lipsko fajne. Bo nie spieszymy się, nie pędzimy, nic nie musimy. Tak było wczoraj. Mimo zapowiadanego deszczu, obudziło nas piękne słońce. Przeserwisowaliśmy delikatnie rowery po wakacyjnej przerwie i pojechaliśmy na wycieczkę. Jak zawsze, zadziwiła mnie ilość rowerzystów w tym mieście.


Kiedy Tolek zaczął marudzić, że siedzenie Go boli od roweru, wróciliśmy do parku, na trawę. To coś, czego ciągle brakuje mi w Polsce - żeby tak po prostu można się było rozłożyć w parku, na trawie, z rowerami. Bez stresu czy tu akurat wolno, czy dojadę rowerem i czy dzieci nie zadepczą trawy.
W moim ulubionym lipskim parku z oddali słychac koncert jazzowy, w koło widać tłum piknikowiczów - na tyle daleko, żeby nie przeszkadzało, na tyle blisko, żeby dzieci mogły się razem bawić. Latają pszczoły, słychać ptaki, rośnie trawa. To to, za czym tęsknię mieszkając w dudniącym mieście.


Ponieważ nasza sąsiadka, mieszkająca pod nami, nie najlepiej znosi tupot dziecięcych nóg, planem naczelnym wszystkich spacerów i wycieczek jest zmęczenei dzieci tak, żeby po powrocie wybrały statyczne zabawy. A głownym "zmęczaczem" jest TaTolek, który gra z dzieciakami w piłkę, trenuje z Tolkim zapasy, a Lalkę - jak widać - zamęcza śmiechem.


Nie lubię Lipska, nie czuję tu dobrze, nie odnalazłam się w tym państwie. Ale ten park jest najbardziej "moją częścią" naszego obecnego życia. TaTolek, Tolek i Olka szaleją, ja rozkładam się na trawie z aparatem i uwieczniam te chwile, które kiedyś będziemy wspominać z łezką w oku.
Fajne są nasze niespieszne weekendy rodzinne.

piątek, 23 sierpnia 2013

jak TaTolek z Lalką spacerował


TaTolek postanowił zabrać córkę na spacer. Lala leci do drzwi.
TaTolek: ale jak Ona wygląda?? Nie mogłaby mieć jakiejś sukieneczki?
MaTolek: mogłaby
TaTolek: choć, Lala, przebierzemy się. [TaTolek przebiera Lalę, podczas gdy MaTolek siedzi w pełnym wytrzeszczu i oczom nie wierzy]
Lala wbiega do dużego pokoju i z okrzykiem "ta-dam" prezentuje swoje dwuipółletnie wdzięki. Następnie wpada do przedpokoju i zakłada pomarańczowe crocsy po starszym bracie. Poczym powatarza opcję "ta-dam" przed TaTolkiem.
TaTolek: a nie ma jakiejś pomarańczowej bluzeczki?
MaTolek: ma
TaTolek: a możesz jej założyć? [MaTolek w pełnym szoku milczy i przebiera Lalę; wybiera koszulkę na ramiączka, z tasiemką nad dekoltem, która zawsze powiewa swobodnie; dwucentymetrowe kokardki to nie na MaTolkową cierpliwość].
Po raz trzeci następuje opcja "ta-dam" przed TaTolkiem. Ten przysiada, wiąże tasiemki na kokardkę i mówi "widzisz, Lala, trzeba zawiązać, nie możesz mieć takiego dekoltu. Będę Ci tak wiązał do osiemnastki". Biorą się za ręce i bez dalszych komentarzy wychodzą.
Zza domykanych drzwi słychać TaTolka po raz ostatni "gotowa jesteś? To idziemy wyrwać jakiś towar".
Kurtyna

czwartek, 22 sierpnia 2013

Bośnia i Hercegowina

 

Ponieważ dosyć niespodziewanie znaleźliśmy na wakacjach w Chorwacji, zupełnie nieprzygotowani, bez przewodników i z ograniczonym internetem, nasze wycieczki były dosyć przypadkowe i rzadkie. Tak właśnie trafiliśmy do Bośni i Hercegowiny. Na zaprzyjaźnionym forum internetowym dostałam wskazówkę: "Może Mostar, wydospady Krvavica oraz Pocitejl w Bośni i Hercegowinie".


Zaryzykowaliśmy (po Czarnogórze nic nie było nam straszne). Nieco czasu straciliśmy na granicy, ale godzinny korek jest akceptowalny w środku lata. Pocitejl oglądaliśmy tylko zza szyb - było wiadomo, że Lala nie wytrzyma tyle zwiedzania jednego dnia. Zaczęliśmy od Mostaru. Nazwa miasta pochodzi podobno od słowa "mostari", tj. strażnicy mostu. I faktycznie życie turystyczne w Mostarze kręci się wokół mostu, który został zbudowany  XVI wieku, potem runął pod ostrzałem Chorwackim w 1993 roku, a następnie został odbudowany. Miejscowi nie dadzą o tym zapomnieć.

 długopisy, breloczki, wisiorki - nabojowa biżuteria do wyboru, do koloru

O historii miasta można przeczytać w tysiącu miejsc, więc nie będę udawać, że wiem więcej, niż to, co w przewodnikach i internecie.
Wycieczkę zaczęliśmy od niesamowitej restauracji. Jedzenie było przepyszne, zapachy nieziemskie, a  klimacik idealny. Następnie pomaszerowaliśmy pod most, gdzie można się wykąpać (ale uwaga, nurt jest silny!) Nie ryzykowałabym wchodzenia do wody bez butów - kilka lat temu syn naszych przyjaciół zrobił krok, po czym został odwieziony do szpitala na szycie stopy.

 to właśnie tu jest piekielnie ślisko, dlatego nikt nie idzie środkiem

Po ochłodzie wyruszyliśmy na "zwiedzanie właściwe" - mostem, koło mostu, nad mostem, pod mostem.  Zdecydowanie to miasto innej nazwy nie mogłoby mieć. Trzeba się nastawić na spory ścisk i dziesiątki Polaków (my trafiliśmy na wycieczkę starszych pań, co też miało swój urok). Lepiej nie jechać w klapkach, bo wydeptane kamienie są bardzo śliskie, zwłaszcza na moście niektórzy wyglądają, jakby walczyli chwilami o życie. I zdecydowanie odradzam wycieczkę po Mostarze z dzieckiem w wózku - co chwila kamienie, progi, stopnie, nierówności. Nasz wózek się poddał i rozleciał, w końcu nieśliśmy Lalę jak w lektyce.


Rzeczywiście naleciałości muzułmańskie widać na każdym kroku. Inne ozdoby, materiały, inni ludzie i architektura. Łatwo zrozumieć przyczyny tarć, do jakich dochodziło w czasie okołowojennym na tych terenach.  I choć miałam pełną świadomość, że wiele z tego jest teraz na pokaz i czysto "pod turystów", to i tak w atmosferze jest coś, czego niewątpliwie nikt nie podrabia. 


Tę wycieczkę wykorzystaliśmy do lekcji historii dla Tolka. Wcześniejsze opowieści o wojnie chyba mniej do Niego docierały, niż ślady po kulach, ruiny domów mijane po drodze i (oczywiście) akcesoria wojenne, które można kupić na straganach.


Mogłabym pisać jeszcze długo, bo Tolka i mnie Mostar zachwycił - egzotyką, dźwiękami, zapachami, smakami; innością; mimo, że główne uliczki są naszykowane dla zwiedzających, to wystarczy odejść kilka kroków z "głównego szlaku" i wpada się w zaniedbanie, zniszczenia powojenne i bałagan.


Kiedy młodsza część wycieczki zaczęła dawać wyraźne znaki zmęczenia, pojechaliśmy zobaczyć wydospady Kravica. I znowu był to strzał w dziesiątkę. Rok temu byliśmy w chorwackich Plitvicach. Wtedy byliśmy zachwyceni, choć trzeba przyzwyczaić się do konieczności walczenia łokciami o swoje miejsce nawet w wodzie. Dlatego teraz też jechaliśmy z nastawianiem wpadnięcia w dziki tłum i walkę o chwilę ochłody. A na miejscu spotkała nas przemiła niespodzianka. Było prawie pusto!


W Plitvicach można wykąpać się, popływać, ale nie można podejść do wodospadów, które są ogrodzone i pilnie strzeżone. Tutaj można stanąć pod wodospadem, a nawet wejść do jaskini, które kryją się za potokami (lodowatej) wody. Naturalny masaż wodospadowy to coś rewelacyjnego (ale dzieciaki lepiej prowadzić za rękę, ta woda naprawdę "ma siłę"). Kąpaliśmy się do woli, bawiliśmy się, wspinaliśmy się na skałki i cieszyliśmy oczy naturą, której człowiek na razie nie bardzo przeszkadza. Warto pojechać do Kravicy i wykąpać się! Trzeba tylko pamiętać o butach. Próbowałam poruszać się na bosaka, ale szybko się poddałam, było niebezpiecznie zwłaszcza pod wodospadem.


Pod koniec urlopu Tolek uznał, że to najpiękniejsze miasto, jakie widział w te wakacje. Ja nie umiem porównać urody Dubrovnika do Mostaru, bo są zupełnie inne (miasta, nie urody), ale na pewno to właśnie Bośnię i Hercegowinę zapamiętam najdłużej.

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...