poniedziałek, 30 września 2013

impreza pod blokiem


Jak wszyscy wiedzą, nasze poprzednie mieszkanie sąsiadowało z piekarnią, która nocami zatruwała nam życie. Kiedy więc szukaliśmy nowego lokum, dokładnie sprawdzaliśmy możliwość otwarcia w tym samym budynku lokalu usługowego, sprawdzaliśmy bliskość piekarni czy restauracji. Chcieliśmy mieć pewność, że tym razem obędzie się bez wpadki. I prawie się udało. Po pierwsze ulica, przy której mieszkamy była przez pól roku zamknięta - trwałą wymiana rur. To w tym czasie przeprowadziliśmy się do Lipska i szukaliśmy mieszkania. Wydawało nam się, że to mało ważna, małą uliczka. Tymczasem po jej otwarciu okazało się, że to jedno z głównych połączeń dzielnicy, na których ruch zamiera na 2 godziny w ciągu dobry. To powoduje taki hałas w nocy, że ciężko spać przy otwartym oknie. Staramy się do tego przyzwyczaić, wielkich szans na zmianę nie mamy.
Natomiast w drugiej strony mieszkania mamy urokliwy kanałek, po którym pływają gondole i dziwny budynek, który długo stał opuszczony.
Kiedy więc któregoś dnia zaczęło się coś dziać, byłam przerażona, że kolejny nocny zakłócacz rośnie nam pod nosem. A działo się bardzo, bardzo. Najpierw zaroiło się od ekipy w białych spodniach roboczych, zjechało mnóstwo samochodów i zaczęli piłować, wiercić, stukać i pukać i tak pól dnia. Ku mojemu przerażeniu zaczęło się pojawiać coś na kształt sceny. 


Dzięki Bogu kilka godzin potem przykryto to białym brezentem i "scena" okazała się być stelażem do ogromnego namiotu - stawialiśmy wtedy na Octoberfest, tylko brakowało nam jakiejkolwiek informacji o tym święcie w Lipsku.


I kiedy już chciałam odetchnąć z ulgą, na tarasie sąsiedniego budynku pojawił się jakiś pan i zaczął rozstawiać podejrzanie wyglądający sprzęt, nie bardzo pasujący do święta piwa...


Kolejnego dnia pan zniknął, za to pojawił się zastęp ludzi w szarych fartuchach, którzy porozstawiali ławy, stoły i wszystko przykryli obrusami. Rozstawiono mnóstwo stolików, stoliczków, kanap i foteli. Wszystko białe, wszystko na brudnym piachu i bez żadnego przykrycia i pod gołym niebem.


Trzeciego dnia od rana brzęczały rozwożone szklanki, talerze, sztućce, a po południu zjechały samochody cateringowe. Pojawiła się Bardzo Ważna Pani, która kierowała oddziałami ludzi - dostawali różnokolorowe fartuchy, różne zadania, różne czapy. I wszyscy byli niezwykle przejęcie, jakby szykowali się do Pracy Życia


Każdy stoliczek był ustawiany co do centymetra w określonym miejscu, każdy kosz na śmiecie był starannie chowany, każdy obrus tysiąc razy wygładzany (a wiatr miał to w nosie i targał wszystkim w najlepsze).


Na końcu - kosmetyka; kwiaty na stoły, menu, tajemnicze torebki papierowe i świeczki. Co ktoś to poustawiał, to obrus podnosił się na wietrze i odlatywał ze wszystkim na ziemię. Zastanawiałam się "do ilu razy sztuka" i czy wygra wiatr, czy ludzie.
Mniej więcej wtedy odkryliśmy, że na wszystkich balkonach na przeciwko nas ludzie rozsiadają się wygodnie, zawinięci w koce, z lornetkami i aparatami fotograficznymi. Robiło się ciekawie.


Po trzech dniach ciężkiej pracy kilkudziesięciu osób, zaczęło się. Przyszło stado ważniaków w garniturach i mundurach. Okazało się, że budynek będzie nowym oddziałem lipskiego domu kultury, a wszystkie przygotowania poprzedzały oficjalne otwarcie tegoż.


O 20:00 wystąpiły panie w stylu ABBY, nawet nieźle im szło, ale i tak gros gości było zajęte serwowanym jedzeniem i drinkami.


Impreza trwała ok. 5 godzin. O 22:00 kulturalnie wszystko ucichło. Najedli się, napili, poprzemawiali i poszli. O 7:00 rano następnego dnia zostały tylko resztki namiotu - wszystko było sprzątnięte, zgarnięte, złożone.

Nam na pamiątkę został mandat za parkowanie w niedozwolonym miejscu.

piątek, 27 września 2013

jesienna rutyna

Jest tak mokro, zimno, szaro, buro i paskudnie, że wena mi się wyczerpała. Mogę napisać o szkole Tolka - ale o tym było wiele razy; o tym, jak Lalka przystąpiła do malowania farbami, co skończyło się niebieskimi kropkami na ścianie oraz sinymi rękami malarki, ale to też nie pierwszy raz; o spotkaniach w klubie mamuś, ale i to już było, albo o późnych powrotach z pracy TaTolka, ale to chyba dla nikogo (włącznie z nim samym) nie jest interesujące.
Kiedy jest się pełnoetatową mamą, ciężko uniknąć powtórzeń. Powiedzmy, że w padliśmy w jesienną rutynę i chwilowo nic nie wskazuje na to, żebyśmy mieli się z niej wyrwać. Odliczamy dni do jesiennych ferii, które są boskim wynalazkiem i dają możliwość wyjechania w fajne miejsca poza sezonem. Mam cichą nadzieję, że pogoda pozoli nam się trochę wtedy rozgrzać, otrząsnąć z szaro-burzyzny i wyrwać z lipskiego kieratu.


Dodatkowo, męska połowa rodziny wydaje się mocno przemęczona. Wczoraj wieczorem panowie przeprowadzili taki dialog:
Tolek: ustawiłem budzik na 7:11
TaTolek: nie, to za późno, ustaw na wcześniej
Tolek: dobra. Albo wiesz co? To ustawię jutro rano, jak się obudzę.
TaTolek: jasne Synu, jasne... 
...

środa, 25 września 2013

baletnica z toddlers clubu

Kilka dni temu ktoś spytał mnie o zdjęcie baletnicy en face. Baletnica jest jedyna w swoim rodzaju i - poproszona o zapozowanie - tak się przygotowała do zdjęcia:


Nie jestem do końca przekonana czy o to chodziło mojemu rozmówcy, ale obiecałam - to jest.

Dziś zaczynamy kolejny rok toddlers club, tj. zajęć dla maluchów, które są jeszcze za małe nawet na przedszkole. Rok temu towarzystwo zaczynało spotkania w wiekszości na czworaka. Teraz to już stado małych ludzików, a każde z nich posługuje się innym językiem. Niesamowicie się patrzy na takie "porozumienie bez barier". I ponieważ musimy się szykować do wyjścia - to dziś więcej nie piszę.

wtorek, 24 września 2013

jak drzewo stało się szatngą, a pieniek hantlami


 Z lekkim poślizgiem czasowym, ale jednak... aparat odnaleziony, niedziela pozostała więc udokumentowana.
Od pewnego czasu tak mamy, że niezależnie od planów, weekendowe wyjścia kończą się dwojako - jedziem i/lub sportem. Plan był taki: spacer do parku, rodzice rozmawiają, a dzieci zbierają patyki, kasztany i skaczą po kałużach. Tymczasem zanim jeszcze na dobre doszliśmy do parku, wylądowalismy w naszej ulubionej restauracji: meksykańskiej, w Lipsku, prowadzonej przez Polaków. Dzieciaki szalały, rodzice się posilali.


I właściwie po niedzielnym obiadku w knajpce możnaby zakończyć spacer i wrócić do domu. A wyszło... jak zawsze. Przez chwilę rzeczywiście było łażenie po krzakach, badanie szałasów i zbieranie skarbów jesiennych.


Ale szybko przekształciło się to w ścieżkę zdrowia. Tak sobie myślę, że to jakieś skrzywienie MaTOlkowe, że drzewo staje się sztangą, pieniek - hantlami, a miaskownica - matą. Właściwie nie ma tego, co by zawsze inicjował taką właśnie formę spędzania czasu. Jakoś tak samo wychodzi - tym razem to Tolek wyciągnął pieniek spomiędzy krzaków i zaczął rzuty młotem, a potem "samo poszło" - podnoszenie ciężarów, wykroki z obciążeniem, biegi...

mistrz drugiego planu, czyli wykroki Lalki z kasztanami w roli obciążenia

I jak już miałam nadzieję, że spacer powoli dobiega końca, to zaatakował nas plac zabaw - z małą ilością zabawek, ale to właśnie to, co było małym MaTOlkom potrzebne. Towarzystwo rzuciło się na drążki, w piach, na drabinki i zaczęło trenowanie rzeczy różnych. Patrzyłam na moją małpia rodzinę z dużą zazdrością. Niestety, sama "przegięłam"w zeszłym tygodniu. Zapomniałam na chwilę ile mam lat i moje gnaty boleśnie mi o tym przypomniały. Teraz z całych sił wbijałam nogi w ziemię, żeby do końca się wykurować. 

 najpierw dyskutowali co, kto ma robić; potem zaczęli próby


Poszaleli, poskakali (na końcu był konkurs w skokach w dal), pobiegali po lesie. Jak dzieci wracają z takimi minami do domu, to wiem, że spacer można uznać za udany. 


poniedziałek, 23 września 2013

zguba

Miał być dziś post o pierwszym dniu jesieni. Pogoda dopisała, nie lało, bylismy na super spacerze. Dzieciak zbierały kasztany, żołędzie i szalały ile wlezie, a ja biegałam za nimi z aparatem. No i właśnie, tak biegałam, że aparatu nie ma w mieszkaniu, albo jest, ale gdzieś się dobrze ukrył. Przed nami poszukiwania. Jak zakończą się sukcesem, to wtedy pokażę to, co chciałam.
W związku z tym dziś słów kilka o Lalce, dla odmiany. 


Jakiś czas temu Lala dostała sukienkę "baletową" - na górze (ukochana teraz) Myszka Mini, na dole tiule i falbanki plus różowe dodatki, czyli to, co małe dziewczynki lubią najbardziej i co przyprawia mamusię (przy najmniej MaTolusię) o ból zębów. Nie ma takiego, co by się za Lalką w tym stroju na ulicy nie obejrzał. Jest dziewczęca do bólu, panienkowa po kres wytrzymałości, kwintesencja delikatności. Do tego moja córeczka zakłada torebeczkę, bierze wózek i przewozi lalki po domu. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś z takiego looku wyrośnie.


I kiedy już mi było niedobrze od tej dziewczęcości, słodkości i delikatności, zaczęłam się przyglądać zabawie córcinej. I co zobaczyłam? Usadzone równo pluszaki. A przed nimi katapultę. A na katapulcie srebrne kulki z folii aluminiowej, w którą Tolek miał opakowane śniadanie do szkoły (tak, okazuje się, że Lala pozbawiła Go ukradkiem jednej kanapki). A potem cel-pal i srebrna kuleczka szybuuuuje.
Na kogo wypadnie, na tego bęc.

PS. teraz Lala bawi się różową wanienką dla lalek... i młotkiem.

piątek, 20 września 2013

rodzic podróżujący

 

TaTolek dużo wyjeżdża służbowo. To znaczy dużo według moich kryteriów, bo znam takich, co wyjeżdżają dziesięć razy więcej i jeszcze im mało. Najdziwniejszy wyjazd to taki, kiedy był 60 km od domu, ale przez 4 dni nie miał jak wrócić nawet na dwie godziny.
Ja lubię samotność. Mój pokój był zawsze na szarym końcu domu i mało kto docierał aż tak daleko. Odpowiadało mi to. Miałam swoje książki i swój świat.
Spokój przy dwójce dzieci jest pojęciem względnym, ale też go lubię. Jak TaTolek wyjeżdża, zasiadam do pisania moich pamiętników, rysowania, piję swoje herbatki, zostawiam kubki gdzie tylko mam ochotę, a wieczory są ciche i tylko moje. Jasne, czasem jest za cicho, za porządnie, za "poukładanie", a jak dzieci się rozkładają (dawniej z dokładnością szwajcarskiego zegarka zaczynały chorować w noc poprzedzającą wyjazd tatusia), to bywa nerwowo i mocno ponuro. Ale uogólniając - raz na jakiś czas fajnie jest zostać samemu ze swoimi myślami na kilka dni.
Natomiast (dla mnie) koszmarnie jest wyjeżdżać służbowo. Wszystko jedno czy miałam 20, 25 czy 30 lat - wyjazdy z pracy były dla mnie zawsze taką samą karą za grzechy. Trzeba się pakować, rozpakowywać, oswajać hotel, zanim się człowiek przyzwyczai do nowego miejsca i pór dnia, to juz znowu ma się pakować. Okropieństwo! Dlatego zawsze jak TaTolek (który lubi podróżować) wyjeżdża, to myślę sobie "jak to dobrze, że jedzie On, a nie ja".
I w całych tych wyjazdach jest jeden moment, którego Mu zazdroszczę. To wtedy, kiedy stęsknione dzieci biegną na powitanie, krzycząc z radością "tataaaaaa". I tak było wczoraj.


PS. Tolek biegł tak samo, ale jest na tyle szybki, że nie zdążyłam wyciągnąć aparatu fotograficznego.

czwartek, 19 września 2013

sceny z życia

Tolek podbiega do TaTolka, stojącego w kuchni. Łapie rolkę folii aluminiowej i zaczyna fechtować, krzycząc: "tata, patrz!!".
TaTolek: ooo, ale super, jesteś D'Artagnanem?
Tolek: nie, Lordem Waderem!!
TaTolek: taaa, to się chyba nazywa różnica pokoleń. 

Ponieważ kolacja Lalkowa się przeciągała zorientowałam się, że zabraknie czasu na wieczorne czytanie i dyskusje i że musimy zmienić lekturę na coś, co ma porywającą akcję i nie rozpocznie niekończących się rozmów. Powiedziałam Lali, żeby poszła do brata i powiedziała Mu, żeby naszykował "Stawiam na Tolka Banana" zamiast ""Skąd się biorą dzieci". Słyszę tupot małych nóżek, otwieranie lodówki, klapnięcie drzwiami. Za chwilę rozczarowana córeczka wraca i mówi "mama, nie ma banan!!!'

Lalka z poleceniem posprzątania wymaszerowała do swojego pokoju. Słyszę stukania, pukania, gruchot zabawek. Zadowolona idę "na inspekcję". I co widzę? wszystkie zabawki starannie upchnięte pod dywan. 

Znalazłam stare zapiski z czasów Lalkowych, zupełnie niemowlęcych: 
Ponieważ z kręgosłupem i noszeniem Olki mam większy problem, niż myślałam, że będę miała, usiłuję Ją szybko przyzwyczaić do leżenia. W związku z tym czasem leży i skwierczy, a ja nie reaguje. No i w końcu zareagował mój syn: "mamo, czy ty nie rozumiesz, że tak nie zachowuje się dobra matka?! dobra matka nie dopuszcza do tego, żeby jej dzieci płakały, dobra matka dba o dzieci. jak nie ty - to ja ją przytulę". 
 

środa, 18 września 2013

wypadek samochodowy (nie nasz) i reakcja szkoły


 to, oczywiście, nie jest zdjęcie z miejsca wypadku 

Dwa dni temu przed szkołą Tolka był wypadek samochodowy. Ciężarówka potrąciła śmiertelnie 60-letnią rowerzystkę. Ciężarówkowiec uciekł z miejsca wypadku. Rzecz się działa o 8:16, czyli dokładnie wtedy, kiedy ze wszystkich stron napływają do szkoły dzieci i rodzice. Wielu z nich przechodziło obok, wielu widziało karetkę, policję i ciało. (na szczęście my mieszkamy z drugiej strony szkoły i Tolek niczego nie widział). Prawie wszyscy widzieli chodzących po ulicy, płaczących ludzi (Tolek też). Ponieważ kierowca uciekł, policja chodziła po szkole i okolicznych sklepach szukając ewentualnych świadków.


I w takich właśnie momentach niesłychanie cenię szkołę Tolka. W każdej klasie wychowawca przeprowadził - według wytycznych szkolnych psychologów - pogadankę dotycząca ruchu drogowego. Odpowiadali na wszystkie pytania dzieci, pocieszali, uspakajali. Natychmiast został wysłany mail do rodziców. Dostaliśmy informacje jak rozmawiać z dziećmi o wypadkach, jak się zachowywać, kiedy dzieci będą przeżywały tę sytuację, na co zwracać uwagę, jak reagować. Przyszło także zawiadomienie, że jeśli jakiekolwiek dziecko lub rodzic czuje potrzebę porozmawiania z psychologiem o tym co widzieli, to ci szkolni są do dyspozycji. W mailu nie było nic superodkrywczego, ale sama świadomość, że ktoś nad czuwa, obserwuje dzieci i pomaga rodzicom, jest budująca.

A to podsumowanie z maila. A nuż się komuś kiedyś przyda...
In short summary:
1.       Tell the truth without going into detail: the cyclist has died. People sometimes die in traffic accidents.
2.       Listen to your children and encourage them to express their anxieties, thoughts, questions.
3.       Reassure them that you are always there to help and protect them. You cannot reassure them that the cyclist is alive but you can reassure them that you love them.
4.       Help them think of what helps them cope: being with friends? Doing a certain activity together? Make this possible. The focus has to be on the recovery, not on how terrible the accident was.
5.       Connecting with others usually helps.
6.       Some will be ready to move on after 10 minutes whilst others may need weeks. This is OK.

wtorek, 17 września 2013

szkolny ogródek


Przy Tolkowej szkole jest ogródek. W ramach klubu ogrodniczego dzieci sadzą roślinki, hodują marchewki, rzodkiewki, sałatę, dynie, a w ramach zajęć kulinarnych - wszystko zjadają (ze smakiem!!). Takie rzeczy widziałam wielokrotnie w szkołach i przedszkolach polskich i bardzo mi się to podobało.
Tutaj zobaczyłam coś więcej. Poza grządkami jest (prawie) normalna sala lekcyjna. Są ławki, stoły, tablica. Kiedy dzieci realizują "unit ogrodowy", chodzą codziennie na dwór, wyrywają rośliny, oglądają korzenie, rysują to, co widziały, opisują i zapamiętują.


A w ramach "atrakcji specjalnych" co i raz szkoła zapewnia potężny grill pełen wurstów plus warzywa świeżo zerwane ze szkolnych grządek.
Jest też huśtawka, bo przecież przy nauce trzeba mieć czas na odpoczynek i trawa, żeby pobawić się w berka.
Skąd wiem, jak to wygląda? Bo raz na kilka miesięcy szkoła wywiesza ogłoszenie, że potrzebni są rodzice do pomocy - w skopaniu ogródka, w zgrabieniu, w przygotowaniu do zimy, albo ogarnięciu po lecie. Za każdym razem z radością tam lecę, bo okropnie tęsknię za naszym prywatnym kawałkiem trawy z Polski. I tak było w piątek. Lala z rozkoszą tarzała się w błotku, Tolek trzymał się blisko wurstów (sztuk 12), a ja dorwałam widły i przez dwie godziny kopałam i pieliłam. Uwielbiam takie popołudnia. 

poniedziałek, 16 września 2013

rodzinna niedziela



Niedziele są, jak już kilka razy pisałam, rodzinne.
Przyjaciele i rodzina zostali w Polsce, sklepy zamknięte, siłą rzeczy możemy się lenić. Ponieważ pogoda nie sprzyja wycieczkom rowerowym, meczom piłki nożnej, tudzież godzinom na placu zabaw, wczoraj skupiliśmy się na... jedzeniu.
Otóż Lipsk jest miastem śniadań i brunchy. W weekend - jak ulice długie i szerokie - wszędzie pojawiają się stoliki, parasole, kanapy i mnóstwo ludzi, którzy siedzą, jedzą i rozmawiają. Nie rozumiem co mówią, ale odnoszę wrażenie, że większość tych śniadań to po prostu przemiłe spotkania towarzyskie. W niedzielę postanowiliśmy się zlipszczyć i pojechaliśmy do knajpki Volkshaus w dzielnicy Südvorstadt. Gdyby nie konieczność mieszkania w pobliżu szkoły Tolka, to właśnie w Südvorstadt chciałabym mieszkać. Nie pomyślałam i nie zrobiłam żadnego zdjęcia, ale główna ulica pełna jest młodych platanów i mnóstwa urokliwych knajpek wszelkich narodowości. Tam fajnie byłoby spacerować i co i raz przysiadać na kawie.


Z TaTolkiem jadałam już w różnych knajpach, hotelach, jadłodajniach i kuchniach. Wszystko jedno czy to Warszawa, Gibraltar, Lipsk, Toskania czy Rio de Janeiro - żelazny zestaw zawsze jest ten sam: biała bułka, jajecznica i kakao. Jeśli kiedyś gdzieś pojedziemy i mój mąż zamówi coś innego, to będą dwie możliwości: będzie ciężko chory, lub ktoś podmieni mi ślubnego.


Ja próbuję tego, co nowe i tego, czego nie jem na codzień. W związku z tym tym razem było poszłam w słodycze, które zwykle omijam wielkim łukiem. Ponieważ pyszną kawę mam teraz w domu, a w Lipsku trudno o dobrą herbatę (Niemcy chyba prawie nie używają tego napitku?!), wisienką na torcie przy każdym wyjściu, jest właśnie mocna, czarna herbata.


Dzieciaki stanowią połączenie zwyczajów MaTolka i TaTolka i próbowali wszystkiego. Tosty, kiełbaski, jajecznica, sery, wędliny, owoce i nawet sok pomarańczowy "od święta" znikały jeden za drugim w ich małych paszczach. Przez moment wydawało się, że Lalka zje nawet miskę, z takim zapałem wyskrobywała resztki musu czekoladowego.
Niestety, w ten weekend pogoda była wyjątkowo zmienna i za każdym razem, jak wystawialiśmy czubek nosa poza dom, zaczynało padać. Przywykamy do tego, chodzimy wszędzie z kurtkami przeciwdeszczowymi, ale ponieważ świeżo odpieluszona Lalka skacząca po kałużach jest jak siuśkowa bomba zegarowa, to spalić przyjęte kalorie musieliśmy w domu.
I znowu - było leniwie, rodzinnie i spokojnie. Lubię takie weekendy i bardzo cenię. To coś, czego brakowało nam w Polsce.

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...