środa, 30 października 2013

to se ne wrati, czyli nastolatki


Wracaliśmy z urlopu do domu. Opaliłam się, zakończyłam katorżnicze treningi, mięśnie mi się pojawiły tu i ówdzie. Stałam w damskiej toalecie i z nieśmiałym uśmiechem patrzyłam na swoje odbicie w lustrze - zaczyna być widać efekty rocznej pracy oraz noszenia dwóch osobistych ciężarów.
Wyszłam zadowolona z siebie i ruszyłam do auta. Minęła mnie grupka dziewczyn: wszystkie o głowę wyższe ode mnie, długonogie, z osimi taliami, włosem długim, rozpuszczonym, piękne młodością i świeżością. To se ne wrati pomyślałam i zrobiło mi się smętnie. Poczłapałam do auta, w którym czekała rodzina. Zaczęłam opowiadać TaTolkowi: że tak się fajnie czułam, zadbana, wyćwiczona i że minęły mnie nastolatki młode, piękne i wszystko mi opadło, przygniecione ciężarem grawitacji; i że jednak te dziesięć lat robi ogromną różnicę...
TaTolek zamilkł, podumał, podrapał się w łysą głowę i - wyraźnie sięgając wyżyn dyplomacji - zapytał ostrożnie: "kochanie, ale jak ci wyszło, że dziesięć lat młodsze od Ciebie to nastolatki???"
Kurtyna.

wtorek, 29 października 2013

dzień liczenia

Wczoraj miałam dzień liczenia. Z matematyki byłam zawsze słaba, więc każdorazowo zajmuje mi do dużo czasu. Wszystko liczę po parę razy. I tak:
- od urodzin Tolka mieszkaliśmy w siedmiu mieszkaniach
- Tolek mieszkał w tym czasie w trzech różnych państwach
- Lalka mieszkała w trzech różnych mieszkaniach (plus wakacyjne okresy u Babci), w dwóch krajach
- w tym roku kalendarzowym 12 razy pakowałam/rozpakowywałam całą rodzinę na minimum tygodniowy wyjazd
- od dwóch dni nastawiłam 11 pralek brudnych ciuchów, toreb, koców i innych takich, po ostatnim wyjeździe
- wczoraj prasowałam 7h
I mam dość. Tym bardziej, że została mi doba na to, żeby skończyć pranie, prasowanie i... pakowanie, bo znowu ruszamy w drogę. 

poniedziałek, 28 października 2013

MaTOlki w podróży


Wróciliśmy do Lipska. Jest 16 st. C, ale odczuwalna temperatura to pewnie z 10st. Ulewa i wichura jest taka, że wszystko dziś fruwa. W Lipsku pada zawsze - nawet, jak w koło świeci słońce.


Urlop udał nam się średnio. Po pierwsze, jak zwykle przy naszych wyjazdach, spotkały nas anomalie pogodowe. Tym razem w postaci takich ulew, że podobno okoliczne wioski zostały zalane małymi lawinami błota i wody. My, nieświadomi, tylko fotografowaliśmy coś, co jednego dnia było górskim potoczkiem, a drugiego - rwącą rzeką pełną błota. Mieliśmy małą chałupkę wysoko w górach, co było urokliwe do momentu, kiedy nie nadeszła potworna burza i momentami wydawało się, że chałupka, choć z kamienia, odleci w siną dal. Oraz do momentu, kiedy po kilku dniach opadów wszystko nie podeszło grzybem i nie zaczęło śmierdzieć. Ale widzieliśmy Florencję (już nie zrobiła takiego wrażenia, jak wiosną), Sienę (okropnie nas rozczarowała), Luccę (przepiękną, klimatyczną i cichą) i pobliskie wioski. Najpiękniejszy był ostatni dzień, kiedy smażyliśmy się w kostiumach na słońcu, wśród wszystkich ciuchów i pościeli rozrzuconych po trawie, żeby choć na pakowanie wyschło.
Od wczoraj pralka pracuje non stop, uprać trzeba nawet torby podróżne, które śmierdzą wilgocią. Niestety, lipska pogoda nie sprzyja suszeniu i jest szansa, że za dwa dni wszystko zgnije ponownie. Ot, uroki życia na walizkach.


Mamy dość wyjazdów, pakowania, rozpakowywania, prania i prasowania. Nie umiem policzyć ile razy w ciągu ostatnich 18 miesięcy szykowaliśmy walizki.  Nawet dzieci zaczynają wspominać, że chciałyby przestać jeździć. Może trzeba ich posłuchać.

czwartek, 17 października 2013

Kartoffelferien czyli kiedy szkoła ma wolne


Jutro wyjeżdżamy na urlop. Mam nadzieję na trochę słońca, błogie lenistwo i zielona trawkę.
W Tolkowej szkole wakacje kończą się koło 20 sierpnia. Wcześnie i smutno, tym bardziej jak musimy na wspólnych wyjazdach zostawiać przyjaciół i wracać do lipskiego kieratu. Jeszcze jest gorąco, jeszcze można pływać, a tu już trzeba brać plecak i skupiać się na tym, co mówią nauczyciele... ale to ma też dobrą stronę.


Dwa miesiące później, kiedy w Polsce dzieci siedzą nad książkami, a na zewnątrz dobija szaroburość jesieni, my mamy dwa tygodnie kartoffelenferien, czyli przerwę, która oryginalnie służyła do wykopków, tj. wykopywania kartofli przed zimą. Ponieważ tak się złożyło, że nie posiadamy pola i nie mamy czego kopać, to pakujemy się i jedziemy w siną dal. Rok temu byliśmy w tym czasie w Polsce i Tolek chodził (dla przypomnienia polszczyzny) do swojej warszawskiej szkoły. Skończyło się potwornym przemęczeniem, które zaowocowało zapaleniem: gardła, krtani, migdałków i uszu. I szpitalem, który na szczęście jest tuż koło mojej Mamy, tak więc nie leżeliśmy w nim, tylko kursowaliśmy na kontrole.
Dlatego - nauczeni doświadczeniem - tym razem postanowiliśmy naprawdę odpocząć. Nawet niepracujący MaTolek marzy o urlopie i chwili lenistwa rodzinnego i rozumie, że pracusie i uczniusie potrzebują tego jeszcze bardziej. Dlatego dziś w domu szaleństwo - pranie, prasowanie, pakowanie, sprzątanie, ostatnie sprawdzanie auta, a od jutra - laba. W planach mamy: gaj kasztanowy, trufle, miasta, miasteczka, plaże, lasy, a ja - spotkanie z przyjaciółką, na które okropnie czekam.
Będzie bosko!


środa, 16 października 2013

trochę jak w "Dżumie"

 

Lipsk nutriami stoi. Żyją w tutejszych kanałach, w pełnej symbiozie z miastem. Wychodzą na brzeg, dają się pogłaskać, łaskawie zezwalają na podziwy i zachwyty. Sądzę, że są solidne przeżarte, bo chyba każde lipskie dziecko chodzi czasem karmić te szczuropodobne. Wiemy już, że lubią zieleninkę, listki, ogryzki od jabłek, a mniej chętniej jedzą resztki kanapek. Mają potwornie brudne, pomarańczowe zęby i śmierdzą tak, że nawet cap by się nie powstydził. 


Dzieci są zachwycone. Rusza się, śmierdzi, ma fajne ząbki i daje się pogłaskać i nakarmić - prawie jak zwierzątko domowe. A potem zostaje w kanałku, nie trzeba o nie dbać, wychodzić na spacer, czesać - jeszcze lepiej niż zwierzątko domowe. 
Rodzice są zachwyceni trochę mniej, bo podchodzi za blisko, śmierdzi, ma długie, brudne i ostre jak brzytwa zęby, którym szoruje po dziecięcych palcach i cholera wie jakie choroby przenosi. I daję sobie głowę uciąć, że w czasie tych rodzinnych spacerów "na karmienie" wielu ma w głowie obrazy z "Dżumy".


Ale jest jeden moment, kiedy dzieci i dorośli się jednoczą. To wtedy, kiedy przyniesione przysmaki kończą się, a nutrie chcą więcej. Wtedy robią się natrętne, wyłażą z wody, trącają buty, nogi, i prawie włażą na kolana. Nie ma mocnych, wszyscy wtedy uciekają. Żeby nie wiem jak słodkie i sympatyczne wydawały się nutrie, bo zmasowany atak czegoś, co bardzo przypomina cztery razy większego szczura i pcha się człowiekowi na nogi, włącza odruch ucieczki.


My też ostatnio "zapodawaliśmy tyły".

wtorek, 15 października 2013

pliiiiś!


Leje. Jest szaro, buro, mgliście i zimno. Nie boję się deszczu, nie jesteśmy z cukru, ale w takie dni wyjście na dwór jest okropne - zaraz wszystko jest mokre i lodowate.
Olcia siedzi na podłodze, ogląda bajkę i szepcze pod nosem. Przysuwam się, żeby lepiej usłyszeć co mówi i słyszę: "do dzieci, do dzieci, do dzieci.... do dzieci, pliiiiś, mama, pliiiś".
Serce się trochę kroi. Skąd ja Jej dzieci dziś wezmę?!

*pliś = please (proszę)


poniedziałek, 14 października 2013

filozoficznie


No i jak wam w tym Lipsku? Dobrze się mieszka w Niemczech? i co, dostatniej, spokojniej? To kiedy wracacie? Ale co, zostajecie tam? Nie tęsknicie? To kiedy przyjedziecie? a gdzie teraz jest wasz dom? napraaaawdę, NRD?? To w Polsce lepiej? A ilu mieszkańców ma Lipsk? i co, nie brakuje wam rodziny?


... i tak od kilkunastu miesięcy. Prawie każda rozmowa telefoniczna, każda spotkana na ulicy warszawskiej osoba, wszystkie maile, smsy - wszędzie pada któreś z tych pytań. I nie jest to kwestia wścibstwa, tylko troski o nas i dzieci. Pory roku się zmieniają, pytania zostają te same. A my szamoczemy się, dumamy, kombinujemy i sami nie wiemy co będzie najlepsze. Polska, Niemcy czy może jeszcze coś innego? Pytania się mnożą, odpowiedzi brak.

piątek, 11 października 2013

córeczka Tatusia

Pisałam już o tym, że Tolek zafascynowany TaTolkiem powtarza po Nim nawet najgorsze głupoty i siedzi zachwycony. To dziś o córeczce, dla równowagi. Mała zachwycona Tatusiem; tatusiowe serce podbite. Razem śpią, jedzą, przewalają się po podłodze, a ostatnio - nawet robią kanapki. Z racji tatusinych natężonych wyjazdów służbowych, pierwsze dni po powrocie jest szaleństwo tatowe, a MaTolek ma prawo być i nie przeszkadzać. Ponieważ wczoraj był kolejny powrót, kolejne powitania i kolejna radość, schowałam się grzecznie w kąciku i robiłam zdjęcia. Najpierw była zabawa w chowanego. Nasza Bardzo Dorosła Córeczka nie wpadła jeszcze, że jak stoi za Tatą i trzyma Go za portki, chichrając się w głos, to nie jest specjalnie dobrze ukryta, więc za każdym razem właśnie tę skrytkę wybierała:


Po złapaniu były łachotki i podrzucanki:


A po zabawie przyszedł głód i trzeba było robić kolację:


Żeby nie było za sielankowo to dodam, że Olcia to straszna cholera: obraża się, wrzeszczy (nie płacze, wykrzykuje groźne przekleństwa w sobie tylko znanym języku), trzaska drzwiami i strzela fochy, jakich nastolatka by się nie powstydziła. W takich momentach TaTolek pozostaje zupełnie bezradny i przychodzi do MaTolka z komunikatem "zrób coś, ja nie wiem co z Nią zrobić".

czwartek, 10 października 2013

instytucja: szkoła



Trochę przez przypadek, a trochę przez chwilowy (kompletny) zanik asertywności, znalazłam się w radzie rodziców szkoły Tolka. Z lekka obawą szłam dzisiaj na spotkane, trzymając wierzgającą i chorą Lalkę pod pachą. Zastanawiałam się czego się mam spodziewać, na ile poważnie będzie, czy Lalka nie będzie nikomu przeszkadzała, itd., itp.
A potem siedziałam półtorej godziny i oczy wychodziły mi coraz bardziej na wierzch. Szanowne grono mam (plus jeden tatuś) oraz dyrekcja zasiadło i zaczęło deliberować: pół godziny o tym, jak urządzić Christmas Party i gdzie (tj. w której części szkoły) - jedno pomieszczenie za duże, jedno za małe, jedno zbyt nieintymne, inne zajęte. No i kto to wystroi świątecznie? i co z jedzeniem? A tak w ogóle, to co jest najważniejsze dla dzieci: wyżerka i prezenty czy może świąteczna atmosfera i choinka? I na co położyć nacisk, co im przekazać? Niestety, okazało się, że pół godziny to za mało, żeby dojść do jakiegokolwiek wniosku poza tym, że dzieci to dzieci i wolą jeść słodycze, niż słuchać kolęd, więc nie warto skupiać się na atmosferze. Przeszliśmy więc do kolejnego punktu programu, tj. co robić ze znalezionymi w szkole, a zgubionymi przez dzieci rzeczami. Jest w szkole taki kącik, który nazywa się "lost and found" i z założenia każda gapa może tam odnaleźć tego, co wcześniej zgubiła. No, ale gapy jak to gapy często tak nie zaglądają i piękne ciuchy, ładowarki do komputerów, piłki, pudełka na jedzenie i inne takie leżą miesiącami i się kurzą. No i jak często należałoby to wyrzucać? Raz na rok czy dwa? A może 4 razy? a może co tydzień? Tak sobie wesoło debatowaliśmy przez kolejne 15 minut i znowu nie udało nam się dojść do konkluzji. Z racji chwilowej niemocy i ograniczonego czasu, zaczęliśmy więc dyskutować o tym, jakiego typu pismo ręczne dzieci poznają. Bo dwa lata temu zaczęli się uczyć jakiegoś tam, ale w zeszłym roku szkoła została włączona do testowego programu pisma innego, tj. z innym sposobem łączenia liter. Niestety, okazało się, że nawet nauczyciele nie są w stanie tego opanować i dlatego w tym roku jest pismo numer trzy i jeszcze inne zawijasy w literkach pisanych. Biedne dzieci pogłupiały i nie mają pojęcia czy a z b połączyć kreseczką, zawijaskiem czy może pisać osobno. Gdyby nie powaga zgromadzonych, to chyba bym leżała i kwiczała. Na szczęście Tolek nie zorientował się, że mógłby mieć z tym jakikolwiek problem i pisze tak, jak nauczył się w Polsce, natomiast nauczyciele nie zorientowali się, że pisze po swojemu i się zachwycają.
Później poruszaliśmy jeszcze inne niezwykle ważne problemy w postaci rodzaju szafek na buty, które byłyby najwygodniejsze dla dzieci (na obecnych się niewygodnie siedzi), braku miejsca parkingowego na rowery (bo jest 200, a potrzeba więcej), zapotrzebowania na szkolny autobus (nie wiem, o co chodziło, bo akurat biegłam szukać Lalkę) oraz nowych zajęć pozalekcyjnych (j.w.).


 Zaproponowałam, żeby rzeczy znalezione leżały pod koniec roku w miejscu, gdzie rodzice wypisują dzieci codziennie ze szkoły. No, ale się nie da, bo kto by przeniósł te 30 kurtek i bluz i dwa pudła butów i gadżetów? Zasugerowałam, że może Wigilię zrobić klasowe, a nie rocznikowe, żeby dzieci i rodzice mieli szansę się poznać i zintegrować choć trochę? Okazało się, że to za dużo zamieszania, sprzątania, straconych lekcji oraz że rodzice nie wierzą, że dzieci dadzą radę zrobić dekoracje samodzielnie. Zamilkłam tym bardziej, że Lala wyraźnie dawała znać, że ma dość. I tak sobie myślę... po co tak komplikować? Po co instytucjonalizować to, co można zrobić najprościej, bez zamieszania? I przede wszystkim: po co siedzieć i radzić, zamiast wziąć się do roboty? Jak nie ma chętnych do przeniesienia kurtek, upieczenia ciasta raz na rok czy wycięcia z dzieckiem gwiazdki do ozdoby sali, to może nie warto siedzieć półtorej godziny i zgrywać ważniaka?

środa, 9 października 2013

człowiek-piłka


Kilka dni temu od rana do wieczora siedzieliśmy w parku. Łapczywie łapaliśmy ostatnie promienie słońca. Dzieciaki szalały na placu zabaw, na trawie, na drzewach, w krzakach. Wszędzie, gdzie się dało, a czasem też tam, gdzie nie powinno się "dać".  TaTolek kroczył dostojnie (mniej dostojnie jak niósł Lalkę na barana), a MaTolek, jak zwykle, latała jak opętana z aparatem. I po raz kolejny - dzieci mają setki zdjęć: z otwartym okiem, z zamkniętym okiem, z przymkniętym okiem, z uniesioną ręką, w opuszczoną, z właśnie unoszoną, itd., itp. Czasem zastanawiam się po co co weekend robię zdjęcia tych samych dzieci, w tych samych miejscach, w trakcie tych samych czynności. Odpowiedzi nie znajduję, ale fotografować - nie przestaję. Mam uwiecznione na zdjęciach miliony kwiatków, listków, kamyczków, patyczków, drzew i wszystkiego, co wpadło mi w oko (i w kadr) w Polsce, w Finlandii i w Niemczech. Aparat noszę zawsze przy sobie, prędzej zapomnę z domu telefonu, niż mojej "idiot kamery". Dzięki temu czasem wpadam na coś niepodziewanego. Tak właśnie było w sobotę.
Grupa panów postanowiła rozegrać mecz piłkarski. Niezwykły o tyle, że każdy z graczy najpierw wpełzał do plastikowego kokona, przypinał to do siebie szelkami, z dużym trudem stawał na nogi i... na ogół za moment znowu leżał, storpedowany przez współgraczy. Panowie odbijali się jak piłeczki, co chwila w górze fikały nogi, podczas gdy kadłubki graczy tkwiły w plastikowych piłkach i nijak nie chciały się podnieść.


Przechodnie przystawali zaciekawieni, a potem wciągali się w kibicowanie, podchodzili coraz bliżej, robili zdjęcia, kręcili filmiki, podawali piłkę.... i wszyscy się śmiali. Najpierw nieśmiało, półgębkiem, a potem na cały głos za każdym razem, kiedy "piłeczki" wpadały na siebie i leciały do tyłu, koziołkując jak najprawdziwsze piłki gumowe.
Niestety, nie mam dobrych zdjęć. Dzieciaki były zmęczone, a i TaTolkowi zabrakło cierpliwości na moje "jeszcze chwileczkę", "jeszcze momencik". Wstawiam więc co mam, a resztę trzeba sobie wyobrazić.


Bardzo, bardzo chciałabym tak kiedyś pograć w piłkę.

wtorek, 8 października 2013

miał być długi wpis z kolorowymi zdjęciami

Miał być długi wpis z kolorowymi zdjęciami. Fotografie przygotowane, wpis w głowie leży i czeka na wklepanie do komputera. A tu kiszka.
Zamiast tego mam Lalę z wielokolorowym glutem, łzami w oczach i z siłą w takiej ilości, że akurat starcza na przewalanie się po kanapie. Super. Tym bardziej super, że TaTolek pojechał do Pragi, co oznacza, że żeby się waliło-paliło, to musimy codziennie wychodzić po Tolka do szkoły. I jeszcze superowiej dlatego, że mam dziś ważne spotkanie, którego nie mam jak odwołać. A już w ogóle najbardziej superowsko dlatego, że w czwartek z samego rana muszę być w szkole na spotkaniu, na którym będziemy ustalać gry plan na najbliższy rok i którego - a jakże - też nie mam szans odwołać, ani przesunąć.
Lala była długo zdrowa. Na tyle długo, że - jak się właśnie okazało - zapomniała jak i po co bierze się lekarstwa. Po próbie podania kropli do nosa mam podrapane całe ręce, po walce o syrop (cebulkowy, od babci Ewci, przywieziony jak największy skarb z Polski) zostałam nieźle skopana. Tolek nigdy nie miał takich pomysłów. Teraz walczę o każde kolejne lekarstwo i dziwię się, ile siły ma dwuipółletnie ciałko, które przed chwilą leżało jak ściereczka umęczone szybko postępującą chorobą.
PS. Właśnie zaczęła się gorączka. 

poniedziałek, 7 października 2013

ostatnie piętro


Mieszkanie na ostatnim piętrze ma wiele minusów: jest wysoko (a brak windy czasem uwiera), jest gorące latem i zimne zimą, ma (to nasze) upiorną sąsiadkę na dole, która wali w ściany za każdym razem, jak Lala podskoczy, albo pobiegnie. Nie raz przeklinałam w duchu, jak tarabaniłam się z zakupami na jednym ramieniu i trzymając pod pachą wierzgającą, ukochaną córeczką, która postanowiła przysiąść w połowie drogi i pozachwycać się nierównościami ściany...

Ale ostatnie piętro ma też plusy: nikt nam nie skacze po suficie (vide sąsiadka z dołu), nikt nie tupie za drzwiami (nikomu nie chce się tu wchodzić bez wyraźnej potrzeby) i mamy przepiękne widoki z okna.  Ponieważ ostatnio pogoda dopisywała, mogliśmy zachwycać się zachodami słońca i nocnymi pokazami.


Jakieś 15-20 lat temu w Polsce był szał na sztuczne ognie. Świątek, piątek czy niedziela - było słychać, widać, można się było zachwycać. Potem prawo się zmieniło i hałasy ucichły. Tu, jak wiele razy pisałam, jest właśnie tak, jak w Warszawie 15 lat temu. Co weekend mamy darmowe pokazy, a "gratis" huki na ulicach pod oknami. Nie sądziłam, że kiedyś fajerwerki mi spowszednieją, ale teraz zaczynam dopuszczać taką myśl..


W weekend mieliśmy gości. Trzy istoty biegały od okna do okna, wydając zachwycone okrzyki przy każdym kolejnym wybuchu. Przypomniały mi, jaką fajną sprawą są fajerwerki... zwłaszcza, jak nie ma się przerażonego zwierzaka w domu. 

czwartek, 3 października 2013

długi weekend :)

Zupełnie zapomniałam, że to my mamy długi weekend, a nie Polska. A więc - mamy długi weekend. Lenimy się, odpoczywamy i czekamy na gości, którzy jutro do nas zjadą. Pogoda dopisuje, tzn. jest wściekle zimno, ale świeci piękne słonko. Dzięki uczynnej znajomej zrobiliśmy co trzeba, kaloryfery zostały włączone i nie przymarzamy w mieszkaniu. Jest dobrze.
Ponieważ "z zasady" w dni rodzinne nie piszę, to do poniedziałku zamierzam milczeć jak grób.
Adios!

środa, 2 października 2013

lipska budowa

Co i raz dzwoni do mnie Mama i mówi, że czytała/słyszała artykuł/audycję o tym, jak Niemcy sobie świetnie radzą ekonomicznie w obliczu światowego kryzysu, jakie rozwiązania stosują, czego unikają, itd. Trochę w tle tych doniesień pozostają artykuły dotyczące ogromnej przepaści, która wciąż dzieli byłe NRD od RFN oraz ilości pieniędzy, które zachód pakuje we wschód, żeby te różnice wyrównać. Lipsk leży w niezłym miejscu: jest na wschodzie, w Saksonii, a tu - pieniądze płyną szerokim strumieniem. Jak okiem sięgnąć widać dźwigi, prace remontowe, budowlane, naprawy wszystkie i wszystkiego. Jasne, wciąż w koło straszą rudery i budynki takie, że bałabym się koło nich przejść (zadziwia mnie czasem w czym ludzie tu mieszkają - dla mnie wygląda to, jakby w każdej chwili mogło się zawalić). Jeden taki budynas mieliśmy do niedawna w bezpośrednim sąsiedztwie. Aż tu nagle zaroiło się, zakurzyło, wjechały kopary, dźwigi, tłum ludzi i dom legł w gruzach.

 najpierw pokroili budynek na równe części

 
 potem burzyli część po części

 na bieżąco usuwali gruz

 aż został tylko "kadłubek", który stoi do dziś (miesiąc potem)

 dziwnie wyglądały takie rozprute na pół mieszkania

 trochę jak w PL, jeden pracuje, czterech nadzoruje ;)


Została kupa gruzu i "kadłubek", który trzyma się dzielnie i straszy powyrywanymi drzwiami i kłapiącymi oknami. Ma u powstać piękna, nowoczesna kamienica. Ciekawe jak wkomponuje się w XIX-wieczne zabudowania, które go będą otaczać. 
Dla dzieci najciekawsza część już minęła - tj. hałasy, walenia, sypiący się dom i warczące ciężarówy.

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...