piątek, 29 listopada 2013

praca twórcza a kształcenie



Kilka dni temu pisałam, że w tym roku postanowiliśmy wyjątkowo wcześnie wziąć się za przygotowania świąteczne - żeby dłużej trwały, żeby nie spieszyć się, żeby mieć więcej przyjemności.
W ciągu tygodnia Tolek nie ma na to czasu, szkoła eksploatuje Go w 110% i nawet, jak ma wolną chwilę, to nie ma siły utrzymać otwartych oczu. Ale w piątkowe popołudnia zaczyna się radosna twórczość - na stół wjeżdża pudełko pełne skarbów, a w nim resztki materiałów, filc, wstążki, krepina, kawałki ozdobnych wstążek i mnóstwo innych "przydasiów", które zbieramy przez cały rok.
Tydzień temu zaczęliśmy. Tam, gdzie kończyła nam się inwencja twórcza, podpieraliśmy się internetem:


Potem nadeszła faza projektów. Tolek niesłychanie poważnie podszedł do zagadnienia: cyrkiel, linijka, ołówek, wymierzanie, itd. Tak wychodzi różnica charakterów. U mnie wszystko jest "na oko", u Tolka musi być idealnie. Lala, z rozpaczy, że nie wie co robić uznała, że zajmie się rzeczami przyziemnymi, to jest "myciem" głowy Tolka. Przyniosła ścierkę i przeszkadzała Mu jak diabli kołtuniąc Mu włosy, machając (Jego) głową na wszystkie strony i doczyszczając też czoło, uszy i oczy, depcząc projekt i książkę przy okazji. Tolek, skupiony na pracy, zniósł to nad wyraz spokojnie. Nikt nikogo nie pobił, nie popchnął, nie nawymyślał. Widocznie atmosfera świąteczna zaczyna dawać się we znaki.


Dziś po południu znowu zaczniemy szycie, dzierganie, klejenie, wycinanie, malowanie i wszystko, co nam do głowy przyjdzie. Za tymczasową choinkę robi fikus, ale szybko trzeba będzie wymyślić coś innego, bo nie najlepiej znosi dodatkowe obciążenie.


A przy okazji tych prac naszła mnie taka refleksja: Lala jest jeszcze nieskażona żadną placówką oświatową. Nikt Jej nie pokazywał jakie ozdoby są na te Święta, co można robić, co z czym łączyć, co do czego służy. To właśnie Ona jest najbardziej twórcza i ma zupełnie nieprzewidywalne pomysły. Oczywiście, to co robi jest koślawe, brudnawe (klej i farba są wszędzie) i często się rozsypuje, ale fajnie patrzeć jakie pomysły siedzą w małym łebku.
Tolek jest perfekcjonistą, musi być idealnie: poprawia, wyrównuje i przycina bez końca. I właściwie niczego nie wymyśla sam. Nawet zdobienia na papierowym aniołku są takie, jak zobaczył w książce. Zastanawiam się czy to kwestia charakteru czy kształcenia.

czwartek, 28 listopada 2013

nieodgadnione są wybory Lali



Od roku Lala ma jedną ukochaną książkę. Za każdym razem staje przed pełnym regałem, szuka, szuka i sięga po tę jedyną. Sprawdzałam - przestawiałam, chowałam, żadna inna nie jest tak interesująca. W ciągu ostatniego roku nasza mała Córeczka spędziła nad nią w sumie długie godziny, właściwie nie ma dnia, żeby choć na chwilę nie zajrzała do ukochanej lektury. Do tej pory oglądała sama, ale ostatnio zaczęła przynosić, żeby Jej przeczytać. Ja odpadam w przedbiegach, treść mnie przerasta. Dlatego to TaTolek został wybrany jako główny czytacz.


 Z pełną powagą otwiera, czyta, Lala słucha z zapartym tchem, po czym sprawdza na stronie czy "zgadza się". Potem chwilę dyskutują, Lala przejmuje książkę i to Ona czyta na głos. Po jakimś czasie uznaje, że starczy, odstawia "cegłę" na półkę i sięga po coś lżejszego.
I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nasza córka twardo wybiera książkę... "zbiory rozmyte w analizie systemowej".

środa, 27 listopada 2013

kilka różnych myśli

Odpalam rano komputer i czytam wieści od przyjaciół i znajomych królika, rozrzuconych po Europie: w Finlandii śnieg, w Szwajcarii śnieg, w Polsce śnieg, we Włoszech śnieg. A u nas? Słońce, szron i śniegu brak. Lala przebiera nogami i nie może się doczekać (Tolek jest ciepłolubny i każdy bezśniegowy dzień wita z radością). Ja do wczoraj czekałam z utęsknieniem. Ale przestałam. W nocy olśniło mnie, że mamy wózek, który nie przejedzie po kopnym śniegu. Dla mnie będzie to oznaczało kompletne uziemienie. Lala nie specjalnie lubi spacerować, woli dojechać w wózku na plac zabaw czy do parku i tak szaleć. Ja też wolę wersję, kiedy możemy spacerować dalej od aut i mam szansę spuścić dziecko na 3 sekundy z oczu. Ale sam spacer to pól biedy.
Cała bieda to odbieranie Tolka ze szkoły i robienie zakupów. Sama trasa dom-szkoła to 5min. szybkim krokiem. Z zakupami, w obie strony zajmuje mi to normalnie 45 minut, jeśli robimy bardzo duże zakupy (które potem spokojnie jadą w wózku do domu). Z Lalą na nogach ta sama trasa zajmuje 45min. w jedną stronę, a o zakupach nie ma wtedy mowy. I klops.


Ostatnio narodziła nam się nowa świecka tradycja: odbieramy Tolka ze szkoły i jeszcze idziemy na trochę na najbliższy plac zabaw, żeby przewietrzyć naszego zapracowanego ucznia. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu tutaj nie ma oświetlenia placów zabaw. Dziesiątki zabawek stoją w parkach, pomiędzy drzewami i nie widać nic. Myślałam, że może nikt nie chodzi po zmroku się bawić, tylko należy spokojnie spacerować oświetlonymi alejkami. Jakieś więc było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że plac zabaw o 17:00 tętni życiem, jest wypełniony po brzegi dziećmi... z latarkami. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Niby zabawa przednia. Problem w tym, że to plac zabaw dla małych dzieci i przez pół godziny naszego pobytu na nim, co chwila jakieś dziecko rozbijało się i płakało - bo trudno wejść na zjeżdżalnię z jedną ręką zajętą, bo ciężko zjechać ze zjeżdżalni nie nabijając się na końcu na trzymaną w ręku latarkę, bo świetnie spada się z huśtawki, jeśli jedna ręka dzierży oświetlenie (które na dodatek się buja po krzakach). Ten plac zabaw w ogóle zasługuje na osobny wpis i chyba w końcu się go doczeka. To będzie opowieść o tym jak dorośli potrafią skopać rewelacyjne miejsce zabaw. Na podsumowanie dzisiejszych przemyśleń: w Polsce różnie bywa, niektóre place zabaw są oświetlone i dzielnie służą także zimą, niektóre straszą pustkami tuż po zmroku, bo są zamykane na cztery spusty. 
W Finlandii wszystkie place zabaw mają światło. W sumie ciężko się dziwić, skoro w grudniu i styczniu są trzy słoneczne godziny (jak dobrze pójdzie). W Lipsku oświetlenia brak. Szkoda. 


Moja przyjaciółka wyjechała na weekend do Brukseli. Bawiła się świetnie, odpoczęła. Na koniec opowieści nagle wylał się z Niej potok słów: że nie rozumiała ludzi na ulicach, bo tam głównie francuski, nie mogła kupić sobie gazety, nie miała po co wchodzić do księgarni, nie mogła zamienić kliku słów ze sprzedawcą kawy, nic Jej nie mówiły napisy w metrze, na ulicy, na ścianach, na ulotkach. Nie rozumiała otaczającego świata i było Jej z tym okropnie. 
Świetnie podsumowała to, do czego nie umiem przyzwyczaić się na emigracji - bez względu na to czy to Finlandia, Niemcy czy jakikolwiek inny kraj. 



wtorek, 26 listopada 2013

św. Mikołaj i Święta

 prezenty od Antosia sprzed kilku lat


Grudzień idzie, nie ma na to rady... wśród znajomych dalszych i bliższych zaczyna się polowanie na prezenty, zamawianie odwiedzin św. Mikołaja (nawet, jeśli czasem nazywa się inaczej), pakowanie, przemycanie do domu w tajemnicy przed wszystkimi. 
Na fali tych działań zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak różnie każda rodzina tłumaczy dzieciom (nie)istnienie świętego z prezentami i co z tego wynika. 
Część naszych znajomych powiedziała wprost: "on nie istnieje, sami kupujemy" (i trzeba być grzecznym, żeby coś dostać) - czasem jest to spowodowane przekonaniami, czasem chęcią "nieokłamywania dzieci", a czasem łatwością wymuszenia na dzieciach "dobrego zachowania". Inna część idzie w zaparte, że tak, to Mikołaj, przychodzi, przynosi, istnieje - i tylko rosnące dzieci robią się problemem, bo trzeba w końcu jakoś wybrnąć z tego galimatiasu, ale nie ma pomysłu jak. 
Dzięki naukom mojej Przyjaciółki (nie kłam dzieciom, ale nie pozbawiaj ich marzeń), my jesteśmy gdzieś po środku i bardzo chwalimy sobie nasze rozwiązanie. Poza tym, uczciwie trzeba przyznać, dzieciaki ładnych parę razy widziały "skradanie" mojego Teścia (Dziadku, co robisz?! Prezenty wykładam, a co?!) i nie sensu iść w zaparte, że Dziadek właśnie spotkał odjeżdżające sanie.
Nasza wersja to ta, że Mikołaj jest, mieszka w Rovaniemi, w Finlandii, ale po pierwsze wszędzie by nie dojechał, po drugie jest dużo samotnych ludzi i Mikołaj stara się dbać właśnie o nich. Dlatego to ludzie dają prezenty tym, na których im zależy, których kochają, o których myślą. Każdy kupuje lub robi prezenty każdemu. Ponieważ w tym roku podeszliśmy do tematu niezwykle ambitnie, to nasz warsztacik już ruszył. Nawet Lala już coś sama "rzeźbi". W zeszłych latach m.in. piekliśmy i wręczaliśmy pierniczki, Antoś robił ozdoby świąteczne, robiliśmy wieńce na drzwi z popcornu. 
Dzięki świadomości dzieci, że obdarowujemy się wzajemnie, w Wigilijny wieczór każdy się skrada i wrzuca pod choinkę przygotowane przez siebie prezenty jak inni nie widzą - dzieciaki są tak samo przejęte skradaniem się tak, żebyśmy nie zauważyli, jak my - skradaniem się przed Nimi. 
Poza tym pakujemy zabawki i ciuchy i oddajemy do domu dziecka - żeby pomóc Mikołajowi i żeby pokazać dzieciakom, że o samotnych też trzeba dbać, bo nigdy nie wiadomo gdzie ktoś zostanie bez nikogo... 


Co roku trzymam się sztywno wszystkich "wypada", "powinno się" i "nie można". W rezultacie choinka trafia do nas zdecydowanie za późno jak na nasze potrzeby, kolęd (które uwielbiam), słuchamy tylko kilka dni w roku (na tyle krótko, że Tolek ich nie pamięta), a pieczenie pierniczków, ciastek, ciasteczek i robienie ozdób świątecznych wychodzi nam w tym samym czasie i jest... nerwowo. No więc zastrajkowałam (sama przed sobą, tj. przed normami, które to ja mam w głowie i które to ja narzucam w domu). W tym roku będzie inaczej, niż zawsze, bo będziemy we czwórkę i dlatego wszystko robimy w swoim rytmie i tak, jak sami chcemy. Dlatego już w listopadzie daliśmy sobie prawo do CZEKANIA. W tym roku zachwyciło nas szycie z filcu. Potem przyjdzie czas na masosolki, a potem... się zobaczy. Choinka stanie wcześniej, kolędy już "lecą" na okrągło i marzę sobie, że w końcu dzieci zachwycą się ich śpiewaniem tak, jak ja. Z radością zapalam świeczki, ustawiam mikołajki, wieszam ozdóbki. I cieszę się, po prostu. A dzieci razem ze mną. TaTolek zachowuje rozsądne milczenie i godzi się na wszystko tak długo, jak nie każemy Mu piec/szyć/lepić/wycinać. Jest dobrze. 

A jakby ktoś chciał zobaczyć sam, albo pokazać dzieciom gdzie mieszka święty Mikołaj, to polecam zdjęcia z mojego zaprzyjaźnionego portalu: http://www.gremina.eu/europa/laponia-rovaniemi-wioska-sw-mikolaja.html Marzę sobie, że kiedyś tam wszyscy pojedziemy. 

poniedziałek, 25 listopada 2013

kto mieszka w Polsce?


Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która tłumaczyła mi, że jeśli mieszkamy za granicą, to musimy godzić się na to, że dzieci nie będą płynnie mówić po polsku, że nie wszystkie związki frazeologiczne będą rozumieć, nie będą cytować Mickiewicza, nie zachwycą się trylogią, itd., itp.
Mi oczy wychodziły na wierzch ze zdziwienia, bo po pierwsze w domu mówimy wyłącznie po polsku, po drugie zawsze twierdziliśmy, że w którymś momencie do Polski wrócimy, a o trzecie właśnie dlatego, że mieszkamy za granicą, kładziemy ogromny nacisk na to, żeby dzieciaki znały język polski, polskie bajki, legendy i historię...
Wczoraj Tolek czytał książkę  o historii Polski i miał mi potem każdą stronę opowiadać. To sprawdzanie czy czyta ze zrozumieniem to tutejsza praca domowa, ale język i książka były dowolne.  I tak Syn przeczytał kim był Mieszko, jak traktował swoich wojów, co miał na celu i że ziemie polskie za jego czasów były zamieszkiwane przez plemię Polan, którzy uprawiali pola i stąd nazwa kraju.
Spytałam: to jak nazywali się ludzie, którzy zamieszkiwali ziemie polskie za czasów Mieszka?
Tolek pomyślał, pomyślał i mówi.... wieśniaki!


I wszystko jasne! Wieśniakiem jestem i tęsknię za moimi polami warszawskimi, a lipska zabudowa, choćby i najpiękniejsza, tej tęsknoty nie ugasi.

piątek, 22 listopada 2013

cztery pokolenia i technika

Mój 75-letni wtedy Dziadek postanowił nauczyć się obsługi internetu. Siadał z notesem i kazał sobie wszystko tłumaczyć krok po kroku, a On zapisywał "wcisnąć guzik zasilania na komputerze; poczekać x minut, zrobić coś tam". Co chwila Mu się myliło, gubiło, ale internetowi nigdy nie odpuścił i w końcu jakoś się dogadali. Trafiał na różne poszukiwane przez siebie strony i co i raz infekował sobie komputer wszelkimi możliwymi "gołymi panienkami". Wtedy wzywał nas na pomoc i nauka zaczynała się od nowa. Ale próbował, uczył się, CHCIAŁ i budził tym nasz ogromny szacunek (i radość, jak z bezradnością na twarzy i błyskiem w oku wołał w chwilach "infekcji" komputera).

Pokolenie młodsza Mama (moja) dorosła w którymś momencie prywatnego życia do oswojenia tej groźnej maszyny. Smaczku dodawał fakt, że pracowała jako grafik komputerowy na Macach i wydawałoby się, że taka praca wymusza na człowieku pewne umiejętności i odruchy. Figa. Przy domowym PCie łzy się lały strumieniami, a Mama zwiewała gdzie pieprz rośnie przy pierwszej nadarzającej się okazji. No, ale w końcu musiała, usiadła, nauczyła się i radzi sobie nieźle w ramach tego, co naprawdę Jej potrzebne. Tylko czasem szokuje mnie stwierdzeniem, że np. nie umie przesłać mi mailem linka. Ale w końcu nikt nie jest doskonały.

W czasach liceum zaczynałam używać komputera. Głównie jako maszyny do pisania. W pracy stał mi się naprawdę potrzebny i po prostu pojęłam to, czego używałam. I tak zostało. Nie kocham techniki miłością wielką, ale jak bardzo muszę to korzystam. Niestety, na ogół w problemami, zacinaniem się, zawieszaniem, koniecznymi reinstalacjami (robionymi mężowskimi rękami), co i raz - psuciem sprzętu wszelakiego. Jak ktoś szuka kogoś, przy którym wysiada wszystko, co może (i co nie może) - to właśnie ja. Stają ekspresy do kawy, zacinają się bankomaty, padają serwery, wysiadają ksera, nawet kasy w sklepach się przy mnie wieszają!! Tak, mam, przywykłam i żyję możliwie "obok" tych zdarzeń.
Ale mimo tego, że daję radę i korzystam, to coraz częściej w momencie, kiedy biorę do ręki nowy gadżet, muszę się chwilę zastanowić co zrobić, jak, ew. - posiłkować się instrukcją obsługi. Przypomina się wtedy nieporadność Dziadka Andrzeja w okolicach 75 urodzin.

Niepostrzeżenie do głosu zaczyna dochodzić czwarte pokolenie, które mogę obserwować w zderzeniu z techniką. Tolek. Za każdym razem, kiedy Go obserwuję, dosłownie szczęka mi opada.
Mały bierze to, co Mu potrzebne; pyk-pyk-pyk i za chwilę szaleje jak dziki. I nie chodzi o gry - z tymi miewa problemy, a na dodatek nie ma czasu. Tolek wybiera aplikacje, instaluje (za pozwoleniem, rzecz jasna), włącza, wyłącza, segreguje i robi 50 rzeczy, o których ja nawet nie myślę. Coraz częściej to On pomaga Babci ustawić coś w komórce czy znajduje jak coś u mnie zrobić w telefonie. Dla mnie telefon to urządzenie służące do rozmawiania. Dla Tolka  dodatkowo jest to dyktafon, aparat fotograficzny, kamera, notes, kalkulator, poziomica, źródło szybkiego dostępu do internetu, radio, zegarek, kalendarz i jeszcze kilka innych rzeczy, których ja nawet nie wymienię. Dodam dla ułatwienia, że Mały nie ma swojego telefonu, nie spędza w związku z tym nad nim długich godzin i wychodzi Mu to "mimochodem".
Ograniczam Mu ten dostęp jak mogę, chowam, zabraniam, podsuwam tradycyjny kalkulator, wręczam kartkę i długopis... ale coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że z nas dwojga to On staje się bardziej świadomym użytkownikiem elektroniki. W szkole uczą się jak znaleźć potrzebną im wiedzę w internecie (i książkach!), jak używać komputera tak, żeby faktycznie im pomagał w pracy, TaTolek też dodaje do tego swoje nauki. A Tolkowi coraz więcej rzeczy wychodzi naturalnie, intuicyjnie. U mnie ta intuicja wygasła gdzieś między końcem studiów, zmianą pracy, a zajmowaniem się dziećmi.
I coraz częściej się zastanawiam: kiedy zasiądę z notesikiem, a Tolek zacznie mi dyktować "włącz komputer, wciśnij klawisz...."

czwartek, 21 listopada 2013

homo nerwus

TaTolek znowu w podróży, a ja z dziećmi ogarniam dom i życie codzienne. Wczoraj było łatwo - dzień wolny, pogoda tak paskudna, że rozwiała nawet najmocniejsze marzenia o wyjściu na dwór.
Dzisiaj musieliśmy wbić się w zwykłą rutynę i Tolek pomaszerował do szkoły.
Kiedy jest TaTolek my z Lalą mamy poranny luz. Nie spieszymy się, niczego nie musimy, a czasem nawet nie wstajemy, dopóki męska część rodziny nie wyjdzie z domu. TaTolek pilnuje godziny budzenia, ubierania, jedzenia, mycia, a Tolek niby wstaje, niby się ubiera, niby je, prawie się myje i prawie zawsze przeciąga do momentu, kiedy trzeba ostro przyspieszyć, żeby się nie spóźnić...


Jak TaTolka nie ma, Tolek na ogół wstaje sam (dziś zaspał), sam się szybko ubiera, przygotowuje do szkoły i budzi mnie, żebym zrobiła śniadanie i chwilę z Nim porozmawiała. Zjada szybko, myje zęby i wychodzi dużo wcześniej niż zazwyczaj, żeby jeszcze przed lekcjami pograć w piłkę w szkole. Strasznie jest w tym samodzielny i... dorosły.
Mi pozostaje stać w oknie i powiewać białą chusteczką na pożegnanie. Tak zrobiłam.
Teraz siedzę w domu, obgryzam paznokcie i dumam czy na pewno dotarł do szkoły, czy Mu ciepło, czy nie będzie głodny, smutny, ani zmęczony. Matki, choćby i MaTolki, to inny gatunek człowieka, z rozrośniętym do granic możliwości genem opiekuńczości i - jak ostatnio pisałam - martwienia się. Homo nerwus.

środa, 20 listopada 2013

dzień wolny od pracy

W Niemczech fajne jest to, że różne landy mają wolne dni w różnych terminach.
A jeszcze fajniejsze jest to, że Saksonia, w której mieszkamy, ma dziś święto.
Szkoły zamknięte, prace nieczynne. Leżymy do góry brzuchami i się byczymy.
Do jutra.

wtorek, 19 listopada 2013

ości matki



Całymi dniami siedzę z Lalą. Czytamy, rysujemy, bawimy się, śpiewamy, tańczymy, spacerujemy, wrzeszczymy, czasem płaczemy, śmiejemy się, skaczemy, ćwiczymy, gramy, układamy puzzle, budujemy z klocków i robimy milion innych rzeczy. Niektóre z tych zajęć są śmiertelnie nudne dla mnie, niektóre dla Lali. Na samą myśl o niektórych zabawach mam ochotę wyć do księżyca, a inne powodują zgrzytanie zębami Lali. Niektóre pomysły Lali powodują, że dostaję drgawek, niektóre moje powodują, że córka włazi pod stół, skąd szczeka i warczy na mnie dziko. Czasem jest super, czasem mam wrażenie, że niedługo zabiorą mnie do wariatkowa.


Potem idziemy po Tolka do szkoły i popołudnie spędzamy razem. Tolek odrabia lekcje, czyta, pisze, rysuje, szkicuje, oblicza, poszukuje informacji, segreguje je. Tak upływa Mu cały "czas wolny" po szkole. Czasem - jak wczoraj - niemal zasypia nad zeszytami, a ja Bogu dziękuję, że On to lubi (uczenie się, ie zasypianie), bo nie umiałabym chyba zmusić tak przemęczonego dziecka wiedząc, że męczy się fizycznie i psychicznie. Czasem czytam Tolkowi na dobranoc, czasem chwilę rozmawiamy. Nie jest tego dużo, bo widać, że Mały i tak nie kontaktuje z przepracowania.


Martwię się. O to czy będzie im dobrze w życiu, czy będą dobrymi ludźmi, czy będą szczęśliwi. Martwię się o o ich zdrowie, rozwój, o brak sportu u Tolka w szkole, o to, że Lala nie chce mówić ("nie cie mówi, mama!!"), że słabo je, o Jej rozwój sensoryczny; martwię się smutkami Tolka, Jego przemęczeniem, niewyspaniem, każdym płaczem Lali, alergiami Lali, astmą Tolka. W każdej chwili denerwuję się czy Tolek jest bezpieczny czy nic Mu nie grozi, czy się niczego nie boi, czy Lalka spadnie za moment skądś na głowę, nie rozbije się, nie zrobi sobie czegoś.... mogę tak bez końca wyliczać. Chowam te strachy w środku siebie, walczę z odruchami matki-kwoki i bardzo nadrabiam miną, jak dzieciaki dorastają do kolejnych samodzielnych kroków.

Wczoraj skończyłam czytać "Ości". Najpierw męczyłam się przez dwa miesiące z pierwszą połową książki, a potem pochłonęłam w kilka godzin tę lepszą połowę. Kiedy "zaskoczyło" i zaczęłam się wciągać? Chwilę po tym fragmencie: "Matki tak mają - prychnęła Maja. - Są zmartwione. To trwały stan. Stan umysłu. Szok pourazowy. Jak tylko przestaje matkom lecieć mleko, przechodzą w tryb zmartwienia. Potem umierają. Wiem, bo jestem matką". 
A więc wszystko jasne, następny etap w moim życiu to będzie śmierć. Pomartwię się jeszcze trochę. :) 

poniedziałek, 18 listopada 2013

Lala pielęgniarką

Tydzień temu pisałam, że chwilę po tym, jak pochwaliłam się Mamie, że nie chorujemy, padłam. Wylądowałam na ostrym dyżurze. Było trochę strachu, sporo bólu, nieco problemów językowych (nie wiem jakim cudem TaTolek wszystko pozałatwiał - chyba pora uznać, że to Jego "nie mówię po niemiecku" to mocno naciągane jest) - komplikacji logistycznych (jazda w nocy do szpitala z dwójką nieprzytomnych ze zmęczenia dzieci). Ale udało się, naprawili mnie, postawili na nogi i koło północy wróciliśmy w komplecie do domu.
Następnego dnia rano przez chwilę próbowałam chojrakować, ale szybko się poddałam i karnie pomaszerowałam do łóżka. Jeszcze kolejnego dnia się podniosłam, ale słaba tak, że pusty śmiech mnie ogarniał - całe to moje wielkie trenowanie, kondycja, latanie na 6 piętro z Lalką na rękach - wszystko poszło w zapomnienie i teraz wyzwaniem było doczłapanie na nasz strych z dzieckiem pełznącym obok.
A po co to piszę? nie dlatego, że czuję ekshibicjonistyczną potrzebę opowiedzenia o swojej dolegliwości, ale żeby pozachwycać się moją maleńką Córeczką ukochaną! Otóż, kiedy TaTolek poszedł do pracy, a Tolek do szkoły - zostałyśmy we dwie. Lala poczuła się w obowiązku przejąć opiekę nad tym dziwnym wydaniem MaTolka i x razy dziennie odbywałyśmy taki dialog:
Lala: Mama pić?
ja: czy chcę pić? nie, dziękuję
Lala: boli brzuch?
ja: nie kochanie
Lala: [biegnie po butelkę, przynosi, wręcza] Mama pije!
ja: mam pić?
Lala: tak [ja piję, po chwili Lala znowu] brzuch nie ała?
ja: nie
Lala: to jeszcze pić!
ja: [piję]
Lala: brzuch nie ała?
ja: nie
Lala: che siusiu?
ja: nie
Lala: to teraz aaaaaa (połóż się)

Tak to nagle zamieniłyśmy się rolami.

środa, 13 listopada 2013

lipskie psy

maj 2010, Zico

Ponoć w Niemczech wszystkie psy powinny chodzić na smyczy. Jest też obowiązek sprzątania po swoich czworonożnych potworach na chodnikach... Co nie zmienia faktu, że na spacerach trzeba się mocno rozglądać, żeby się nie przejechać na niespodziankach, na które można nadepnąć w absolutnie każdym miejscu na chodniku (o dziwo, jakoś na trawnikach, w parkach, leży mniej tego towaru).
Nie zmienia to również faktu, że ciężko uświadczyć psa na sznurku. Biegają samopas wszem i wobec, wbiegając pod koła rowerów, ludziom pod nogi, albo radośnie lecąc na spotkanie z innym czworonogiem. Nie raz widziałam duety: właściciela psa zasuwającego na rowerze, po ścieżce rowerowej biegnącej skrajem jezdni i lecącego na łeb na szyję psa, zasuwającego po chodniku (po drugiej stronie zaparkowanych aut). I za każdym razem się dziwię jak te psy nie wpadają pod samochody dojeżdżające z poprzecznych ulic. Hamują (psy) przed jezdnią i rozglądają się, po czym doganiają (chodnikiem) właściciela, który równo pedałuje, nie zwracając uwagi na "dueciarza".
Nauczeni warszawskim zwyczajem* nie raz przystawaliśmy, żeby uniknąć znalezienia się z dziećmi w środku jatki między dwoma/trzema/czterema sporymi psami, które nagle wylatują na siebie z krzaków w pobliskim parku. Psy się jeżą, obwąchują i... zaczynają bawić się jak szalone. Tym czasem psiarze nawet nie podchodzą, nie zagadują się, tylko każdy czeka tam, gdzie stał, kiedy doszło do spotkania, na pełnym luzie. Psy się bawią, zawołane - wracają do panów i odchodzą (każdy w swoją stroną) wybiegane i radosne. Jak to możliwe? Czy wszystkie psy i właściciele przechodzą tu przymusowe szkolenia? Czy mają geny inne? W Wa-wie nie raz i nie sto razy widziałam jak psy po pierwszym obwąchaniu atakują się wzajemnie, gryzą, rzucają na siebie i robią dużo warkotu i zamieszania. Tu - mooooże raz. Czym się różnimy? i czy to my-psiarze czy psy?

I jeszcze jedno - prawie nie ma tu psów rasowych. Zdecydowanie przeważają mieszańce wszelakiej maści i wielkości.

*nie twierdzę, oczywiście, że wszystkie psy w Polsce ruszają na siebie w warkotem/zębami; ale kto nie widział chociaż raz takiej akcji w Wa-wie, niech pierwszy rzuci kamieniem

wtorek, 12 listopada 2013

powaliło mnie

Powaliło mnie choróbsko. Tak po prostu. 12h po tym, jak opowiedziałam Mamie, jaki ten Lispk fajny pod kątem zdrowotnym - Lala była chora w tym roku raz, Tolek wcale, ja wcale, TaTolek się tylko kontuzjował, a wszystkie lekarstwa antyalergiczne, które braliśmy tonami, zostały odstawione, no więc 12 godzin później, po prostu mnie powaliło. Leżę, kwiczę i cieszę się dziko, że nie jestem sama z dziećmi w domu. A napiszę znowu jak mi choć trochę przejdzie.

poniedziałek, 11 listopada 2013

przemyślenia Lali

 Lala biegnie do (obcych) dzieci

Kilka dni temu Lala bawiła się z TaTolkiem. Zabawa była standardowa czyli taka, kiedy ja oczy uszy zatykam i głowę odwracam, żeby na to nie patrzeć i na wszelki wypadek niczego nie słyszeć. Inaczej umieram na zawał serca raz na pół sekundy, kiedy Córka leci głową do dołu, robi fikołki, albo skacze w sposób zupełnie przez siebie nie kontrolowany. Nagle (ni z gruchy ni z pietruchy) zebrało się dziecku na rozmowy. To nie byle co, te rozmowy. Trzeba nie lada talentu, żeby zrozumieć, co nasza panienka ma do powiedzenia. Dlatego tu zamieszczam nieco uproszczony dialog, żeby wszyscy mieli szansę zrozumieć, co się kryje w 2,5letnim rozumku załączonym do ciałka, które właśnie wykonało serię fikołków, tudzież innych dziwnych akrobacji, nie dających się zwerbalizować:
"Nie ma dzici! Nie ma dzidzi! La bawi!!! Nie ma dzici! La i Tata i Niuniu (Tolek) i Mama ziuuum do Babci i Cioci. Tu nie ma dzici i Cioci i Babci". I tak sobie myślimy... powinniśmy skorzystać z tego przekazu? Czy puścić mimo uszu i skupić na lipskim życiu MaTOlków?

piątek, 8 listopada 2013

wnuczka Klementyny


Moja Babcia miała na imię Klementyna. Ktoś o takim imieniu nie może być zupełnie zwyczajny, imię zobowiązuje. Babcia - nie była normalną Babcią. Miała milion wad i zupełnie niebabciowych przywar: oczekiwała wiecznego skupienia na Niej i zachwytów Jej osobą, nie specjalnie lubiła dzieci, dłuuugo nie akceptowała faktu, że doczekała się wnuków. Chciała być zawsze młoda i piękna, powtarzała, że ma 18 lat. Wpinała materiałową różę we włosy i prosiła, żeby tak Ją zapamiętać jak już umrze (zadziałało, tak Ją pamiętam). Poza tym Klima opowiadała najwspanialsze historie (nie bajki, tylko historie ze swojej młodości, na ogół suto okraszone opowieściami o chłopcach, którzy się w Niej podkochiwali), tańczyła, śpiewała, gwizdała (przepięknie) z ptakami na spacerach, świetnie szkicowała, pisała wiersze i książki przygodowe (których nikt nie chciał wydać) i bawiła się życiem. Maluchowi ciężko jest zaakceptować Babcię, która oczekuje hołdów, ale im byłam starsza, tym bardziej Ją doceniałam. Bez problemu deklamowała obszerne fragmenty "Pana Tadeusza", wierszy Mickiewicza (nie bawiła się w Tuwima czy Brzechwę), a zamiast babciowego "cześć kochani" witała nas okrzykiem "skąd Litwini wracają?", na co trzeba było odpowiedzieć "z nocnej wracają wycieczki"*. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Nią na wakacje, "wydawaliśmy" gazetę codzienną. Był w niej zapis dotyczący pogody, delikatne tło codzienno-polityczne (np.: Mitterand w Polsce, a rodzice w Paryżu, cha, cha!!), plan naszego dnia, zachwyty nad rewelacyjną Busią (nie Babcią!!!) i Jej wspaniałymi, niepowtarzalnymi pomysłami oraz zawoalowana krytyka synowej i przyzwyczajeń jej dzieci. ;) Klementyna była barwną postacią i Babcią jedyną w swoim rodzaju.
Czytanie książek chyba wyssałam z mlekiem matki, czytali wszyscy wkoło, a każda nowa książka była witana z zachwytem. Klima zaraziła mnie pisaniem. Z uporem godnym maniaka wręczała mi kolejne notesy, przypominała o zapiskach podróżnych i pokazywała, że ONA pisze.
Prawie dwa lata temu zmarła. Zostały wspomnienia i dzienniki, pamiętniki, zapiski, książki, wiersze, a nawet nasze wakacyjne gazetki dziecięce. Oraz mój nawyk pisania. Lata lecą, a dla mnie nowe notesy, pamiętniki, długopisy i kolorowe kredki pozostały czymś ukochanym, nieodzownym do układania i oswajania świata. Mam swój pamiętnik, pamiętnik życia Tolka, pamiętnik Lali, notesy podróżne i notesiki z listami "do załatwienia".
W czasie urlopu w Toskanii dostałam od TaTolka nowy notes, ze złoconymi brzegami. Taki, jakiego używał mój Dziadek i o jakim zawsze marzyłam. Słońce, zielona trawa pod bosymi stopami i nowy notes na stole - to mój ideał spędzania wolnego czasu. Wtedy czuję, że płynie we mnie krew nieprzewidywalnej Babci Klementyny i Jej wiecznego oponenta - szalonego profesora, Dziadka Andrzeja.




*Konrad Wallendrod, Pieśń Wajdeloty

czwartek, 7 listopada 2013

taka okoliczność...


Ponieważ od dwóch lat bardzo dużo podróżujemy z dziećmi, musiałam pogodzić się z myślą, że nie wygram z elektroniką i że dzieci nie wytrzymają w aucie przez 11, 15 czy 19 godzin  jedynie podziwiając widoki za oknem. Walczyłam jak lwica. Pakowałam książeczki, notesiki, kredki, długopisy i zabawki. Kupowaliśmy małe zestawy playmobil i ludziki lego, które dzieci dostawały już w drodze. Tolek dostał mapę, którą wnikliwie studiował, porównując z mijanymi napisami. Kroiłam ogórki, pomidorki i winogrona, które tez na jakiś czas przyciągały uwagę dziecięcą. Nawet na lizaki się zgodziłam, byle tylko wybronić się przed bajkami w podróży. Dzieciaki podróżują super, Lalka przyzwyczajona jest od maleńkości (sześciomiesięczną panienkę zabraliśmy w podróż autem do Grecji), ale jednak - na nudę nie ma mocnych. Po pięciu godzinach zaczynają marudzić i od tej pory powoli, ale stale, ciśnienie w aucie podnosi się. W końcu TaTolek zastrajkował i to On zarządził wprowadzenie elektronicznych sprzętów w ramach uspokajacza, który zapewniłby Mu większy komfort jazdy. Żeby nie mnożyć gadżetów, wpadliśmy na cudowny sposób blokowania iPoda między dwoma przednimi oparciami. Dzieci oglądały bajki, TaTolek miał spokój za kierownicą, a MaTolek cierpiał na chorobę lokomocyjną od wyginania się do ekranu i zmieniania bajek oraz regulowania natężenia dźwięku. W czasie ostatniej podróży Lalka uczuliła się i zastrajkowała pierwszego dnia na wyjeździe. Wokół las, zielona trawa, niebo, ptaki - a Lalka siedziała na kanapie i wyła, wyła, wyła, wyła, wyła.... nic nie pomagało. Jak już wystraszyła wszystko, co żywe w promieniu 5km, poddaliśmy się i włączyliśmy bajkę. Niestety, Córeczka była uprzejma wierzgnąć w ostatnich konwulsjach rozpaczy. Celnie. Noga zatrzymała się na krześle, na którym stał iPod. A ten przestał stać, a nauczył się latać. A właściwie nie nauczył się, niestety; poleciał lotem koszącym prosto w dół, gdzie zginął w męczarniach, tłukąc się na kawałeczki.
W MaTolka jakby grom strzelił. Kiedy liczyłam do dziesięciu zamiast głupio zareagować, podszedł TaTolek i  stwierdził "noooo, to teraz wyjazd przestał być tani". Pozbierał skorupki, pozamiatał resztki szkła i uspokoił przerażoną Lalkę. Nauczka na przyszłość: dzieci i elektronika to złe połączenie.

PS. TaTolek uświadomił mnie, że pisałam o iPadzie, nie iPodzie. Technika mnie znowu przerosła. ;) 

środa, 6 listopada 2013

Babcie na trzepaku


Ktoś mnie dziś spytał dlaczego tak przeszkadza mi oderwanie naszych dzieci od ich Dziadków - bo przecież wiele rodzin tak z powodzeniem funkcjonuje. Zaczęłam dumać: czy to dlatego, że przez ponad 20 lat mieszkałam w jednym domu z Dziadkami? Czy to przez moją "rodzinność"? Czy może z jakiegoś innego powodu? i o co mi tak naprawdę chodzi...

Jedna Babcia zupełnie nie jest staruszkowa, chodzi na wykłady, dyskutuje z zapałem o historii, chodzi do teatru, kina, na wystawy. Jest super Babcią dla Tolka - zjeżdża ze zjeżdżalni, huśta się, biega, zabiera na lody, na spacery, godzinami rozmawia i dużo Mu czyta. Z Lalkę też się fajnie bawi, ale mniej, niż z wnukiem. Druga Babcia jest taką prawdziwą babcią z książek - chodzi za dziećmi, przytula, rozmawia, gotuje ukochane jedzonka (przez żołądek do serca...). Dziadek zabiera na spacery, na place zabaw. Nawet trudne rzeczy tłumaczy prosto. Jego jedno zdanie trafia do Tolka lepiej, niż pięć moich. Drugi Dziadek przy Tolku zachowuje się jak trochę starszy chłopiec: idą razem do piwnicy i wracają dwie godziny potem z wypiekami na twarzy i z oskrobanym patyczkiem, odrdzewioną śrubką, albo innymi "skarbami". Fajnie czasem słuchać ich (Dziadków) rozmów z wnukami. Mądrość życia i doświadczenie spotyka się z dziecięcym patrzeniem na świat i fajne rzeczy wychodzą (żeby nie było - czasem wychodzą straszne bzdury i wtedy się włączamy).

Lalka jest jeszcze mała, a jak wyjechaliśmy z PL, to w ogóle była średnio kumatym siusiumajtkiem, więc Jej relacje z Dziadkami dopiero powstają, ale Tolek czerpie pełnymi garściami i okropnie tęskni, kiedy wracamy do Niemiec.
Ostatnio czytałam Mu książkę na dobranoc, kiedy nagle usłyszałam "ojej, przeczytałaś to takim samym głosem jak Babcia. Poczułem się jak u Niej w mięciutkim pokoju". Zdębiałam. Jakim "mięciutkim pokoju"? Mówił to tak rozmarzonym głosem, jakby chodziło o najwspanialsze lody na świecie! Wytłumaczył mi: "tam są grube dywany, miękkie koce, łóżko, dużo miękkich ubrań, miękkie zasłony. Tam wszystko jest miękkie i tam Tolek czasem śpi. Tam Babcia czyta na dobranoc". 

Mieszkałam z Dziadkami w jednym domu przez ponad 20 lat, druga Babcia była kilka ulic dalej... dla mnie to jest właśnie normalny układ.

wtorek, 5 listopada 2013

weki lipskie


 droga do PL - jeśli przejechanie pod tęczą to dobra wróżba, to zaczynamy siedem tłustych lat

Mniej więcej pół godziny po tym, kiedy napisałam w zeszłym tygodniu, że mamy dosyć podróżowania, zapadła decyzja o krótkiej wycieczce do Warszawy. Po raz trzynasty zapakowaliśmy się do auta i tylko 200km od Lipska po raz pierwszy utknęliśmy w koszmarnym korku.
O pobycie w Polsce długo pisać nie będę - było bardzo intensywnie, spotkaliśmy się z rodzinami, Tolek poszedł na jeden dzień do starej szkoły, byliśmy na Powązkach. Mi udało się jeszcze wyskoczyć do mojego ukochanego fryzjera, podstępem zmusić do postrzyżyn Tolka i siłą zaciągnąć tam Lalkę, która pozwoliła na ostrzyżenie 3/4 głowy. Załatwiliśmy większość z tego co musieliśmy, choć pod koniec pobytu prawie zasypialiśmy na siedząco, a dzieci na hasło "jedziemy" reagują do teraz płaczem. W ciągu dwóch tygodni przejechaliśmy (z naszymi genialnie podróżującymi dzieciakami) trochę ponad 4000km.


Na pożegnanie moja rewelacyjna Teściowa wręczyła nam jedzenie - zupka pomidorowa dla dzieci, pierogi dla mnie i różne dania mięsne dla TaTolka. I tak doszła do nas ponura prawda: nie jesteśmy słoikami, bo tym mianem określa się ponoć tych, co mieszkają w promieniu 70km od stolicy. Jesteśmy WEKAMI lipskimi. Jedzenie musi być solidnie zasłoiczone, żeby dojechało z nami w stanie nienaruszonym. 

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...