wtorek, 31 grudnia 2013

niezbadane są uroki Lipska


BabcioTolka przyjechała, wyjechała, a zostały po Niej wspomnienia i przedziwne miejsca, które poodkrywała z dziećmi w czasie pobytu u nas. Jak twierdzi Tolek: "BabcioTolka jest trochę niepoważna i trochę nieprzewidywalna" (i trudno się z Nim nie zgodzić). Włazi z dziećmi w takie miejsca, które MaTolki omijają szerokim łukiem: pcha się w najgłębsze chaszcze, błota, dziury i w ogóle wszędzie, gdzie tylko TOlkom się zachce. Z kolei DziadkoTolek rok temu zabrał Tolka na teren pustostanów, gdzie uczyli się wybijać szyby kamieniem. Nie da się ukryć, że DziadkoTolki nie są do końca normalne. ;)
Już od kilku dni dzieciaki opowiadały nam o świetnej, wielkiej zjeżdżalni, na której byli z Babcią. Zjeżdżalnia jest "bardzo wysoka, szeroka, długa i Lala zrobiła na niej niechcący fikołka, przywaliła głową w kolana Tolka i oboje płakaliśmy, a Babci mało nie stanęło wtedy serce". Dziwiliśmy się, że w najbliższej okolicy nieodkryty przez nas plac zabaw, mniej dziwiliśmy się szaleństwu z Babcią i wypadkowi.
Wczoraj dumne TOlki zaprowadziły nas na miejsce wypadku. Szybko przestałam się dziwić, że nie trafiłam tam z dziećmi. Dlaczego? Pokażę następnym razem, bo opis nie odda atmosfery tego miejsca, a zdjęcia mi się niechcący skasowały. W każdym razie: wchodzi się trochę jak przez starą szafę. Na początku jest groźnie, a w środku czeka niespodzianka w postaci placu zabaw innego niż wszystkie i prawie pustego. Głównym punktem programu jest ogromna zjeżdżalnia. Woleliśmy sobie nie wyobrażać jak Lala z niej spadała i jak wpadała w Tolka. Okazuje się, że w powiedzeniu, że "Babci prawie stanęło serce" może być znacznie więcej prawdy, niż nam się wydawało.
Otóż wygląda to tak:

z dołu wygląda bardzo stromo

z góry jeszcze gorzej (za cienkim zielonym płotkiem jest przepaść, a na dole głęboka woda)

Okazało się, że akurat moja kurtka uszyta jest z materiału, który nabiera ogromnego rozpędu. Po jednym zjeździe na moich kolanach Lala uznała, że Jej wystarczy tych atrakcji. Tolek (niebieski, na dole) zakrył twarz, żeby nie musieć oglądać maminego lądowania


Natomiast Tolek występował w roli największego szaleńca w okolicy - rozpędzał się, wybijał do góry i na zjeżdżalnię wpadał mniej więcej w połowie jej długości. Okoliczne Mamy nerwowo łapały swoje dzieci, żeby nie próbowały tak robić. Ja tylko zamykałam oczy wiedząc, że skoro wypróbował to z Babcią, to moje strachy muszę sobie w buty wsadzić i dać dziecku eksperymentować.... jakież było moje zdziwienie, kiedy wieczorem, w czasie rozmowy telefonicznej,  BabcioTolka zareagowała przerażeniem... okazało się, że akurat tę zabawę Tolek zarezerwował dla nas.... może jednak niedaleko pada jabłko od jabłoni i wszyscy jesteśmy trochę świrnięci...

poniedziałek, 30 grudnia 2013

święta pod znakiem jeziora i plaży


Święta minęły nam pod znakiem wycieczek rowerowych, plaży nad jeziorem i zmiennej pogody. Już dawno nie było takiego słońca, ale też i takiego wiatru oraz nagłych ulew. Przedziwny to grudzień. Do wczoraj za termometrze było 10 st. C (w nocy przyszedł przymrozek). Pięć dni temu jeden ze spacerujących rozebrał się i w stroju adamowym poszedł popływać w lodowatym jeziorze (jakoś nie śmiałam robić mu zdjęć, choć zupełnie sparaliżował ruch na ścieżce rowerowej). Wczoraj z zapartym tchem obserwowaliśmy zimowe wyczyny kitesurfowców. Schowaliśmy zimowe kurtki i przerzuciliśmy się na wiatrówki i grube bluzy. 


Chwilę po tym, jak dotarliśmy do domu, zaczęło koszmarnie wiać, przyleciały ogromne chmury i lunęło tak, że mogliśmy się tylko cieszyć, że zdążyliśmy wrócić do domu z naszymi wiatrówkami i bluzami. Podziwialiśmy tęczę, krople deszczu na szybach i piękne chmury.


czwartek, 26 grudnia 2013

wojsko Tolka

Dzieci poszły z Babcią na spacer i dzięki temu mogliśmy się we dwoje urwać na wycieczkę rowerową. Wróciliśmy do domu, a tam umęczone, ale szczęśliwe dzieci i ledwo żywa Babcia - przez dwie godziny skakali, biegali, kręcili się i huśtali na placu zabaw.


Tak nam Tolek opowiedział co się działo:
"Byliśmy wojskiem. Spotkaliśmy porucznika Glutka (chłopca, co miał gluty do pasa wiszące), ale był trochę obrzydliwy i jednak wolałem nie włączać Go do naszej armii. Babcia została Generałem Cykorem (bo się wszystkiego boi), ja Kapitanem Zezikiem (z przyczyn oczywistych). Olka Została Olką-Olką, bo na nic innego się nie godziła. Zabawa była świetna".
Wolę nie myśleć kim i dlaczego zostałabym mianowana w tym dziwnym wojsku.

środa, 25 grudnia 2013

10 lat...


Dziesięć lat temu właśnie staliśmy w kościele na Nobla i przyjmowaliśmy życzenia ślubne. Powoli odpuszczał stres, zaczynaliśmy się śmiać, żartować. Jedni z gości opowiadali jak weszli do kościoła i wyszli myśląc, że pomylili kościoły, bo pan młody im się nie zgadzał - okazało się, że weszli w momencie, kiedy do ołtarza prowadził mnie Tata...


Chwilę potem świeżo upieczony Mąż wręczył mi parę ślubną bez głów - okazało się, że dekoracja samochodu odkleiła się, kiedy Kuba jechał do kościoła i ozdobni małżonkowie z maski auta stracili głowy.


"Na wariata" zapraszaliśmy na wesele dawno niewidzianych znajomych, którzy jednak przyszli na nasz ślub. I ogromnie się cieszyliśmy, że zrozumieli, zaproszenie przyjęli i bawili się z nami do rana.


Kuzynka powiedziała mi wtedy "nie denerwuj się, to taki dzień, kiedy wszyscy życzą Ci najlepiej" i to podziałało jak plasterek na skołatane serce. Ręce przestały mi się trząść, nogi trzęsły się dalej, ale z zimna, a nie z emocji.


Koło 4:00-5:00 nad ranem wróciliśmy do domu. Zabraliśmy naszego psa na spacer. Ciekawe czy ktoś wyglądał wtedy przez okno - panna młoda w bordowej sukni ślubnej, która zafarbowała od farby na parkiecie i pan młody w nieskazitelnym garniturze, oboje w kurtkach sportowych, w lekkim błotku grudniowym...


To było dobre 10 lat. Dziś dwa małe gnomy latają po domu i tak dają czadu, że głowa puchnie. Czuję się trochę jak kwoka. Zaganiam to moje stadko, przytulam i cieszę się życiem. Szkoda, że Dziadka nie ma z już z nami.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

miało być świątecznie...


Miało być o ciastach i ciasteczkach, rybach, mięsach, choince, ozdobach świątecznych; O zakupach, przygotowaniach, pakowaniu prezentów i ich robieniu; o sprzątaniu, ogarnianiu domu i czekaniu. Miało byś świątecznie, nastrojowo, z życzeniami i pięknymi zdjęciami.

Ale nie będzie. Bo DemOlka kicha i prycha, nocami kaszel spać Jej nie daje, a Ona - nam. Tolka w domu roznosi i tylko determinacja i umiłowanie spacerów przez Babcię powoduje, że w domu panuje względny spokój. Zostało milion rzeczy do zrobienia, a czas się kurczy w zastraszającym tempie.
Lecę do roboty.

piątek, 20 grudnia 2013

starcie MaTOlków z choinką, 1:0 dla nas


 Przygotowania świąteczne idą nam w tym roku jak jeszcze nigdy:
- upiekliśmy ciasteczka, ale "zjadły się" zanim dobrze skończyliśmy je robić
- na początku tygodnia rozchorował się Tolek, czym skutecznie uziemił w domu MaTolka, która miała milion spraw do załatwienia i dwa miliony rzeczy do dokupienia,
- Tolek pozbierał się stosunkowo szybko, za to chwilę potem padła Lalka - jest zasmarkana, zachrychana i nie bardzo toleruje w najbliższym otoczeniu kogokolwiek poza MaTolkiem (który to MaTolek dalej nie ma przez to jak załatwić czegokolwiek),
- TaTolkowa firma bije rekordy ilości pracy, co chwila są jakieś kłopoty do rozwiązania i zwoływane na poczekaniu spotkania, co skutkuje tym, że niedługo TaTolek chyba wyprowadzi się do biura, żeby nie jeździć do Niego co chwila,
Wczoraj postanowiliśmy przełamać złą passę i ruszyć do przodu. W przerwie pracowej TaTolek kupił i oprawił choinkę. Potem wrócił do biura, a rodzina zachrychańców starannie ubrała pokaźne drzewko.
Niestety skubana choineczka wyczekała, aż schylałam się po OSTATNIĄ bombkę i mnie zaatakowała, tj. wskoczyła mi na plecy i obrzuciła świeżo zawieszonymi bombkami, masosolkami i lampkami. Bolało. ;)


BabcioTolka ciągnęła, MaTolek pchała i choinka została przywrócona do pionu, a następnie za karę przywiązana do kaloryfera. Niestety, w nocy znowu drzewko wygrało i pacnęło na ziemię. Chrzęst bitych bombek obudził tych, którzy przespali samą wywrotkę.
Rano obchodziliśmy wielkim łukiem powaloną choinkę i udawaliśmy, że właśnie tak miało być. Problem polegał na tym, że nie ma do czego przywiązać choinki z drugiej strony, a że wszystkie ściany  w naszym mieszkaniu są z karton-gipsu, to nawet porządnego gwoździa nie można wbić, bo i tak natychmiast się ze ściany wysunie.


Dopiero TaTolek wpadł na pomysł, dzięki któremu wszystko wróciło do normy. "Sprzedajemy" nasz pomysł dalej, bo może jeszcze komuś się przyda.

czwartek, 19 grudnia 2013

segregacja kolorowa


Czas ucieka jakby go gonili. Dopiero był listopad, zaczynaliśmy (z dużym wyprzedzeniem) robienie świątecznych ozdóbek, a tu nagle okazuje się, że do Wigilii niecały tydzień. Zakupów brak, jedzenie nawet nie kupione, prezenty nieskompletowane, choinki nie ma i nawet nie ma kiedy kupić (TaTolek pracuje do rana do rana ostatnio), a bombki leżą w moim warsztaciku domowym i czekają na odnowienie.
W weekend będzie szaleństwo - kupno wszystkiego, wszędzie, w tym samym czasie, w dzikim tłumie. A miało być tak pięknie....
Czym się MaTOlki zajmowały przez ostatni weekend, zamiast szykować Święta?! Klockami lego. Tak po prostu. Naszło nas na zbudowanie wszystkich zestawów, które mamy, a mamy ich sporo, bo Tolek odziedziczył po MaTolku miskę klocków (niestety, bez instrukcji). Plan był taki: dzieci się bawią, Mama buduje, Tata odsypia. Trzy godziny potem miałam już połączone.... trzy klocki i w tym śmietniku ciągle szukałam czwartego. Piana wściekłości kapała mi z pyska, a dzieci roztropnie uznały, że lepiej nic nie mówić. Po czterech godzinach, które nie zakończyły się sukcesem, uznaliśmy, że musimy wrócić do naszego starego systemu segregacji klocków z podziałem na kolory. To jedyna szansa na zbudowanie czegokolwiek.


Usiadły cztery sierotki Marysie (TaTolek został obudzony na pomoc) i każdy łuskał swój kolor. Pod wieczór podział był prawie skończony i kolejnego dnia można się było brać za budowanie... tylko, że wtedy przyjechała BabcioTolka i prace na razie utknęły w martwym punkcie.


"fabryka ludzików" - po prawej główki, po prawej z tyłu korpusy, z tyłu na środku nogi, po lewej broń i inne cuda, które ludziki trzymają w rękach, z przodu po prawej kaski, włosy i czapki. 


Tak to właśnie bywa z planami i konsekwencją MaTOlków: Święta nieprzygotowane, w domu dziki śmietnik, cały pokój usłany klockami, a dzieci zachwycone zajmują się głównie spacerami z BabcioTolką i budowanie mają w głębokim poważaniu.

środa, 18 grudnia 2013

Lipsk w środku grudnia


Na urodę, pogodę i położenie Lipska narzekałam wielokrotnie. Przywykłam do myśli, że mi się tu nie podoba i że jest to jedno z wielu miejsc, w których przez jakiś czas będę żyć, ale wcale nie muszę go kochać. Ale kiedy w połowie grudnia świeci piękne słońce, na trawnikach pyszni się soczyście zielona trawa, termometr wskazuje 8 stopni (na plusie!!), a ludzie zrzucają kurtki i chodzą w bluzach, to nawet Lipsk zaczyna mi się podobać.


Jak się dobrze przypatrzeć, to prawie na środku tego zdjęcia (a jednocześnie w środku miasta) stoi sobie czapla siwa i leniwie nóżką kiwa. Ostatnio prawie codziennie spotykamy czaple w najbliższej okolicy domu. Ciekawe co im kazało wybrać właśnie to miejsce na... postój? czy osiedlenie się? 


Z racji obecności BabcioTolki chodzimy na dłuższe spacery niż zwykle. Mam komfort psychiczny, że nawet, jakby DemOlka włączyła syrenę alarmową, to ja Ją mogę wziąć na ręce, BabcioTolka zajmie się wózkiem i jakoś do domu wrócimy. Dzięki temu wczoraj poszłyśmy na czterogodzinny spacer. Pokręciłyśmy się po moim ulubionym parku, przeszłyśmy całą starówkę wzdłuż i wszerz. Założenie było takie, że Lala zaśnie zaraz po starcie i będzie cisza i spokój. Wyszło... jak zawsze, ale Mała i tak była dzielna i wydawała się być zadowolona z wycieczki. Był czas na podziwianie widoków, bieganie po trawie, obserwowanie czapli (tak, tak!), a nawet na spacerowanie po Targu Bożonarodzeniowym (który jednak wygląda śmiesznie przy takiej temperaturze i przywodzi na myśl Boże Narodzenie na południu Europy).


Tylko wracać musiałyśmy kurcagolpkiem, bo się MaTolkowi zegarek wskazówkowy pomylił i przez moment obawiałam się czy zdążymy odebrać Tolka przed zamknięciem szkoły. Na miejscu okazało się, że jednak pomyliło mi się jak zerkałam drugi raz i nie trzeba się było spieszyć.


Do takiego doszłam wniosku: jakby w Lipsku wszyscy mówili po polsku, albo chociaż po angielsku, to mogłoby tu być bardzo fajnie. A jakby w grudniu zawsze była taka pogoda, to - mimo mojej miłości do śniegu - szybko bym się do tego przyzwyczaiła.

wtorek, 17 grudnia 2013

Christmas party


Do tej pory nie byłam na żadnym przedstawieniu, ani imprezce w tutejszej szkole Tolka. DemOlka źle znosi tłum i hałas, włącza wtedy syrenę alarmową i wszystko zakłóca. Z musu TaTolek pełnił rolę przedstawiciela rodziny, a MaTolek grzała miejsce w domu.
Ponieważ mamy teraz BabcioTolkę do pomocy, postanowiłyśmy zaryzykować i we trzy wybrać się na Christmas lunch z miniwystępem klas trzecich (ponieważ dzieci z danego rocznika są tu miksowane między klasami co roku, to wszystkie tego typu imprezy obchodzone są wspólnie, żeby wszyscy znali wszystkich). W razie czego Babcia i DemOlka miały uciekać poza zasięg DemOlkowego głosu, a MaTolek miała szansę skupić się na drugim dziecku.
Zdawałam sobie sprawę, że w szkole wielokulturowej nie może być zadęcia około bożonarodzeniowego, a to z tej prostej przyczyny, że dzieci mają różnych bogów, tradycję i obrządki z tym związane, ale w związku z tym nie bardzo umiałam sobie wyobrazić alternatywną wersję obchodów świątecznych. Z polskiej szkoły mam mocno wbite do głowy śpiewanie kolęd, wznosiła atmosferę, choinkę i prezenty. Wiedziałam, że żadnego z  tych elementów w obecnej szkole nie uświadczymy.


Jak było? Wesoło. Każda klasa wystąpiła z jedną piosenką. Tolkowa - wystąpiła jako ostatnia z muzyką hawajską, dzikim śmiechem, szaleństwem i w szortach (oraz butach zimowych). O Świętach świadczył napis "Merry Christmas" na ścianie, kilka gwiazdek rozrzuconych tu i ówdzie, mikołajowe czapy założone na krzesła i malutkie ozdoby z motywami świątecznymi na stołach. Nie było zadęcia, uciszania. Dzieciaki były rozbrykane, uśmiechnięte i zadowolone. Po występach przyszedł czas na lunch, który składał się z jedzenia przygotowanego przez mamy. Szczerze powiem, że szczęka mi opadła, jak dyskretnie zlustrowałam stoły z półmiskami (Tolek ma nietolerancje pokarmowe i planowałam pokazać Mu co jest dla Niego ok). Na stołach stały: kiełbaski, parówki, wursty, tłuste mielonki, paszteciki z mięsem w wysokiego tłuszczu, paluszki z serem ociekające tłuszczem oraz kilka talerzy z pokrojonymi warzywami i dwa makarony. 95% jedzenia była koszmarnie tłusta i bez smaku (MaTolek i BacioTolek dyskretnie wywalały ponadgyzane "przysmaki" do koszy, stojących poza zasięgiem wzroku tych, którzy to szykowali). Nie jestem (chyba) mamą-oszołomem żywieniowym, ale przez 5 lat kształcenia Tolka w różnych placówkach jeszcze nie widziałam tak ciężkiego i niezdrowego menu dla dzieci. Dzieciakom, oczywiście, to nie przeszkadzało. Pałaszowali wszystko jak leci, śmiali się, wygłupiali. Nawet DemOlka przysiadła się do męskiego grona Tolka i wcinała swoją parówkę.


Potem dzieciaki poleciały na boisko wybiegać to, co zjadły (w szkole jest codziennie godzinna przerwa na dworze po lunchu), a MaTolek z innymi mamusiami zajęcia się sprzątaniem, myciem, wynoszeniem i ustawianiem (i wtedy bardzo przydała się BabcioTolka, dzięki której DemOlka nie wymaszerowała z żadną klasą w siną dal).
Było... ciekawie. Na pełnym luzie, wśród mnóstwa śmiechu i - mimo braku choinki, kolęd i prezentów - bardzo świątecznie. Ot, kolejna przygoda w szkolnym życiu Tolka.


A tak ubrany wrócił Tolek ubrany do domu. Skarpetki zdjął, bo wszedł w nich w rozlany sok. 16 grudnia. 8 st. C. na termometrze. 

poniedziałek, 16 grudnia 2013

świąteczna niespodzianka


Przez ostatni miesiąc trwały ożywione rozmowy na linii Lipsk-Warszawa i Warszawa-Lipsk. Co ze Świętami? Kto przyjeżdża? Kto zostaje (i gdzie)? Co robimy?
Ponieważ w rodzinnym mini głosowaniu doszliśmy do wniosku, że mamy już powyżej dziurek od nosa ciągłego pakowania, jazdy samochodem i życia na walizkach, postanowiliśmy spędzić Święta w Lipsku. Wtedy telefon rozpalił się aż do czerwoności: kto nas odwiedzi? i czy w ogóle ktoś? a kiedy? a jak? a na jak długo? Po wielokrotnych dyskusjach z BabcioTolkami, DziadkoTolkami, CiocioTolkami i WujkoTolkami, padło na jedną z Babć. I dopiero się zaczęło: pociągiem czy autobusem, na początku grudnia czy na końcu, na Święta czy na Sylwestra, a może wcale??? Tydzień temu wydawało się, że BabcioTolka już podjęła decyzję, kupiła bilet i psychicznie zaczęła przygotowywać się do wyjazdu. Ale w czwartek zadzwoniła z informacją, że chyba ma zapalenie płuc, w piątek - że to "jednak tylko zawał", a w sobotę, że chyba zatrucie pokarmowe. Nauczeni doświadczeniem czekaliśmy spokojnie na rozwój wydarzeń, niczego nie mówiąc dzieciakom. Jakby się udało - byłaby niespodzianka, w przypadku niepowodzenia - nie byłoby rozczarowania.
W sobotę wieczorem wydawało się, że BabcioTolka jednak wsiadła do autobusu. Pewności zabrakło, bo przestała odbierać telefony i odpisywać na SMSy. A że BabcioTolka ma w zwyczaju zapominać telefonu na drogę, to na MaTolka padł blady strach, że powtórzyła swój popisowy numer i tym razem, przez co nie byłoby wiadomo kiedy przyjdzie (autobusy przyjeżdżają z dokładnością do trzech godzin). Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu (prawie) wszystko poszło z planem. W niedzielę rano telefon BabcioTolki ożył, przyjechała cała i zdrowa, a autobus miał tylko półtorej godziny opóźnienia.
Tolek wyczuł, że coś się święci. Nie trzeba było być Einsteinem, bo MaTolek toczyła krótkie, a wielokrotne rozmowy telefoniczne z BabcioTolką: "gdzie jesteś?", "co widzisz"?.
O uzgodnionej porze TaTolek (obudzony w ostatniej chwili) pojechał po gościa, a Dzieciaki zaczęły pytać co się dzieje. Żeby nie spalić tajemnicy w ostatnim momencie, prawdomówny MaTolek posiłkował się kłamstwem: Tata ma spotkanie z pracy, pewnie przyjdzie na chwilę z tym panem do domu, więc musimy się ogarnąć (było wcześnie rano, a ponieważ całą sobotę spędziliśmy na zabawie, to mieszkanie wyglądało jak pobojowisko). Dzieci jak niepyszne wygrzebały się z piżam, pościeliły łóżka, a MaTolek z szaleństwem w oku szykowała śniadanie, odkurzała, sprzątała, biegała po całym domu jak kot z pęcherzem. W którymś momencie dzieci zaczęły nawoływać z pokoju, że przecież mieliśmy się bawić i co ta Mama robi najlepszego, zamiast budować z klocków. Powtórzyłam opowieść o obcym panu, co tu zaraz wejdzie i Tolek westchnął ze znawstwem "aaaa, czyli teraz tak latasz i sprzątasz, bo nie chcesz żeby pomyślał, że zawsze jesteśmy tacy nieogarnięci?". Przenikliwy ten nasz Tolek. ;)
Pół godziny później mieszkanie świadczyło o naszym ogarnięciu, śniadanie było w trakcie tworzenia, a dzieciaki bawiły się w swoim pokoju, kiedy w drzwiach zazgrzytał klucz. TaTolek przywiózł Babcię, a MaTolka oficjalnym głosem zawołała dzieci, żeby przyszły się przywitać. Niechętnie oderwali się od lego i przymaszerowali do przedpokoju (sytuacja o tyle kuriozalna, że nigdy nie mieliśmy w domu nikogo z pracy TaTolka w domu, a tym bardziej - nie w niedzielny poranek. Za całą pewnością nie szykowałabym dla takiego pana śniadania, ani nie wołałabym na takie oficjalne przedstawiania, tylko raczej zamknęłabym się z dziećmi w pokoju - ale dzieci przyjęły to wszystko ze spokojem). Stanęli w drzwiach, Tolek szedł pierwszy, a Lala-Jego cień - jak zawsze tuż za Nim. Lala popatrzyła pierwsza do przedpokoju i nieco zgłupiała, natomiast Tolek podniósł wzrok jak stał niecały metr od Babci. I zamarł. Okropnie mi żal, że nie nagrałam tego momentu, ale uznałam, że należy Mu się trochę intymności. Najpierw opadła Mu szczęka, potem brwi powędrowały do połowy czoła, potem wzrok powędrował do MaTolka i TaTolka - jakby szukał potwierdzenia tego, co widzi. Było kompletne zaskoczenie, szok, niedowierzanie, a na końcu dziki okrzyk radości i bieg do wyciągniętych ramion Babci. I łzy radości, szaleństwo, wzruszenia.
Dla tego momentu warto było wytrzymać miesiąc konspiracji i nerwy do ostatniej chwili czy Babcia wsiądzie w autokar.
A duuużo później Tolek przyznał, że oczom nie wierzył i musiał upewnić się czy Babcia, która stoi przed Nim, to na pewno nie obcy pan z pracy Taty, tylko tak łudząco podobny.


piątek, 13 grudnia 2013

mgła


Kilka dni temu nad Lipsk nadciągnęła mgła. Krajobraz wyglądał, jakby jakiemuś wielkoludowi wylała się butelka mleka. Zrobiłam zdjęcia, pooglądałam i już. Ale nadeszła noc i mleko tylko zgęstniało, przyszedł kolejny dzień i mleko zamieniło się chyba w śmietanę. Zdjęcie z fleszem nie wychodzi, odbija się od białych odrobinek, które nas coraz szczelniej otulają. Brak umiejętności fotograficznych przeszkadza mi w takich momentach ogromnie. Widzę coś niesamowitego, ale nie umiem tego uwiecznić, zatrzymać i pokazać tym, którzy codziennie pytają co u nas.

próba zrobienia zdjęcia z fleszem

zdjęcie bez flesza dobrze pokazuje mgłę, ale nie za dobrze łapie ostrość ;)

Momentami mgła się podnosi - wtedy wychodzą skrawki pięknego nieba i prześwituje piękne słońce, a potem znowu szara czapa osiada, zasłania kolejne budynki, drzewa, auta. Wczoraj koło 17:00 był (chyba) punkt kulminacyjny. Nawet rowery włączały mocne światła, dzieci w wózkach zostały wyraźnie oznaczone (to tutaj rzadkość), ci co mogli, wieszali na sobie odblaski. Auta jeździły w żółwim tempie, przed szkołą pojawiło się znacznie więcej rodziców niż zwykle - samotna podróż w taką pogodę nie jest ani miła, ani bezpieczna. Pierwszy raz po boisku szkolnym błąkali się zagubieni rodzice, którzy nie mogli odnaleźć swoich dzieci nie przez żarty latorośli, tylko przez mgłę, która wszystkie ciemno ubrane dzieci niesamowicie do siebie upodobniła. Cieszyłam się z jasnej kurtki Tolka, którą łatwo było wypatrzeć.


Wyszliśmy ze szkoły. Mgła szybko zaczęła gęstnieć, a zapadający mrok tylko pogarszał widoczność. Złapałam aparat i - ku rozpaczy zmęczonego Tolka, który chciał szybko wracać do domu - pstrykałam jedno zdjęcie po drugim kombinując co by tu zmienić w ustawieniach, żeby choć jedno pokazało prawdziwy liski krajobraz. Jak widać - nie wychodziło. Albo na zdjęciu znikała mgła, albo wszystko się rozmazywało.


 Miasto wyglądało trochę jak z horroru: wszystko zamglone, niewyraźne, spowite tajemnicą. Pora roku ze swoimi szarościami i łysymi drzewami idealnie wpasowała się w ten ponury krajobraz.


Dziś czwarty dzień dziwnej pogody. Widać kamienice stojące nieopodal, korony najbliższych drzew, ludzi i samochody. Ale dalej jest smutno, szaro. Ludzie snują się markotni. Cieszę się, że za kilka godzin nasz dom wypełnią dzieci.

widok z naszych okien 

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...