czwartek, 30 stycznia 2014

jak się uczą młodsi


MaTolek: Tolek!! nie wolno się tak odzywać do starszych!
Tolek: ale ja będę!
MaTolek: do starszych się tak nie odzywa, to niegrzeczne. Z kolegą tak możesz rozmawiać, ze starszymi - nie.
Tolek: a wy się tak do mnie odzywacie!
MaTolek: a my jesteśmy od Ciebie starsi czy młodsi?
Tolek: starsi
MaTolek: No właśnie. Nie wolno się tak odzywać do starszych.
Tolek: tak? tak? A czy ci starsi wiedzą, że młodsi się tak niczego nie nauczą?!
...i pomaszerował wściekły do swojego pokoju....

Teraz starsi już wiedzą, Synku...

środa, 29 stycznia 2014

spacer nie jedno ma imię



Dawno, dawno temu, kiedy mieszkaliśmy w Finlandii, bardzo dużo spacerowałam z małym Tolkiem. Przepiękny las iglasty zaczynał się 30 metrów za naszym domem i ciągnął w nieskończoność. Po 20 minutach drogi byliśmy nad jeziorem, a po godzinnej podróży autobusem stawaliśmy nad morzem.


Spacerowaliśmy trzymając się za ręce i tocząc arcyciekawe dysputy. Dwuletni Tolek stawiał różne hipotezy dotyczące życia dinozaurów, opowiadał mi o różnicach między budową ciała i zwyczajami triceratopsa, diplodoka czy tyranozaura. Dopytywał się o geografię Finlandii, uczył się rozpoznawać ironię, sarkazm i powoli zaczynał wyłapywać które pytania są retoryczne, przy czym wszystkie podkreślone tuta j wyrazy znał i sam je używał. Bez problemu wymawiał sz, cz, ż, dź, dz, jeszcze tylko r stanowiło dla Niego problem. Niewątpliwie był przeintelektualizowany, ale wtedy wydawało mi się, że tak zachowują się wszystkie dwulatki. Natomiast oboje nie mieliśmy pojęcia czym jest omawiany w książkach i przez znajome mamy "bunt dwulatka". Szczytem buntu Antka było jednorazowe położenie się na podłodze w sklepie na znak protestu przeciw zakupom. Po chwili sam uznał, że to kiepski pomysł i wrócił do wózka.


Minęło kilka lat i spaceruję z trzyletnią DemOlką. DemOlka "nie cie mówić", więc raczej prowadzę monolog. Jeśli już się odzywa, to tylko po to, żeby zaprotestować, zanegować, nie zgodzić się z czymś lub dać wyraz swojej asertywności. Ona nie przechodziła buntu dwulatka, Ona jest w stanie nieustającego trzyletniego protestu i na razie nic nie zapowiada zmian. Tak jak pisałam, prowadzę monolog. Tyle, że na ogół i to nie jest mi dane, bo moja córeczka ma silną potrzebę odczuwania swobody i nie przyjmuje do wiadomości jakiegokolwiek ograniczania swobód spacerowych.




Przejście jednego kilometra zajmuje nam nawet półtorej godziny. Latem po prostu stawałam na słońcu i opalałam się czekając, aż Mała przejrzy wszystkie trawki warte przejrzenia i usiądzie w każdym pisaku, który Ją do tego czymś zachęcił. Teraz błogosławię zimę za brak mrozów (Lipsk został ominięty przez zimny front atmosferyczny, który jest nad Polską i temperatura oscyluje w okolicach zera stopni), ale po 20 minutach czekania i tak mocno przytupuję dla rozgrzewki. Wczoraj z rozpaczy miałam ochotę tłuc głową w najbliższe drzewo i wahałam się między zostawianiem DemOlki samej w parku, doniesieniem Jej na rękach do domu i tłuczeniem głową w pobliskie drzewa, żeby na moment nie przestać myśleć.
Nie ma co ukrywać, "spacer z dzieckiem" nie jedno ma imię i zależnie od egzemplarza dziecięcego może oznaczać szybki marsz, powolne dreptanie lub stanie bez ruchu; może być relaksem lub stresem (dla rodzica i dla dziecka), może ciągnąć się w nieskończoność lub przelatywać jak z bicza strzelił (niezależnie od rzeczywistego upływu czasu), może być przyjemnością lub odbywanym z mozołem obowiązkiem, a w końcu - może być wypełniony ciekawymi rozmowami, które zostają w głowie mamy jako najcieplejsze wspomnienia. Może też być czasem milczenia i zmagania się z własnymi myślami. Bywa trudno. I jak widać na poniższych zdjęciach, DemOlce też często opadają z ręce (i głowa):

tak wściekła DemOlka wracała wczoraj ze spaceru do domu pokazując, że z matką to się nie da wytrzymać

wtorek, 28 stycznia 2014

zabawki


Tuż przed przeprowadzką do Lipska, kiedy przyszło nam pakować cały dobytek do pudeł, zorientowaliśmy się, że Tolek i DemOlka mają wszystkie zabawki świata: kolorowe, plastikowe, drewniane, materiałowe, we wszystkich kształtach i fasonach. Od tamtej pory systematycznie staramy się ograniczyć ten zalew, ale nie jest lekko. Tolkowe zabawki oddajemy innym dzieciom, a na wszystkie kolejne okazje dostaje od całej rodziny po jednym, składkowym zestawie lego. Dzięki temu ilość różnych zabawek nie zwala z nóg, a Tolek buduje to, co akurat jest Mu potrzebne do zabawy. DemOlce nie kupujemy prawie nic, bo i tak większość ma po starszym bracie. Przy szczególnych okazjach dostaje pojedyncze lalki, sukienki, tudzież inne damskie akcesoria (płeć mózgu zdecydowanie istnieje!!), ale Jej pokój i tak zostaje solidnie przeładowany, bo jest jednym z najmłodszych dzieci wśród naszych przyjaciół i przejmuje wszystko po starszych koleżankach.
Mimo naszych dwuletnich zabiegów, pokoje dzieci dalej są wypełnione po brzegi, a my przy każdej okazji kombinujemy jak się czegoś pozbyć. W związku z tym coraz rzadziej zdarza się, żeby dzieci dostały coś zupełnie niespodziewanego i nawet rodzina podporządkowała się MaTolkowym rządom twardej ręki. Ale... zawsze jest jakieś ale... w ostatnią Gwiazdkę BabcioTolka perfidnie wyłamała się od narzuconej odgórnie zasady i dzieciaki wyciągnęły spod choinki ogromny kawał tektury. MaTolek dyskretnie stukała się w czoło, bo BabcioTolka przytachała ten karton autobusem z Polski, a na środku jak wół było napisane "made in Germany". Ale BabcioTolka w ogóle chodzi swoimi śnieżkami i robi tylko to, co sama uzna za stosowne. Tak więc dzieci wytargały spod choinki wielką płachtę i trochę im szczęki opadły jak po zerwaniu ozdobnego papieru pakowego odkryły, że pod papierem... jest też papier, tylko twardszy. To był kartonowy domek-namiot do własnoręcznego złożenia. Wśród szaleństwa Bożonarodzeniowego i nowych klocków lego i duplo, prezent został odstawiony na bok i tak został kilka dni.


Zaraz po Świętach dzieci przystąpiły z BabcioTolką do prac budowlanych i w mieszkaniu wyrósł nam dom. Od tamtej pory minął miesiąc, BabcioTolka dawno wyjechała, a dzieciaki dalej się bawią. Podłoga domku została pokryta poduchami i kołdrami i komfort znacznie wzrósł. DemOlka jest klasycznym użytkownikiem - w domku śpi, je, karmi lalki, jeździ samochodzikami i po prostu przebywa. Często wykazuje się zbyt dużą energią i co i raz coś demoluje, jak na DemOlkę przystało. Wtedy do akcji wkracza starszy brat z taśmą klejącą w dłoni. Naprawia zniszczenia, usprawnia działanie, a co i raz wymyśla jakieś niezbędne do zabawy dodatki. Tak powstał pojemnik na klucz do domku, półeczka, plakat na suficie oraz oświetlenie wewnętrzne.


Domek już ledwo stoi, wytrzymał zabawę czwórki dzieci, w tym dwójki bardzo energicznych trzylatków. Podpieramy go o ściany (prawdziwe, murowane), żeby jeszcze trochę pożył, ma coraz więcej taśmy klejącej na sobie, ale dzieciaki dalej nie chcą słyszeć o wyrzuceniu go do śmieci. A mi po raz N-ty przypomniało się, że im zabawka zostawia więcej możliwości do użycia wyobraźni, tym budzi większą dziecięcą radość.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

sobotni wieczór kinowy

W sobotę zrobiliśmy sobie wieczór filmowy; z dziećmi, oczywiście. Wypożyczyliśmy animowany film "Strażnicy marzeń" i już mieliśmy zasiadać do oglądania, kiedy Tolek, wybitny przedstawiciel swojego pokolenia, zaczął dopytywać się o popcorn do "kina".


Zmroziło mnie nieco, że Młodemu tak mocno łączy się w głowie kino z jedzeniem (co wcale nie było tak oczywiste, bo - przy dobrych wiatrach - w kinie bywa raz na rok, a dodatkowo my nie zawsze kupujemy żywieniowe dodatki). Już miałam wybuchnąć świętym oburzeniem, kiedy TaTolek ostudził mnie dyskretnymi znakami. Miał rację. Doszliśmy do wniosku, że nie oduczymy dzieci tego, że w kinie się je - zbyt często Tolek chodzi tam bez nas, zbyt modne zrobiły się imprezy urodzinowe w kinie, na menu których nie mamy żadnego wpływu, a poza tym otoczenie kinowe robi swoje. Stwierdziliśmy, że jak bardzo musi jeść przy oglądaniu "w kinie", to niech chociaż nauczy się wybierać mniejsze zło. I tak zabraliśmy się do kuchennych prac, a seans przesunął się nam na zdecydowanie późniejsze godziny.




Wyrabialiśmy ciasto (MaTolek pierwszy raz w życiu zmierzyła się z ciastem drożdżowym), piekliśmy, obieraliśmy warzywa, siekaliśmy, a TaTolek biegiem dokupił hummus i coś jeszcze, nie do końca zidentyfikowanego. I tak wszyscy byli zadowoleni. Zrobiła nam się zdrowa kolacja, z bardzo dobrym filmem (choć nieco za poważnym i zbyt strasznym dla DemOlki, która usiadła tyłem do telewizora i zajęła się czytaniem książeczek), z wygodnymi fotelami i w doborowym towarzystwie. Jak nasze skorupki muszą za młodu nasiąkać jedzeniem kinowym, to niech przy okazji uczą się co wybierać, żeby było smacznie i zdrowo.

PS. Na końcu okazało się, że film tak wciągnął Tolka, że kompletnie zapomniał o jedzeniu, a kiedy Mu o nim przypomnieliśmy - nie był w stanie nic przełknąć z wrażenia; czyli jednak da się oglądać bez mechanicznego odruchu sięgania po jedzenie. Kolację zjadł spokojnie chwilę po tym, kiedy zniknęły z ekranu napisy końcowe.


sobota, 25 stycznia 2014

piątek, 24 stycznia 2014

coś słodkiego


Przyszła śnieżna, piękna zima. Za oknem biało, na termometrze -2,5 st. Ideał. Tymczasem Lala i MaTolek twardo siedzą uwięzione w mieszkaniu i chorobie. W ramach urozmaicania życia postanowiłam poeksperymentować w kuchni. A ponieważ alergie całej rodziny plus nietolerancja sorbitolu Tolka mocno uszczupliła zakres możliwości, to wymyślenie czegoś ciekawego, smacznego i choć trochę zdrowego, stało się sporym wyzwaniem jak na MaTolkowe możliwości. Nie ma się bowiem co oszukiwać - zwinnej kucharki nigdy ze mnie nie będzie.
Potwierdzenie przyszło dosyć szybko, w postaci męskiej części rodziny, która wróciła na obiad - choć bardzo nadrabiali minami -wyraźnie było widać jak zielona soczewica staje im w gardłach, zapiera się tam i za jasną Anielkę nie chce się dać przełknąć. Panowie są twardzi i przyzwyczajeni do MaTolkowych poczynań kuchennych, więc wytrwali, obiad w końcu przełknęli, a MaTolek z duszą na ramieniu zaproponowała deser: plasterki banana połączone masłem migdałowym w gorzkiej czekoladzie. Robiłam to tym bardziej niepewnie, że - jak dosyć często - forma podania nie do końca odpowiadała moim założeniom: miało być równiutko i pięknie, a wyszło... jak zawsze.
TaTolek nie lubi słodyczy, a po soczewicy na tysięczny sposób wyraźnie obawiał się dalszych doświadczeń, za to Tolek i DemOlka stworzyli tandem doskonały: Tolek zajadał "koreczki" aż się uszy trzęsły, a DemOlka starannie wylizywała po Nim wykałaczki oraz czekoladę, która spłynęła na papier. MaTolka była samowystarczalna i zjadała wszystko.


I choć wiem, że "dawniej człowiek jadł, żeby żyć" a teraz "żyje, żeby jeść" i wiem też, że słodycze nie powinny być nagrodą, pocieszajką, polepszaczem humoru ani antidotum na smutki i choroby, to nie da się ukryć, że humory nam się po tym deserze poprawiły, a energii do dalszego siedzenia w domu wyraźnie przybyło. Małe, a cieszy.

czwartek, 23 stycznia 2014

Tolek i życzenia na dzień Babci

Syn nasz, Tolek, zadzwonił do Babci złożyć życzenia. Siedziałam w drugim pokoju i nagle usłyszałam:
"Mówi Twój Wnuk. Dzwonię Ci złożyć życzenia"
[cisza, w czasie której zaczęły nam serca rosnąć, jakie to nasze dziecko elokwentne jest]
Tolek: No, w sumie to nie pamiętaliśmy, ale właśnie sobie przypomnieliśmy, więc przepraszam, że tak późno dzwonię.
[cisza, w czasie której MaTolek i TaTolek krztusili się ze śmiechu wymieniając dyskretnie uwagi, że nad dyplomacją Tolka to jednak musimy jeszcze popracować]
Tolek: z życzę Ci, żebyś mogła dużo jeść* i żebyś była zawsze taką fajną Babcią, jak do tej pory. No, to pa.
Nie ma to jak męskie życzenia.

Potem słuchawkę przejęła Lala i posypał się z Niej ciąg dźwięków różnych, do niczego niepodobnych. Babci pozostawiamy interpretację tego, co Lala chciała Jej przekazać.

Fajne te nasze dzieciaki.


*ze względu na stan zdrowia Babcia je jak ptaszek, a wygląda jak trzcinka na wietrze i Tolek już prawie dogonił Ją wagowo.

środa, 22 stycznia 2014

przyszła zima


Wyczekana, wypatrywana, wytęskniona zima w końcu przyszła. Wczoraj rano temperatura spadła lekko poniżej zera, a wieczorem zaczął padać śnieg. Ledwo przykrył trawniki i dachy, ledwo widać go na drzewach, ale do dziecięcego szczęścia nawet taka ilość wystarczy. Ból w tym, że Tolek jest raczej ciepłolubny, a Lala jest chora i może podziwiać widoki wyłącznie zza szyby. Biega więc od okna do balkonu, od parapetu do parapetu i macha rączkami tłumacząc mi jak będzie lepiła kulki ze śniegu, a jak zjedzie na pupie z górki. Ponieważ czas jest dla Niej pojęciem zupełnie abstrakcyjnym, to na moje "może jutro" odpowiada dzikim entuzjazmem i od razu jest gotowa zakładać buty. Po dwóch dniach uziemienia w domu świetnie Ją rozumiem i sama też chętnie poszłabym choć na krótki spacer, ale na razie możemy o tym tylko pomarzyć. Siedzimy z nosami przyklejonymi do szyb, zachwycamy się każdym przysypanym autem, ośnieżonym drzewkiem i spadającym płatkiem, a ja znowu zadziwiam się obyczajami lipszczan.


Jest zimno, jest ślisko, a oni twardo dalej zasuwają na rowerach między autami, bez kasków, bez zwalniania, z dziećmi na dodatkowych fotelikach i siodełkach. Tylko na rondzie wystawiają szeroko rozstawione nogi na bok, żeby w razie poślizgu móc się podeprzeć. I już kilka razy widziałam jak to "zabezpieczenie" nie wystarczało i rowerzyści nagle ciężko walili się na asfalt tuż obok samochodów. Co kraj, to obyczaj. Z przyczyn oczywistych w Finlandii zimą nikt nie miał pomysłu, żeby jeździć na rowerze (już w październiku Finowie zakładają rowerom zimowe opony i jeżdżą na nich do przełomu kwietnia/maja, ale nie wtedy, kiedy leży śnieg i kiedy temperatura spada poniżej zera). To właśnie tam nauczyliśmy się jeździć w kaskach, z odblaskami, ostrożnie. W Polsce ciężko zobaczyć rower w środku zimy. Tutaj jest wolna amerykanka - rowery jeżdżą cały rok: w słońcu, w ulewie, w śnieżycy, z dziećmi z przodu, z tyłu, w przyczepkach, po chodnikach, po jezdni, po ścieżkach rowerowych. Trzeba się dobrze rozglądać, żeby nie wpakować się prosto pod rower nawet, kiedy przechodzi się na zielonym świetle.
Niestety, uziemienie w domu nie służy robieniu zdjęć rowerzystom. Ale jak tylko wyjdziemy.... mam milion planów dotyczących tego co i gdzie zrobimy jak tylko będziemy mogły opuścić nasze chwilowe więzienie. Ciekawe co tym razem mi z nich wyjdzie i czy akurat wtedy znajdę rowerzystę, który "nada się" do zobrazowania tego, o czym dziś napisałam.

wtorek, 21 stycznia 2014

Tropical Islands pod Berlinem



Sobotę spędziliśmy na wyspie tropikalnej pod Berlinem. Ponieważ przed wyjazdem przekopałam internet w poszukiwaniu informacji, opinii i wrażeń i znalazłam wiele sprzecznych wiadomości, to napiszę trochę o stronie logistyczno-organizacyjnej. 
Wybraliśmy opcję jednodniową, ale chyba jednak lepiej byłoby pojechać na dwa dni, z nocowaniem, ale o tym za chwilę.Żeby mieć pewność dostania się do środka, trzeba być na miejscu przed 11:00. Nawet wykupione bilety nie gwarantują potem wejścia. To spowodowało u nas nieco stresu (mieszkamy 2,5h drogi od wyspy). Ponoć trafiliśmy na dobry dzień, normalnie jest podobno koszmar ze znalezieniem miejsca do parkowania i bardzo długie kolejki, a po 11:00 ponoć trudno się dostać. Nie wiem, nie sprawdziłam, ale faktycznie w okolicach 10:45 stała do kas długa kolejka, wszystkie leżaki w środku były zajęte, a w wodzie już szalał tłum. W pierwszej chwili byłam nieco przerażona w co my się właściwie wkopaliśmy, ale to był tylko moment i zaraz zaczęło nam się podobać.




Wszystkie napisy, przewodniki, menu, itd. są po niemiecku, angielsku i polsku, na plaży słychać dodatkowo czeski i trochę rosyjskiego, więc z komunikacją nie ma żadnego problemu. Tak jak wspomniałam, pojechaliśmy na jeden dzień, ale nocowanie pewnie jest sporą przyjemnością: nocuje się w urokliwych domkach pośrodku "tropiku", nie trzeba się tak spieszyć, no i można zjeść spokojnie "swoje" jedzenie - powodu zakazu jedzenia na plaży własnych przekąsek, mieliśmy drobne problemy techniczne z DemOlką, która akurat na czas bycia w restauracji uznała, że nie ma ochoty nic jeść. Przy wynajętym domku ten problem odpada. 



Część restauracyjna jest ogromna i prawie każdy znajdzie coś dla siebie, ale trzeba się naszukać. Jest zalew fast foodów - wursty, frytki i sznycle atakują z każdej strony i trzeba trochę cierpliwości, żeby znaleźć coś dla alergików, wegetarian czy też bardziej wybrednych. Gdyby nie wcześniejsza porada znajomych czego szukać, nie znaleźlibyśmy normalnego jedzenia i dużo byśmy stracili. W końcu poszliśmy do tajskiej restauracji. Jedzenie było niesamowite, przepyszne i pięknie wyglądało. Najpierw wybieraliśmy marynatę z karty, potem sami nakładaliśmy dowolne mięsa/ryby/warzywa//owoce (Tolek oszalał z radości, potem załamał się, że w tym natłoku kolorów i zapachów nic nie wybierze, a na końcu napakował pełną miskę papryki i małży i mango). Gotowe "danie" oddaje się pani (kobiecie za ladą, ona dolewa wybraną marynatę i wokuje. Jest pysznie, ale trzeba mieć świadomość, że ceny jak w lepszej restauracji (smak też). W cenę dania wchodzi także ryż w nieograniczonych ilościach oraz pyszna (ale bardzo mięsna) zupa.
Tuż obok jest ogromny plac zabaw i trzeba się trochę namęczyć, żeby dzieci go nie zobaczyły przed jedzeniem, bo inaczej marna szansa, że skupią się na jedzeniu.




siła napędowa w czasie lotów balonem


Cała "wyspa tropikalna" to trochę jak lepszy basen. Latają ptaszki, rosną palmy, ale w wodzie tłum dziki, a na plaży ciężko przejść między ręcznikami. To może być męczące - dla nas nie miało znaczenia, bo i tak byliśmy cały czas w wodzie z dziećmi. Najbardziej zadziwiali mnie ludzie leżący na tym piasku, bo był zimny. Woda jest podgrzewana, powietrze też, ale po piasku najbardziej było czuć, że jednak jest środek stycznia.
Co i raz są atrakcje dodatkowe - a to aqua-aerobik, a to pokazy akrobatyczne na scenie. Można zafundować sobie dodatkowo lot balonem albo poszaleć na zjeżdżalniach. Jedyne, na co trzeba uważać to "zegarki", które dostaje się na wstępie. Jest to tamtejszy sposób płatności i warto dzieci uczulić, żeby nie przykładały tego nigdzie bez pytania o zgodę, bo można się solidnie zdziwić na końcu przy kasie.


Był to jeden z najmilszych dni od wielu tygodni. Jak już dojechaliśmy, weszliśmy i pozbyliśmy się wszystkich toreb - zaczęły się wakacje. Dzieciaki szalały w wodzie, ja załapałam się na aerobiki, popływaliśmy, poszliśmy na spacer oglądając dziwne ptaki, które biegały koło nas, rozgrzaliśmy się na słońcu (a propos: była ładna pogoda, piękne słońce wpadało od góry, wszystko było oświetlone na żółty, ciepły kolor i powietrze naprawdę szybko się rozgrzewało. Nie jestem pewna jakby było ze śniegiem na dachu czy w pochmurny dzień, ale chyba smutno. Nie wiem też czy w lecie nie robi się w środku koszmarnie duszno), zjedliśmy pyszny obiad, można się nawet poopalać. Słowem - jeden dzień wakacji w środku zimy to dobry pomysł. Tyle, że trzeba się liczyć z odchorowaniem go później jak wychodzi się z rozgrzanego, wilgotnego powietrza prosto na styczniowy wiatr.


poniedziałek, 20 stycznia 2014

plany

Z moimi planami jest tak, że na ogól wychodzi zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam.
Plan na dziś był taki: wstaję, ćwiczymy z Lalą potem odpoczywamy, idziemy na długi spacer i po Tolka do szkoły.
Plan długofalowo-przeprowadzkowy był taki, że ktoś wynajmie mieszkanie, w którym mieszkamy i odkupi od nas kuchnię.
A wyszło jak zawsze.
Lala od kilku dni coraz bardziej się zaziębia. Dziś w nocy zaziębienie przeszło w koszmarny kaszel i o spaniu nie było mowy. Tym samym odpadł plan długiego spaceru. Rano było tak źle, że w biegu ubieraliśmy się i gnaliśmy do pediatry. Dostaliśmy dużo różnych lekarstw i zaleceń i na razie jesteśmy uziemione.
Plan długofalowy poszedł jeszcze gorzej, bo mieszkanie - i owszem - został wynajęte, ale bez kuchni. Tak więc mamy naszą piękną, robioną na miarę zabudowę kuchenną zdemontować i zabrać sobie w trzy diabły. Na salą myśl o rozłączaniu tego i znoszeniu na parter, robi mi się słabo...

Na pocieszenie zostaje mi kwitek z apteki, który zawsze podnosi mnie na duchu. Pisałam już kilkakrotnie, że tutaj leki dla dzieci są refundowane w 100%. Czytam sobie co "kupiłam", sprawdzam ile powinnam zapłacić (72,78 E), ile zapłaciłam (0 E). I lżej mi się na duszy robi. Małe, a cieszy.


Teraz mam plan, żeby wyleczyć Lalę i sprzedać kuchnię. Zobaczymy co z tego wyniknie.

piątek, 17 stycznia 2014

skype

Lala przeżyła na emigracji dokładnie połowę swojego życia; Tolek - 1/3. Lala na razie niechętnie mówi w jakimkolwiek języku. Poza zdecydowanym "nie" posługuje się onomatopejami i bardzo rozbudowaną pantomimą. Taki sposób komunikacji zupełnie wystarcza Jej niezależnie od narodowości "rozmówcy". Ku mojemu zdziwieniu na polecenia, bądź pytania wydane przez kogoś w Tolkowej szkole po angielsku, Lala reaguje sensownie. Na polski na ogół reaguje asertywnością, ale powodem jest Jej charakterek, a nie brak zrozumienia.
Tolek mówi (oczywiście) po polsku i ma teraz ogromny skok rozwojowy jeśli chodzi o angielski. Gramatyka kuleje, ale zasób słów rośnie Mu w takim tempie, że niedługo będę się musiała zacząć douczać, żeby zrozumieć wszystkie żarty i wiersze, które wymyśla moje dziecko. Tolek zapiera się, że po niemiecku nic nie rozumie. Tylko co i raz wybucha nagle śmiechem na ulicy ("bo Ci co nas mijali, mamo, opowiadali śmieszne rzeczy"), dziwi się na placu zabaw ("wiesz, mamo, ta mała dziewczynka, co bawi się ze swoim tatą, strasznie przekręca słowa. Aż trudno ją zrozumieć"), albo przejmuje stery w swoje ręce kiedy wchodzimy do sklepu ("wiesz, lepiej ja powiem, to szybciej stąd wyjdziemy").

Wigilia 2013, wspólnie śpiewamy "sto lat" Babci Ewci

Okazuje się, że mimo tego, że w domu rozmawiamy tylko w języku polskim, trzeba się solidnie napracować, żeby dzieci nie zaczęły się uwsteczniać. Rozmawiam ze znajomymi mamami i wszystkie tak samo walczymy, żeby dzieci czytały po polsku, oglądały polskie bajki, żeby nie mieszały języków w trakcie rozmowy - szczególnie o szkole łatwiej opowiadać w języku, w którym "rzecz się działa". Mocno się też zdziwiłam, kiedy moja małomówna Córeczka wykrzyknęła "the moon"!!! wskazując gwałtownie rączką za okno...
Kontakt w rodziną i przyjaciółmi jest po prostu nie do zastąpienia. Żeby nie wiem ile bajek, słuchowisk i książek słuchać, czytać i oglądać, to (jednak) z rodziną najlepiej i to nie tylko na zdjęciu. I tu wkracza skype. Niby nic, niby komputer, niby gadżet; tymczasem wszystkie urodziny, imieniny, Święta i Ważne Sprawy omawiane są właśnie za pośrednictwem skypa z kamerką. Dzieciaki widzą Dziadków, Dziadkowie zachwycają się Tolkami. Lala przesyła buziaki i macha rączką, Tolek onieśmielony gada głównie głupoty, ale wzruszenie wszystkich jest zupełnie prawdziwe. Dodatkowo Tolek przy pomocy skypa BAWI SIĘ ze swoim najlepszym przyjacielem z Polski. Chłopaki siadają - każdy w swoim domu, przed komputerem, zamykają drzwi, żeby nikt nie podglądał i nie podsłuchiwał i zaczyna się... grają w karty, bawią się lego (każdy ze swoimi budowlami, swoimi ludzikami, po swojej stronie monitora), opowiadają sobie tajemnice, skarżą się na młodsze siostry, a ostatnio - wspólnie rozpaczają nad transferem Lewandowskiego... Dzięki temu kiedy przyjeżdżamy do Polski obaj czują, jakby niedawno się widzieli. Są na bieżąco ze swoimi problemami i po prostu kontynuują zabawy rozpoczęte przez skypa.
Nie lubię techniki, zwalczam komputery w domu, odpędzam od gadżetów. Ale są takie momenty, kiedy spuszczam głowę pokonana i cieszę się, że odległość jest coraz mniejszą przeszkodą w utrzymywaniu bliskich kontaktów.



czwartek, 16 stycznia 2014

superTata


Pisałam już o Babciach, Dziadkach, Ciociach i Wujkach. Nie ma wyjścia, dziś przyszła pora na TaTolka: otóż mam superMęża, który na dodatek jest superTatą. Dlaczego?
Pracuje i nieźle Mu to idzie. Sama praca jest dla dzieci nieco abstrakcyjna i przez to nie do końca zrozumiała, ale czasem zdarzają się namacalne dowody wyjątkowości TaTolka - ostatnio holował na linie samolot. Kiedy dzieci dowiedziały się o tym, w domu wybuchł szał radości. No bo kto jeszcze ma Tatę, co ma siłę poruszyć samolot siłą mięśni?!


TaTolek jest superTatą - takim, co to szaleje "w zapasach" na podłodze, biega za piłką po trawie, uczy jak wspiąć się tam, gdzie wzrok nie sięga, robi najgorsze głupoty z dziećmi i wydaje się, że ma z tego tyle samo przyjemności, co Tolek i Olka. Ale jak spoważnieje i powie "stop", to żadne z dziećmi nie ma wątpliwości, że to faktycznie oznacza przerwę.


Rano żeńska część rodziny śpi. TaTolek wstaje pierwszy, robi śniadanie, ogarnia zaspanego Tolka. Mają wtedy czas na męskie rozmowy. Razem po cichu wychodzą, każdy do swoich obowiązków.
To nie znaczy, że Lala ma za mało Taty. Popołudniami, kiedy Tolek ślęczy nad lekcjami, jest czas córeczki, a TaTolek wymyśla tak pasjonujące zabawy jak np. smarowania kanapek masłem.


TaTolek pomaga przy pracy domowej, czyta dzieciom książki na dobranoc, przytula (nie tylko na noc), a czasem zamienia się w samochód, który ląduje na podłodze i dziko warczy za każdym razem, kiedy DemOlka go "odpala".


Nieustannie uprawia różne sporty, czym niesłychanie imponuje Tolkowi.
Robi świetne naleśniki, kręci ulubiony kogel-mogel dzieci, jak trzeba to prasuje, a jak bardzo trzeba, to nawet czasem coś sprzątnie (acz bardzo niechętnie).
TaTolek wierci dziury ścianach, przybija, piłuje, składa meble, koszmarnie ciężkie kartony z książkami zniósł do auta bez zbędnego gadania.
Dzieciaki rosną w przeświadczeniu, że Tata jest jeden, najlepszy, najwspanialszy i że o dojrzałości mężczyzny świadczą mięśnie i łysa głowa (definicja Tolka); są absolutnie pewni, że TaTolek może wszystko, rozwiąże każdy problem i zaradzi każdemu kłopotowi.


Dwa dni temu TaTolek wrócił z pracy. Pobawił się z dziećmi, wykąpał je, przebrał, nakarmił, poczytał im na dobranoc. Wyszedł z pokoju Tolków i padł na kapę, zasypiając w locie. Godzinę potem MaTolek podjęła pierwsze nieśmiałe próby obudzenia Go i namówienia, żeby jednak poszedł do łóżka, ale nie zakończyły się powodzeniem. Dwie godziny potem próby były już całkiem śmiałe, ale też nie przyniosły żadnego skutku. Trzy godziny potem TaTolek został przykryty kołdrą, a lampa, która świeciła Mu prosto w oczy, zgasła.
Nawet idealny mięśniak z łysą głową czasem potrzebuje resetu.

środa, 15 stycznia 2014

zabudowa kuchni w Lipsku


Na początku naszych zmagań lipskich pisałam (jeszcze sama w to nie wierząc), że tutaj mieszkania do wynajęcia w ogromnej większości nie mają zabudowy kuchni. Tj. wynajmuje się gołe ściany z przyłączami. Nie ma żadnego oświetlenia, zlewu, lodówki - nic. "Puste mieszkanie" to na prawdę pomieszczenie, w którym nie ma ani jednego zbędnego przedmiotu. Wszystko trzeba zorganizować samemu.
Już raz przeprowadzaliśmy się z lodówką i piekarnikiem "pod pachą" i wcale nie było to łatwe. Trzeba było rozmontować szafki kuchenne, oderwać (i wyrzucić) przycięty na wymiar blat, walczyć z siłą i hydrauliką.


Ponieważ bardzo staraliśmy się uwierzyć, że Lipsk to nasze nowe miejsce na Ziemi i że zapuścimy tu korzenie na ładnych parę lat, zaszaleliśmy i 11 miesięcy temu kupiliśmy dużą, piękną, wygodną kuchnię. Mamy zmywarkę, piekarnik, płytę grzewczą, lodówkę, okap plus szafki stojące i wiszące. I piszę to nie po to, żeby pochwalić się naszymi dobrami materialnymi, ale żeby opowiedzieć jaki mamy teraz ogromny kłopot co z tym teraz zrobić?! Kuchnia była starannie planowana, robiona na wymiar i z uwzględnieniem tutejszych przyłączy (pomijając już fakt, że została wtargana w postaci małych paczek na szóstą kondygnację i nie bardzo sobie wyobrażam znoszenie jej w momencie, kiedy przyjęła formę nieporęcznych szafek). Poza tym w Polsce czeka nasze mieszkanie i tak się składa, że jedna kuchnia zupełnie zaspakaja potrzeby naszej czteroosobowej rodziny.

W związku z tym dziś zaczyna się "przemarsz wojsk" środkiem naszego mieszkania - będziemy usiłować znaleźć nowego najemcę mieszkania, który chciałby odkupić istniejącą zabudowę. Problem w tym, że większość lipszczan podróżuje z własnymi kuchniami, oraz że właścicielowi budynku zależy, żeby to mieszkanie szybko wynająć, a nie "wynająć komuś, kto chciałby kupić kuchnię Matolków".
Bardzo staram się wierzyć, że już jutro będę mogła radośnie napisać "kuchnia ma nowego właściciela".

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...