wtorek, 21 stycznia 2014

Tropical Islands pod Berlinem



Sobotę spędziliśmy na wyspie tropikalnej pod Berlinem. Ponieważ przed wyjazdem przekopałam internet w poszukiwaniu informacji, opinii i wrażeń i znalazłam wiele sprzecznych wiadomości, to napiszę trochę o stronie logistyczno-organizacyjnej. 
Wybraliśmy opcję jednodniową, ale chyba jednak lepiej byłoby pojechać na dwa dni, z nocowaniem, ale o tym za chwilę.Żeby mieć pewność dostania się do środka, trzeba być na miejscu przed 11:00. Nawet wykupione bilety nie gwarantują potem wejścia. To spowodowało u nas nieco stresu (mieszkamy 2,5h drogi od wyspy). Ponoć trafiliśmy na dobry dzień, normalnie jest podobno koszmar ze znalezieniem miejsca do parkowania i bardzo długie kolejki, a po 11:00 ponoć trudno się dostać. Nie wiem, nie sprawdziłam, ale faktycznie w okolicach 10:45 stała do kas długa kolejka, wszystkie leżaki w środku były zajęte, a w wodzie już szalał tłum. W pierwszej chwili byłam nieco przerażona w co my się właściwie wkopaliśmy, ale to był tylko moment i zaraz zaczęło nam się podobać.




Wszystkie napisy, przewodniki, menu, itd. są po niemiecku, angielsku i polsku, na plaży słychać dodatkowo czeski i trochę rosyjskiego, więc z komunikacją nie ma żadnego problemu. Tak jak wspomniałam, pojechaliśmy na jeden dzień, ale nocowanie pewnie jest sporą przyjemnością: nocuje się w urokliwych domkach pośrodku "tropiku", nie trzeba się tak spieszyć, no i można zjeść spokojnie "swoje" jedzenie - powodu zakazu jedzenia na plaży własnych przekąsek, mieliśmy drobne problemy techniczne z DemOlką, która akurat na czas bycia w restauracji uznała, że nie ma ochoty nic jeść. Przy wynajętym domku ten problem odpada. 



Część restauracyjna jest ogromna i prawie każdy znajdzie coś dla siebie, ale trzeba się naszukać. Jest zalew fast foodów - wursty, frytki i sznycle atakują z każdej strony i trzeba trochę cierpliwości, żeby znaleźć coś dla alergików, wegetarian czy też bardziej wybrednych. Gdyby nie wcześniejsza porada znajomych czego szukać, nie znaleźlibyśmy normalnego jedzenia i dużo byśmy stracili. W końcu poszliśmy do tajskiej restauracji. Jedzenie było niesamowite, przepyszne i pięknie wyglądało. Najpierw wybieraliśmy marynatę z karty, potem sami nakładaliśmy dowolne mięsa/ryby/warzywa//owoce (Tolek oszalał z radości, potem załamał się, że w tym natłoku kolorów i zapachów nic nie wybierze, a na końcu napakował pełną miskę papryki i małży i mango). Gotowe "danie" oddaje się pani (kobiecie za ladą, ona dolewa wybraną marynatę i wokuje. Jest pysznie, ale trzeba mieć świadomość, że ceny jak w lepszej restauracji (smak też). W cenę dania wchodzi także ryż w nieograniczonych ilościach oraz pyszna (ale bardzo mięsna) zupa.
Tuż obok jest ogromny plac zabaw i trzeba się trochę namęczyć, żeby dzieci go nie zobaczyły przed jedzeniem, bo inaczej marna szansa, że skupią się na jedzeniu.




siła napędowa w czasie lotów balonem


Cała "wyspa tropikalna" to trochę jak lepszy basen. Latają ptaszki, rosną palmy, ale w wodzie tłum dziki, a na plaży ciężko przejść między ręcznikami. To może być męczące - dla nas nie miało znaczenia, bo i tak byliśmy cały czas w wodzie z dziećmi. Najbardziej zadziwiali mnie ludzie leżący na tym piasku, bo był zimny. Woda jest podgrzewana, powietrze też, ale po piasku najbardziej było czuć, że jednak jest środek stycznia.
Co i raz są atrakcje dodatkowe - a to aqua-aerobik, a to pokazy akrobatyczne na scenie. Można zafundować sobie dodatkowo lot balonem albo poszaleć na zjeżdżalniach. Jedyne, na co trzeba uważać to "zegarki", które dostaje się na wstępie. Jest to tamtejszy sposób płatności i warto dzieci uczulić, żeby nie przykładały tego nigdzie bez pytania o zgodę, bo można się solidnie zdziwić na końcu przy kasie.


Był to jeden z najmilszych dni od wielu tygodni. Jak już dojechaliśmy, weszliśmy i pozbyliśmy się wszystkich toreb - zaczęły się wakacje. Dzieciaki szalały w wodzie, ja załapałam się na aerobiki, popływaliśmy, poszliśmy na spacer oglądając dziwne ptaki, które biegały koło nas, rozgrzaliśmy się na słońcu (a propos: była ładna pogoda, piękne słońce wpadało od góry, wszystko było oświetlone na żółty, ciepły kolor i powietrze naprawdę szybko się rozgrzewało. Nie jestem pewna jakby było ze śniegiem na dachu czy w pochmurny dzień, ale chyba smutno. Nie wiem też czy w lecie nie robi się w środku koszmarnie duszno), zjedliśmy pyszny obiad, można się nawet poopalać. Słowem - jeden dzień wakacji w środku zimy to dobry pomysł. Tyle, że trzeba się liczyć z odchorowaniem go później jak wychodzi się z rozgrzanego, wilgotnego powietrza prosto na styczniowy wiatr.


2 komentarze:

  1. No czadowa taka wyspa tropikalna w europie!! Nie słyszałam o takiej, bardzo mi się podoba, super!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ile mniej wiecej kosztowalo jedzenie??

    OdpowiedzUsuń

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...