czwartek, 27 lutego 2014

dziwne MaTolków rozmowy

Tolek:
T: Mamooo! Dasz mi pościeradło?
M: co mam Ci dać?!
T: pościeradło!
M: a co to?
T: no jak to? do pościelenia łóżka - pościeradło
M: Synku, to jest prześcieradło, a nie pościeradło
T: to dlaczego mam je pościelić prześcieradłem?!
M: to dziś proszę, żebyś łóżko prześcielił prześcieradłem, ok?
T: aaa, no jak tak, to ok.

DemOlka:
D: La cie siamisiami
u MaTolka w głowie: "Ola chce rysować". Podaję kredki, kartkę. Trafiłam. Dziecko siada zadowolone i rysuje tęcze (w liczbie mnogiej).

Z trudem zdobyte wykształcenie filologiczne bardzo się przydaje przy dzieciach.

środa, 26 lutego 2014

kiss & go


Punktualnie o 8:00 szkoła Tolka otwiera podwoje dla uczniów. Do budynku można wejść tylko na chwilę, żeby zostawić plecak, potem trzeba wyjść na plac zabaw. Można się wspinać, szaleć, grać w piłkę, biegać, albo robić cokolwiek innego, czego tylko tylko świeżo obudzona dusza zapragnie.
Punktualnie o 8:25 słychać gwizdek, dzieci ustawiają się klasami w rzędach. Przychodzą wychowawcy i każdy zabiera swój "rządek" na lekcje.
W czasie tych 25 minut do szkoły trafiają wszyscy uczniowie primary school, tj. ok 400-450 dzieci. Przynajmniej 75% dzieci przywożonych jest samochodami.
Przynajmniej 75% dzieci potrzebuje pomocy przy wysiadaniu z auta, tj. rodzic musi na chwilkę zatrzymać się, wysiąść, pomóc wyjąć placak/worek/pomoce naukowe, dać buziaka na pożegnanie, wsiąść i odjechać.
A ponieważ szkoła stoi przy ruchliwej ulicy, to łatwo sobie wyobrazić korki, jakie tworzą się w okolicy tuż po 8:00 rano. Zastrzeżenia zgłaszali mieszkańcy oraz sami rodzice, którzy pieszo odprowadzają swoje dzieci - rano naprawdę panowała tu "wolna amerykanka" i ciężko było bezpiecznie dojść na szkolny dziedziniec. W końcu policja zainteresowała się tabunem aut parkujących dwa razy dziennie we wszystkich możliwych i niemożliwych miejscach i zaczęła wlepiać mandaty. Kierowcy bardziej uważali, ale problem pozostał, bo przecież dzieci do szkoły dowieźć trzeba.


I tak szkoła wpadła na pomysł otwarcia bramy i stworzenia ronda na części szkolnego placu zabaw. Wszystko zostało jasno narysowane, oznakowane, a duże tablice pokazują, w którym miejscu co należy robić. Auta wjeżdżają na rondo, zatrzymują się na moment, dzieciaki wyskakują bezpośrednio na plac zabaw i biegną do zabawy, a rodzice odjeżdżają bez stresu, że w ostatniej chwili latorośl wejdzie komuś pod koła.


Zmotoryzowany TaTolek narzeka nieco na ten system i na nauczycieli nieudolnie kierujących rano ruchem, ale pieszy MaTolek podziwia zarówno sam pomysł, jak i wykonanie. Za każdym razem, kiedy widzę napis "kiss & go" mimowolnie uśmiecham się. Najprzeróżniejsze auta podjeżdżają, najprzeróżniejsze dzieci (i rodzice) wyskakują, dają sobie buziaki i przytulaki na pożegnanie. Dzieciaki uśmiechnięte lecą do kolegów, rodzice odjeżdżają.
Ciekawe jak długo Tolek będzie się jeszcze zgadzał na całusy i przytulenie na oczach kolegów.

wtorek, 25 lutego 2014

sprzedawanie i oddawanie

wieczorem:
- Wyrwij lodówkę spomiędzy szafek i wystaw na sprzedaż, ok?
- ok.

rano:
- Wystawiłeś lodówkę na e-bayu?
- Nie. Nie mogę Was zostawić na półtora miesiąca bez lodówki!!
- Dlaczego? Jest zimno, wystawimy sobie jedzenie na balkon.
- A jak się zrobi ciepło?
- To wtedy klops.

w środku dnia:
- będę jechał na zakupy, przywieźć coś?
- tak: zgrzewkę mleka bez laktozy, zgrzewkę mleka ryżowego, zgrzewkę mleka sojowego, kilka kilogramów mrożonych owoców, kartofle, marchew, kilka litrów płynu do prania, ze 3 kg płatków owsianych... (itd., itp.)
[TaTolek milczy nieco osłupiały]
- no co się dziwisz? Robię zapasy, żeby potem wszystkiego nie nosić na górę z dziećmi.

Takie rozmowy toczymy teraz od rana do wieczora. TaTolkowi czas kurczy się w tempie zastraszającym. Zostały cztery dni. MaTolkowi czas rozciąga się z dnia na dzień bardziej i półtora miesiąca brzmi prawie jak wieczność. MaTolek sprzedałaby już najchętniej wszystko, żeby czuć, że coś się dzieje, że to się niedługo skończy, a potem najwyżej koczowałaby pomiędzy kartonami i resztkami mebli. TaTolek coraz mocniej oponuje, bo nie wyobraża sobie zostawienia rodziny bez szaf, kanapy, lodówki czy kuchenki. MaTolek po cichu przyznaje Mu rację, ale przecież jakoś tego wszystkiego musimy się pozbyć, a łatwiej teraz, kiedy TaTolek może pomóc to ewentualnym kupcom wynieść z mieszkania i znieść na parter. Bez Niego nie będę miała jak pomóc choćby dlatego, że nie zostawię samych dzieci w domu.

Po tygodniowej dawce polskiej telewizji mam w głowie Majdan i przedziwny dom Janukowycza. Myślę o ludzkiej potrzebie posiadania i kolekcjonowania. I śmiech pusty mnie ogarnia ma myśl o naszych dumaniach czy da się przeżyć sześć tygodni bez lodówki czy sofy, kiedy odłączyć telewizję, a do kiedy niezbędna będzie pralka. Rozglądam się po dziesiątkach rzeczy, które walają nam się po podłodze (pozbawione swojego miejsca w szafach) i dziwię się ile znowu nagromadziliśmy. Połowę z tych rzeczy mogłabym od razu wywalić i przez najbliższe pięć lat pies z kulawą nogą nie zauważyłby braku. DemOlka ma tyle ciuchów, że kilkoro dzieci mogłoby chodzić w nich okrągły rok, MaTolek upchała tyle ubrań "na po schudnięciu", że kilka kobiet różnych rozmiarów mogłoby z powodzeniem zapełnić swoje szafy, a Tolek ma pełne skrzynki zabawek, z których już dawno nie korzysta.
Chyłkiem pakuję to wszystko do worków i wynoszę do pojemników "PCK". Niech się komuś przyda. Dzieci odkrywają niecną działalność matczyną i - ku mojemu zaskoczeniu - dołączają się niej. Oddają pluszaki, klocki i ubrania, żeby ktoś się ucieszył. Mądre te nasze dzieci.

poniedziałek, 24 lutego 2014

zmiany, zmiany...

Wczoraj wróciliśmy do Lipska po tygodniowych feriach. Jak weszliśmy do domu i zobaczyliśmy co tu się dzieje, to czym prędzej zawróciliśmy i poszliśmy na spacer i do knajpy na obiad odetchnąć spokojnie po raz ostatni. 
W domu armagedon - (TaTolek sprzedał większość mebli i wszystko to, co wyjął z szaf, porozkładał na podłodze). Choć bardzo się starał, to po prostu nie ma ludzkiej szansy za zachowanie porządku przy takiej ilości rzeczy. Teraz MaTolek lata z szaleństwem w domu i szuka swoich spodni, ubrań dzieci, kurtek, butów, ręczników i wszystkiego tego, co potrzebne jest każdego dnia, a teraz leży gdzieś starannie ukryte. Do tego krajobrazu należy dodać:
a) skrajnie zmęczonego Tolka, który dziś ledwo powlókł się do szkoły, 
b) szalejącą w domu adrenalinę (TaTolek wyjeżdża w weekend, a mamy milion rzeczy do zrobienia i przewiezienia póki mamy auto) 
c) płaczące dzieci (z tęsknoty za Babcią i przyjaciółmi, to był najtrudniejszy wyjazd z PL w historii)
d) lekko połamaną MaTolkę, której stare kości średnio znosiły spanie na 40-letnim materacu BabcioTolki
Jest... interesująco.

Dziś gipsowanie ścian, jutro malowanie (jak wszystko wyschnie jak należy). Wieczorem będziemy demolować kuchnię, jutro ktoś prawdopodobnie kupuje sofę, więc od tej pory będziemy koczować na podłodze.

Poza tym MaTolek wszystko mozolnie dopiera i doszorowuje po feriach u Babci, bo drugiego dnia naszego pobytu zepsuła Jej się pralka, a trzeciego pękła rura od prysznica, więc mycie było mocno utrudnione (woda sikała prosto w oczy). 
Powiesiliśmy na ścianie wielki kalendarz i skreślamy na czerwono każdy dzień, który przeżyliśmy. Zostało 6 tygodni. I dopiero wtedy się naprawdę zacznie.... :)

czwartek, 13 lutego 2014

wyjeżdżamy...

Znowu pakujemy, nosimy, denerwujemy się.
I w związku z tym ogłaszam ciszę w eterze na najbliższe 10 dni.
Adios amigos!

La jedzie do Babci

"La jedzie do Babci" oświadczyła zdecydowanym głosem moja córka. Wepchnęła do plecaka najpotrzebniejsze zabawki, założyła plecak na plecy i stanęła gotowa do podróży. Zrobiła tak w niedzielę. Od tego dnia codziennie tłumaczę Jej, że do Babci jedziemy w piątek. I codziennie DemOlka sprawdza czy już jest piątek, tj. pakuje się, zakłada plecak i czeka. Nie jest zainteresowana zabawą, czytaniem bajkami, spacerami, ani nawet dziećmi. Czeka na Babcię.
Dziś do Jej przygotowań włączyłam się i ja. Wyciągam torby, plecaki, walizki, pudła i znowu pakuję nasz dobytek. Po kawałeczku upycham, wciskam, domykam. "Zabawa" polega na tym, że prawdopodobnie podczas naszej nieobecności zostanie wyniesiona większość mebli. Kiedy wrócimy nie będzie już szaf, regałów, szafek. Pakuję więc to, co zabieramy i to, co straci za moment swoje miejsce. Przy okazji staram się posortować co jest potrzebne i to, co można oddać lub wyrzucić, a moja natura chomika cierpi katusze. Na ścianie powiesiliśmy ogromny kalendarz i czerwonymi krzyżykami zaznaczamy kolejne upływające dni. Już za chwileczkę, już za momencik...

środa, 12 lutego 2014

niespodziewane odkrycie wiosny


Wczoraj nagle okazało się, że ciągłe pakowania, wyjazdy i stopniowa parcelacja naszego obecnego miejsca zamieszkania, powoduje ogromne emocje nawet u najmłodszego członka rodziny. I tak, zmęczona DemOlka zasnęła wpół zdania w trakcie spaceru. To się nie zdarza. Ona przestała sypiać w dzień już kilkanaście miesięcy temu. Jak zasypia w ciągu dnia, to albo jest bardzo chora, albo skrajnie zmęczona. Dzięki temu niespotykanemu zdarzeniu, zupełnie niespodziewanie podarowała mi półtorej godziny wyłącznie z Tolkiem, którego akurat odbierałyśmy ze szkoły. Zamiast wracać do domu między młotem (zmęczoną DamOlką), a kowadłem (jeszcze bardziej zmęczonym po szkole Tolkiem), wolniutko poszłam w kierunku parku, tocząc z Synem ożywione rozmowy i zachwycając się każdym napotkanych krzaczkiem, uschłym badylem i obłoczkiem na niebie (tak, Tolek to potrafi!!).


I jeszcze bardziej niespodziewanie odkryliśmy wiosnę! Okazuje się, że cały park aż kipi potrzebą zakwitnięcia, wykiełkowania i rozwinięcia się. Pierwszy zielony paproch wychylający się spod zeschłych liści przywitaliśmy okrzykami niedowierzania i radości, drugiego szukaliśmy przez dobrą chwilę, a potem wpadliśmy między całe łąki małych listków. Pojawił się już nawet smrodek dymki, (o którym pisałam już rok temu), który otacza Lipsk wiosną. Powodują go zielone roślinki, które z daleka wyglądają jak konwalie, ale nie kwitną. Nie wiemy co to jest. Ci odważniejsi jedzą to na kanapkach (Tolek dostał do spróbowania w szkole).


Tolek "zdobywał" każdy okoliczny konar, zbierał korę, rzucał patykami w gałęzie i szalał z radości, że może słuchać i być słuchanym bez ciągłych wtrętów młodszej siostry. Ja napawałam się (względną) ciszą i radością przebywania z Synem. Niesamowicie jest mieć dwoje dzieci. Wspaniale jest też móc czasem pobyć tylko z jednym z nich.




wtorek, 11 lutego 2014

jak dorosnę, to zostanę....

- Tolek, pochylony nad książką, zamyśla się i nagle krzyczy: Mamooo! Jak jest po polsku.. hm... to.... (gest naciągania cięciwy), no wiesz, bow?
MaTolek: łuk
Tolek: aaa, łuk, no tak, przecież wiem.

- Siedzimy przy stole, jemy obiad. Nagle Tolek mówi: zdecydowałem, jak zostanę dorosły, to chcę być scientist. Ooo, to chyba jest inaczej po polsku... jak to jest po polsku?!
TaTolek: naukowiec
Tolek: naukowiec? dziwnie....

- DemOlka lata jak oszalała po placu zabaw, a ja bujam się w hamaku z Tolkiem i słucham opowieści o szkole, o kolegach, lekcjach. Zadaję dużo pytań, skaczemy po tematach. Muszę się naprawdę skupić, żeby w hałasie bawiących się dzieci nie pogubić się wśród wszystkich wymienianych przez Tolka imion, żeby być w stanie odpowiadać na milion dodatkowych pytań związanych z tym, o czym uczą się w szkole (pytania są po polsku, z angielskimi wtrętami, a odpowiedź musi być raz po polsku, raz po angielsku, żeby wszystkie ewaporacje, transpiracje i parowania dobrze poukładały się Małemu w głowie. Nagle, zupełnie nie a propos tego, co mówimy, Tolek wybucha śmiechem.
MaTolek: co się stało?
Tolek: a nic, nic, ten pan po przeciwnej stronie placu zabaw opowiada swojej córce dowcipy i jeden był naprawdę śmieszny
MaTolek: przecież ledwo ich w ogóle słychać!!
Tolek: no tak, ale daję radę
MaTolek: Ale oni mówią po niemiecku!!
Tolek: no tak, ale rozumiem

Idziemy do sklepu. Kasjerka zaczyna nagle wyrzucać z siebie potok pytań pomocniczych i nie mam bladego pojęcia o co Jej chodzi. Gestykulując i rzucając pojedyncze niemieckie zwroty staram się połapać o co mnie pyta.
Tolek: poczekaj, Mamo, ja to załatwię. Następuje szybka wymiana zdań i Tolek już wie i spokojnie mi tłumaczy.

Dumna jestem z mojego Synka. I coraz bardziej się boję Jego zderzenia z polskim sposobem uczenia języków.


poniedziałek, 10 lutego 2014

czeska Praga


Lipsk ma tę niewątpliwą zaletę, że jest położony blisko miejsc wartych zobaczenia. Jednym z tych miejsc, do których już dawno mieliśmy pojechać, jest czeska Praga. W piątek się w końcu udało i pierwszy raz w życiu poszłam na spacer nad Wełtawą. O tym, że to miasto zapiera dech w piersiach, że warto się tam natychmiast przeprowadzić i że można spędzić każdą ilość czasu na zwiedzaniu, wiedziałam od dawna.  Teraz przyszło mi to zobaczyć na własne oczy.


Ameryki nie odkryłam - faktycznie jest klimatycznie, pięknie i wciągająco. Nasze wspaniałe dzieci wytrzymały wieczorny spacer jednego dnia i całodniowe zwiedzanie w sobotę; wydaje się, że dobrze się przy tym bawili. Tolek jest coraz bardziej świadomym turystą: czyta przewodniki, tablice pamiątkowe, chętnie wchodzi do kościołów i uwielbia muzea. DemOlka dopiero się tego uczy, ale ponieważ pilnie przygląda się starszemu bratu i powtarza wszystkie Jego zachowania, to wydaje się, że i Ona będzie to lubiła. Już teraz sama pakuje swoje rzeczy do małego plecaczka, wie co zabrać, a co nie będzie potrzebne (do zabawy). Tolek nauczył się zmniejszać liczbę bagażu do niezbędnego minimum tak, żeby niczego Mu potem nie brakowało. Są fajni.


Najgorzej spisał się nasz aparat fotograficzny, który po dwóch latach towarzyszenia mi zawsze i wszędzie, robienia kilkudziesięciu zdjęć dziennie i wypadania  z różnych kieszeni w najmniej odpowiednich momentach, po prostu dożywa swoich dni. Miło z jego strony, że w ogóle jeszcze działa. Nawet zamglone, poruszone i nieostre fotografie będą nam przypominać o naszych przygodach i wycieczkach, a to co przez braki techniczne pozostaje niedopowiedziane na zdjęciach, zapełnią nasze wspomnienia i wyobraźnia.
Nie będę pisać gdzie dokładnie poszliśmy i co widzieliśmy. Po pierwsze był to najbardziej standardowy szlak turystyczny, po drugie W Pradze faktycznie można się zachwycać każdym budynkiem, po trzecie internet pełen jest cudownych zdjęć z idealnymi opisami. Nauczeni berlińskim doświadczeniem sprzed tygodnia, staraliśmy się nic nie planować i po prostu słuchać naszych dzieci - nie tego, co mówiły, tylko tego, co pokazywały ich ciała i oczy. Kiedy byli zmęczeni - siadaliśmy, kiedy pojawiał się głód - jedliśmy, a kiedy zaczynali się nudzić, szukaliśmy dziecięcych atrakcji. Na pewno bardzo pomogła nam w tym sala luster na wzgórzu Petrin, muzeum zbroi na Złotej uliczce, zmiana warty oraz (o dziwo) wnętrze Katedry św. Wita z niasamowitą grą światła wpadająego przez kolorowe witraże.


Największe wrażenie zrobiła na nas jednak nie architektura, widoki czy język, ale ludzie. Z ogromnym zaskoczeniem odkryliśmy, jak cieszyliśmy się, że ktoś przepuszcza nas na pasach, przytrzymuje drzwi czy też chowa za siebie papierosa, kiedy zbliżaliśmy się z dziećmi; że ludzie wpadający na siebie (o co nietrudno w takim tłumie), uśmiechają się i przepraszają, że ludzie zauważają się wzajemnie na ulicy, zagadują i żartują. To takie drobnostki, których dawniej nie zauważaliśmy, które były normalne. Nie zwróciliśmy uwagi na ich brak w Lipsku, dopiero radość z "odzyskania" tych drobnych gestów pokazała nam, za czym tak bardzo tęsknimy tu gdzie teraz mieszkamy i jak głęboko mentalność lipska pozostała osadzona w poprzednim ustroju.


Już niedługo będziemy w Polsce.

piątek, 7 lutego 2014

wschód słońca


Rzadko mam okazję oglądać wschód słońca w Lipsku, bo zwykle o tej porze z Demolką smacznie śpimy. Dziś nie jest standardowy dzień i śpi TaTolek, a ja działam. Godzina 7:30: Tolek "ogarnięty" do szkoły, kuchnia posprzątana, zupa się dogotowuje, pranie wstawione, kanapki na drogę zrobione. Za moment Tolek pomaszeruje do szkoły, TaTolek zacznie pracować, a Demolka obudzi się i zacznie marudzić, że chce iść do dzieci. Dla mnie zostanie spakowanie całej rodziny na weekendowy wyjazd.


Mam już dosyć życia na walizkach, jestem tym zmęczona. Jeszcze tylko trzy pakowania w tym miesiącu: dzisiejsze, potem na nasz ostatni "turystyczny" wyjazd do Warszawy, a na końcu pakowanie TaTolka, który będzie się wyprowadzał z Niemiec. Czwarte pakowanie, w marcu lub kwietniu, będzie już zupełnie czym innym - będzie spakowaniem całego dobytku i przeprowadzką. Już za chwileczkę, już za momencik... powrót do domu coraz bliżej.


czwartek, 6 lutego 2014

szkolny test ISA

Szkoła Tolka co roku przystępuje do testów ISA, w których bierze udział kilka tysięcy dzieci z całego świata. Wczoraj i przedwczoraj odbyła się tegoroczna edycja. Pierwszy dzień to trzy 40- minutowe testy z matematyki, następnego dnia dwa testy z czytania i pisania. Rodzice już dwa tygodnie wcześniej dostali stosowne informacje mailem. Dzieciom wolno tego dnia przynieść do szkoły dwujęzyczny słownik. Byliśmy uprzedzani jak się zachowywać, żeby nie spowodować zbyt dużego stresu i dzieci, na co zwrócić uwagę, a czego nie robić. Przeczytaliśmy i zapomnieliśmy o sprawie. W końcu to tylko test.
Tymczasem w szkole od zeszłego tygodnia narastała panika wśród dzieci, że test, ważny, trudny, że to denerwujące... Dzieci wzajemnie się nakręcały i wyraźnie było widać jakie atmosfery panują w ich domach i kto ma nadambitnych rodziców. Z lekkim zdziwieniem przypatrywaliśmy się temu i zastanawialiśmy się czy to może my nie traktujemy całego zajścia z należną powagą.
Na szczęście w tego typu sytuacjach Tolkowa szkoła staje na wysokości zadania i rewelacyjnie włącza się w wyciszanie zbiorowej histerii. Już w piątek każda klasa miała spotkanie ze szkolnym psychologiem, która tłumaczyła dzieciom jak mają się przygotować, co jeść, co pić, na czym się skupić. Nasz syn słucha takich rad uważnie i skrupulatnie się do nich stosuje. Niesłychanie podoba mi się to, że szkoła pokazuje dzieciom jaki wpływ ma spanie, jedzenie, pozycja czy wygoda na koncentrację.


Bezpośrednio przed testami sala została wywietrzona, dzieci dostały miętę (nie udało nam się dociec czy to na koncentrację czy na uspokojenie, ale jak widać na zdjęciu - "pomaga na pamięć") i wodę do picia. Napisali.

Jak twierdzo Tolek, po pierwszym dniu większość dzieci była rozczarowana. Spodziewali się czegoś bardzo trudnego, a dostali "test dla dzidziusiów" - widać było, że szeroko to przedyskutowali w czasie przerw. Tłumaczyłam Mu, że to po prostu sprawdzian tego, co potrafią. Jak było łatwe, to znaczy, że szkoła dobrze ich uczy. A jakby było źle, to szkoła musiałaby przemyśleć swoje metody nauczania. Widać było, że trawi takie podejście do egzaminów i że w końcu poukładał sobie wszystko w głowie. Kolejnego dnia dzieci się już "nie rozczarowały". Wrócili zmęczeni i przejęci. Za dwa miesiące wyniki. Ciekawa jestem czy dowiemy się czegoś nowego o Tolku. Na razie oprawiamy w ramki zalecenia ze szkoły, które tu wkleiłam i postaramy się zapamiętać takie podejście do wszystkich klasówek na następne lata.

środa, 5 lutego 2014

nasze ulubione jadłodajnie lipskie

Ponieważ wyjazd TaTolka z Niemiec już tuż-tuż, zbiera nam się na podsumowania i wspominki. Dochodzimy do wniosku, że niewielu rzeczy będzie nam brakowało, a gros miejsc, za którymi zatęsknimy (dziwnym trafem) ma związek z jedzeniem.
Nasze śniadaniowe ulubione miejsce, w którym jednak staramy się nie bywać za często z powodu rosnących brzuchów, to Volkshaus:


W Lipsku podobno bardzo popularne jest spędzanie weekendowych śniadań z przyjaciółmi i rodziną w knajpkach. W Volkshausie jest szwedzki stół, a na nim wybór ryb, serów, mięs, sałatek, pieczyw różnych, dania na ciepło i zimno i mnóstwo słodyczy. Każde z nas znajduje tam coś dla siebie.


To zdecydowanie nie jest zdrowa wersja śniadaniowa, ale jest przepyszna, w dobrej cenie, a dzieciaki mają szansę nauczyć się jak zachowywać się w restauracjach. Raz na kilka miesięcy z radością objadamy się tam po uszy.
Kulinarna letnia  przystań to Musicpavillon - miejsce, gdzie można siedząc na trawie posłuchać muzyki poważnej na żywo, delektując się przepyszną slow-foodową pizzą i wybornie schłodzonym piwem. Tego miejsca będzie mi chyba najbardziej brakować - kojarzy mi się z gorącym latem, śpiewającymi ptakami i pełnym relaksem. Dodatkowym jego plusem jest to, że znajduje się w środku parku, więc można do niego tylko dojść na piechotę, lub dojechać na rowerze. W obu przypadkach można wtedy zjeść pizzę z czystym sumieniem, bo przecież po takim dystansie trzeba dodać sobie energii.


Restauracja, do której trafiliśmy niedawno to Sol y Mar, niedaleko starówki. Bardzo dobre jedzenie na dużych talerzach, ale przede wszystkim - niziutkie stoliki i ogromne łóżka i szezlongi, na których można polegiwać w czasie biedowania. Tolek był zachwycony i koniecznie chce tam wrócić. Odnoszę dziwne wrażenie, że bardziej zależy Mu na przewalaniu się po miękkich poduchach, niż na samym jedzeniu. Nie da się ukryć, że chwilę nam zajęło oswojenie pozycji kuczno-klęczącej przy stole. 


Ostatnie miejsce to mała, rodzinna, syryjska knajpka Maza Pita, którą mamy prawie pod samym domem. Z zewnątrz zdecydowanie nie zachęca do wejścia, a i pierwsze wrażenie w środku jest takie sobie. Gdyby nie to, że przechodzę tam codziennie i zawsze pełno ludzi, to nie wiem czy odważyłabym się spróbować tego, co serwują. Utrzymana w konwencji fast-fooda, na miejscu zachwyca smakami, zapachami i kolorami na talerzu. 

powyższe dwa zdjęcia pochodzą ze strony: Kiss and Tell comunication


Przemili właściciele dbają o wszystkich razem i każdego z osobna, uśmiechają się i zagadują. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że pięć i sześć po kurdyjsku brzmi tak samo jak po polsku. To tu Tolek zakochał się w hummusie i to właśnie tutaj możemy posiedzieć najspokojniej, bo właściciele zadbali o niewielki, ale bardzo fajny kącik dla dzieci, w którym DemOlka przepada na każdą możliwość ilość czasu. Za ich jedzeniem i atmosferą tego miejsca będę ogromnie tęsknić.

wtorek, 4 lutego 2014

Muzeum Historii Naturalnej w Berlinie


Jednym z najważniejszych według Tolka punktów programu zwiedzania Berlina była wizyta w Museum fur Naturkunde, tj. Muzeum Historii Naturalnej. Tak jak pisałam wczoraj, przypadek sprawił, że to właśnie od tego miejsca zaczęliśmy zwiedzanie. Ledwo przekroczyliśmy próg, kiedy spod sufitu wyjrzała na nas głowa dinozaura ociekająca śliną. Mniej więcej wtedy dzieci oszalały ze szczęścia. Dzięki pięknej niemiecczyźnie Tolka odnaleźliśmy w piwnicy szatnię (jak później widzieliśmy wcale nie jest to takie oczywiste i połowa ludzi nosi kurtki w garściach) i za moment zaczęliśmy zwiedzanie. Przy samym wejściu można wypożyczyć słuchawkę-przewodnika (są nawet polskojęzyczne). Przy każdym eksponacie wbija się odpowiedni kod i męski głos (jak ze starej kroniki filmowej), przenosi nas w czasie na miejsca wykopalisk i badań.


Muzeum składa się z kilku sal: pierwsza jest pełna szkieletów dinozaurów, w tym największego na świecie brachiozaura, który na początku XX wieku został odkryty w Tanzanii. Jak powiedziała nam mądra słuchawka, ten brachiozaur jest podwójnie wyjątkowy: po pierwsze dlatego, że jest największy, po drugie dlatego, że odnaleziono także jego czaszkę. Okazuje się, że akurat ta część szkieletu na ogół się nie znajduje - toczy się gdzieś poruszana ruchami tektonicznymi i ginie bez śladu.
Następna sala to wypchane zwierzęta i trochę wykopalisk. Zderzenie ze szkieletami dinozaurów jest na tyle duże, że sala wydała się dzieciom mało ciekawa i pokłusowali dalej, tj. do mini-planetarium. Tam zapadliśmy na miękkiej kanapie i wpatrzyliśmy się w "niebo". DemOlka była zachwycona wirującymi planetami, galaktykami i słońcem.


Na końcu widok z kosmosu zaczął przybliżać się coraz bardziej, aż kamera "wjechała" Europy, do Niemiec, Berlina, wpadła przez dach do muzeum i nagle zamiast kosmosu zobaczyliśmy nasze twarze.


Film trwał kilka minut - akurat tyle, ile nasza Córka dała radę wyleżeć spokojnie. Następna sama pełna była wypchanych zwierząt. Nasz amator płaszczek nie mógł się oderwać zwłaszcza od tej gabloty:


Większość zwiedzających to ludzie z dziećmi. Mali szaleli zachwyceni, wydając głośne okrzyki radości lub grozy. Ja momentami czułam się dosyć niepewnie. Rozumiem, że nauka tego potrzebuje, ale wypchane psy powodowały, że starałam się raczej tak patrzeć, żeby nie widzieć. Wśród wypchanych zebr, lwów, płaszczek i węży, jedna gablota szczególnie przykuwała uwagę. Była to część wystawy dotycząca mutacji. Tolka wbiło w ziemię i posiłkowaliśmy mądrą słuchawką, żeby oderwać wzrok od zmutowanych potworków w słoikach.


Przeszliśmy do kolejnej sali i wpadliśmy z deszczu pod rynnę, bowiem znaleźliśmy pomiędzy niezliczonymi półkami z formaliną. Mina Tolka dobrze oddaje to, co kłębi się człowiekowi wtedy w głowie (oczywiście Tolek stoi na tle płaszczek):


Sala formalinowa to ostatnie pomieszczenie. Tam trzeba zawrócić i od końca przejść wszystkie widziane już same.  Niektóre ekspozycje wydawały mi się dosyć szokujące, jak ta, która obrazowała kolejne etapy wypychania zwierząt. To ja byłam najbardziej poruszona, dzieciaki przyjęły to jaką naturalną część nauki i poszły dalej:


Ostatnia sala dotyczy geologii. Wydaje mi się, że prawie każdy okołodziesięcioletni chłopiec interesuje się skałami i minerałami. Tolek najchętniej zostałby tam na cały dzień. O każdym eksponacie czytał, słuchał, a Jego fascynacja rosła z minuty na minutę:


Czy było warto? Ja marzyłam o Pergamonmuseum, więc od razu byłam nastawiona negatywnie. Na miejscu bardzo starałam przekonać samą siebie, że podoba mi się to, co widzę, ale tak naprawdę jedyne, co mi się podobało, to zachwyt dzieci (i zainteresowanie TaTolka). Mniej więcej 20 lat temu byłam w Natural History Museum w Londynie i zdecydowanie to angielskie muzeum pozostanie w mojej pamięci na dłużej.
W przewodnikach można wyczytać, że berlińskie muzeum jest jednym z największych na świecie, jest rozlokowane w neorenesansowym gmachu wzniesionym specjalnie na jego potrzeby w latach 1883-1889 oraz że zachowało niepowtarzalną staroświecką atmosferę*. I z tym ostatnim się zgadzam. Wszystko jest lekko trzeszczące, mocno zakurzone i moim zdaniem mocno odstaje od obecnych standardów muzealnych. Na szczęście dzieci o tym nie wiedzą.


*Przewodnik Wiedzy i życia, Warszawa 2009

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...