wtorek, 18 marca 2014

podsumowanie


Stan na dzis:
1) zepsuty komputer (stad brak polskich liter i niemoznosc wstawienia jakichkolwiek zdjec)
2) malowanie w toku (niby 1/3 za mna, ale koniec wydaje sie jeszcze bardzo odlegly)
3) zbyt malo farby
4) brak samochodu, co bardzo utrudnia dokupienie tejze
5) bardzo, bardzo zaziebiona DemOlka (kaszle, prycha, kicha, spac w nocy nie moz), to pamiatka po zeszlotygodniowym pobycie w szpitalu; bylabym zdziwiona jakby w trakcie tych 5h niczego nowego nie zlapala)
6) brak chocby jednej szafki kuchennej, co skutkuje kartonowymi pudlami stojacymi na podlodze i ciaglymi poszukiwaniami talerzy, kubkow, przypraw, itd.,
7) nieczynna kuchenka (zostala juz rozlaczona)
8) wszystkie meble (szafy, regaly, polki) poodczepiane od scian i stojace luzem w mojej sypialni, przez co ta ostatnia wyglada jak calkiem przyzwoity sklad mebli,
9) rosnaca ilosc kufrow, pak i skrzyn wszelkiej masci w kazdym (nie)mozliwym miejscu mieszkania
10) Tolek, ktory coraz bardziej odczuwa nieuchronnosc tego, co zaraz nastapi i srednio sobie z tym radzi.

Do wyjazdu zostalo 10 dlugich dni.

piątek, 14 marca 2014

klinika uniwersytecka w Lipsku

Dzieci tak mają, że lubią chorować, jak TaTolek wyjeżdża. Muszą mieć jakieś wbudowane czujniki, bo na ogół wybierają sobie pierwszą lub drugą noc po tym, kiedy zostaję słomianą wdową. Tym razem było inaczej, tj. DemOlka nie doczekała nawet pierwszej nocy i padła w kilka godzin po wyjeździe ukochanego Tatusia. Tolek trzymał fason i wyczekał do drugiej nocy. I w ten cudowny sposób dwie dobry po wyjeździe TaTolka miałam pod opiekę jedno dziecko wyjątkowo mocno przyduszone atakami astmy, oraz drugie dziecko z silnymi bólami niewiadomego pochodzenia. Spałam po kilka godzin, z licznymi pobudkami i sporym strachem w sercu. Tolek swoje lata ma, a tym samym ja mam więcej doświadczenia w opanowywaniu Jego chorób i jakoś i tym razem nam się udało. Natomiast mała DemOlka za każdym razem "wymyśla" nowe przypadłości i tym razem dawała tak niespójne sygnały, że po 4-dniowych próbach leczenia nawet panie w przychodni rozłożyły ręce i czym prędzej wysłały nas do szpitala na dokładne badania.
To był właśnie jeden z najgorszych scenariuszy, jakie sobie przygotowałam na wyjazd TaTolka: chore dzieci, brak auta, nieznajomość języka i konieczna wycieczka do szpitala.
Pominę opis atrakcji związanych z zamawianiem po niemiecku taksówki czy radość z niesienia wyrywającej się DemOlki na rękach, plecaka na plecach oraz podpupnika samochodowego w dłoni. Skupię się na tym co teraz, po wszystkim, wspominam z uśmiechem, mianowicie na tym jak ludzie głupieją, jak bardzo starają się pomóc zagubionemu obcokrajowcowi.
Uniwersytecka klinika w Lipsku jest ogromna. Pamiętałam ją jak przez mgłę. Byłam tam tylko raz w stanie wskazującym na silne zapalenie i ból przesłaniał mi wtedy widoki. Mocno obawiałam się długich spacerów korytarzami pełnymi lekarzy, bo ostatnimi czasy DemOlka zaczęła dostawać histerii na sam widok kitla - rzuca się wtedy na ziemię i jak robaczek udaje, że nie żyje i nie ma się co Nią przejmować. Faktycznie zgubiłyśmy się kilka razy, ale poszło lepiej, niż się spodziewałam za sprawą pisma obrazkowego, które od wyjazdu w Polski już nie raz błogosławiłam. Mianowicie w celu ułatwienia pacjentom poruszania się, całe trasy (np. od rejestracji do pracowni ultrasonograficznej) są wyklejone jaszczurkami jednego koloru. Nam przypadła pomarańczowa i z dużą radością tropiłyśmy ją do tego stopnia skupione, że DemOlka zapomniała o otaczających Ją złowrogich fartuchach.


W każdym miejscu znajdowała się, bądź była wywoływana jakaś osoba, która mówiła po angielsku, więc dość łatwo przebiegła rejestracja, ustalanie sposobu diagnozowania i wyznaczanie kolejnych miejsc, do których musimy się udać. Ale było tez kilka śmiesznych sytuacji językowych.
1. Jedna z przemiłych anglojęzycznych pielęgniarek powiedziała mi, e konieczna będzie próbka moczu. Ale zanim przyniosła mi naczynko, DemOlka zaczęła sygnalizować potrzebę pilnej wycieczki do wc. Nie było wyjścia, musiałam dogadać się z panią, która nie znała ani w słowa w żadnym języku poza niemieckim. I tak mieszając angielski, niemieckie zwroty oraz mocno gestykulując po prosiłam o pojemniczek. Dwie pielęgniarki zadumały się, wymieniły kilka uwag, po czym dostałam... karteczkę z pieczątką placówki. Już po mojej ogłupiałem minie zorientowały się, że nie o to chodziło. A kiedy w końcu dogadałyśmy się, to zrobiło się bardzo wesoło, a ja poczułam, że stres, który towarzyszył mi w ciągu ostatniego tygodnia, powoli zaczyna ze mnie spływać.

2. Superprzystojny młody lekarz robił DemOlce USG, po angielsku wymienialiśmy krótkie uwagi, bo Olka się tak darła, że i tak ledwo słyszeliśmy. Nagle weszła pielęgniarka i On zaczął nawijać po niemiecku. Nawija, nawija, Ona się kręci obok, ale coś za często zerka na MaTolka. Założyłam, że w wersji umęczono-niewyspano-niespokojnej nie jestem aż tak atrakcyjna, wiec grzecznie pytam czy mówi do mnie, bo jak tak, to nic nie zrozumiałam. Aż się w czółko klepnął, bo w między czasie opowiedział mi wyniki całego badania, przedstawił plan co jeszcze zrobią i uświadomił mnie że zawołał profesora na konsultację, żeby mieć 100% pewności, że niczego nie przegapił. Pomylił tylko język.

3. Uroczy skośnooki student w trzeciej rejestracji postanowił MaTolka i DemOlkę odprowadzić do odpowiedniego skrzydła, bo budynek gigantyczny i łatwo się zgubić. Po angielsku mówił pięknie i bardzo starał się podtrzymać konwersację w trakcie całego spaceru (DemOlcia znowu swoim wrzaskiem nieco sprawę utrudniała). Doprowadził nas do 4. rejestracji i pyta po angielsku recepcjonistę czy porozumie się po angielsku. Tamten, że nie. I mój skośnooki przewodnik (dalej po angielsku) tłumaczy mu, że ja nie szprecham i dlatego mnie przyprowadził. Na co recepcjonista zaczyna "odpowiadać" mu łamaną angielszczyzną, pokazując co i jak. Po chwili obaj się zaczęli śmiać, przeszli na niemiecki i przewodnik mówi "no tak, ale my to jednak po niemiecku się lepiej dogadamy".

Hitem pozostaje nasza "rejonowa" pediatra, która rok temu demonstrowała mi w kuckach nad kubeczkiem, że potrzebna próbka kału. 

Wczoraj ten kraj bardzo łatwo dawał się lubić. I tak doszła do mnie prosta prawda: każde miejsce można polubić i dobrze się w nim poczuć, jeśli tylko ludzie są sobie życzliwi i się uśmiechają. Okropnie nam tego brakowało na ulicach Lipska.

środa, 12 marca 2014

zaułek graffiti


Im bliżej do wyjazdu z Lipska, tym większy sentyment mnie ogarnia, tym bardziej doceniam każdą chwilę z dziećmi, z tym większym zapałem odkrywamy niespodzianki tego miasta. Kiedy kilka miesięcy temu BabcioTolka odkryła świetny plac zabaw, do którego wchodzi się przez walącą się bramę, zaczęliśmy z większą uwagą przyglądać się mijanym budynkom i przejściom. I tak trafiliśmy w zaułek graffiti.


Dzieci stanęły oniemiałe, zadziwione mocnymi kolorami bijącymi z każdej strony. Tolek sprawdzał wszystkie porzucone puszki i - ku swojej dzikiej radości - w kilku znalazł resztki farby, które natychmiast zużył na pobliskim kamieniu.


A że u Tolka tylko moment trwa przejście od pierwszej myśli do "zawsze o tym marzyłem", chwilę potem mocno dyskutowaliśmy dlaczego farba w spray'u nie stanie się prezentem urodzinowym i dlaczego uważam, że 9-letni chłopcy nie koniecznie powinni malować mury. DemOlka w tym czasie wygrzebywała kolorowe kamienie spomiędzy pomalowanej przypadkiem trawy i widać było, że czuje się jak najznamienitszy odkrywca.


Chodziłam między tymi zapomnianymi, walącymi się budynkami, zaglądałam przez szpary i dziury w szybach i wymyślałam co tam kiedyś było. Lipsk jest miastem przemysłowym, jeszcze nie tak dawno te budynki musiały tętnić życiem, mrówczą pracą dziesiątek ludzi. Teraz stoją zapomniane, opuszczone, straszą brzydotą. Nie lubię pomazanych domów, zniszczonych graffiti elewacji, bohomazów na każdej większej przestrzeni - już kilka razy pisałam jak bardzo Lipsk jest oszpecony przez artystów-amatorów. Ale tym razem zachwycałam się równo z dziećmi. Nie dlatego, że nagle dotarło do mnie "drugie dno", ukryte piękno czy uroda tychże rysunków, ale dlatego, że dzięki grafficiarzom (?) ta część dzielnicy dostała drugie życie; alternatywne, dyskusyjne, ale chyba lepsze to, niż wymarłe miasto.


wtorek, 11 marca 2014

brigadeiros na dzień kobiet


Dzień kobiet upłynął nad pod znakiem spacerów do apteki i szukania lekarzy dla DemOlki, której (od wyjazdu ukochanego TaTolka) mocno szwankuje zdrowie. Dzięki temu wielokrotnie wychodziliśmy na ulicę i oglądaliśmy NRDowskie zwyczaje dnio-kobiece. I bardzo nam się podobały.
Na ulicach było dużo kwiatów, świeciło piękne słońce, przed sklepami stali mężczyźni mali i duzi i wręczali kwiatki każdej przechodzącej osobniczce płci pięknej. Nawet dumna jak paw DemOlka została obdarowana biała różą.
Najbardziej wzruszył mnie bardzo starszy pan, który dumnie maszerował z ogromnym bukietem czerwonych goździków. Te goździki były tak piękne, że nie było osoby, która by się za Nim nie odwróciła.


Na poprawianie humorów mocno nadwyrężonych bólami Olki zrobiliśmy sobie brazylijski przysmak Brigadeiros, na który przepis Tolek przytargał ze szkoły. Wyszło pysznie, zadanie spełniło (wysmarowane czekoladą buzie się uśmiechnęły), dlatego pokazuję i bardzo polecam:

kolorowe dla DemOlki

 czekoladowe dla Tolka

kokosowe dla MaTolka

Potrzebne:
- puszka mleka skondensowanego
- łyżka masła
- 3 łyżki gorzkiego kakao
- dowolne posypki (u nas kokosowa, czekoladowa i kolorowa)
- foremki papierowe

Wykonanie:
- wszystkie składniki umieścić w garnku i gotować (cały czas mieszając), dopóki masa nie zrobi się gęsta
- odstawić do ostygnięcia
- rękami formować kuleczki, obtaczać w dowolnej posypce i odkładać do maleńkich foremek papierowych (mogą być też duże, ale to jest tak słodkie, że najlepiej pasuje wielkości dużego orzecha laskowego)


Jeść można od razu, jeszcze lekko ciepłe, albo w dowolnym innym momencie. Znikają niezwykle szybko. To przysmak z gatunku takich, że ciężko się powstrzymać od pożarcia wszystkiego na raz.
Ostrzeżenie: przysmak jest wściekle niezdrowy i potwornie słodki. Ponieważ wprowadzamy z Tolkiem metodę jednego słodkiego dnia w tygodniu, to wybieramy słodycze najbardziej zaspakające potrzebę zasłodzenia się. ;)

piątek, 7 marca 2014

wagary kontorolowane


Przez prawie całą szkołę miałam świadomość, że jak będę miała wyjątkowo zły dzień, będę zmęczona, albo nastąpi jakiś prywatny kataklizm, to mogę iść do Mamy i poprosić o możliwość zostania w domu. Wtedy następował krótki wywiad: czy nie ma żadnych klasówek, kartkówek, ważnych wydarzeń. Jak niczego w ten sposób nie zawalałam, to często odpowiedź była pozytywna. Moja Mama nie była standardowa i - jak twierdzą dziś moje koleżanki -  przynajmniej o pokolenie wyprzedzała otoczenie metodami wychowawczymi.
To był ogromny komfort psychiczny. Nie musiałam bawić się w uciekanie, kłamanie. I nie miałam problemu z wyszukaniem odpowiedniego miejsca na wagary. Po prostu odpoczywałam w domu. Wiedziałam, że popołudnie spędzę nad książkami uzupełniając to, co klasa robiła w trakcie dnia, ale i tak było warto. Niepisana umowa zakładała, że korzystam z tego przywileju tak rzadko, jak się da. Działało.
Jakiś czas temu z podobnym problemem zgłosił się do mnie Syn. TaTolek wyjechał i widać, że Tolkowi jest trudno, kiedy MaTolek z DemOlką zostają w domu, a On musi się spieszyć i pędzić do szkoły. Bardzo potrzebuje długiego, nudnego dnia w domu, pełnego nicnierobienia. Powtórzyłam mamine procedury, pytając o sprawdziany i prace domowe. Ponieważ okazało się, że tego dnia będzie test z matematyki, a i praca domowa nie była do końca jasna, Tolek pomaszerował do szkoły, ale z obietnicą, że wybierzemy jakiś "lepszy" dzień.
No i dziś TEN DZIEŃ nastał. Już wczoraj usprawiedliwiłam Jego przyszłą nieobecność u wychowawczyni i w sekretariacie szkoły, a Mały rósł z radości z minuty na minutę. Bez słowa zaraz po szkole odrobił do końca pracę domową, zrobił wszystkie zadania komputerowe, a dziś zaczął dzień od godzinnego czytania, bo i z tego musi zdawać relację w klasie.


Teraz zachwycone dzieciaki siedzą przytulone do siebie i radośnie NIC NIE ROBIĄ. Ot, wagary kontrolowane.
Moja radość była tym większa, że rano przyszła białą jak mleko mgła i Tolek nie mógłby iść sam do szkoły. A to znaczy, że od rana musielibyśmy się wszyscy spieszyć, popędzać i denerwować czy DemOlka łaskawie opuści mieszkanie o wyznaczonej godzinie tak, żeby Tolek nie spóźnił się na lekcje. Zamiast tego mamy luzik i spokój.


A MaTolek ma ambitny plan wykorzystania tego dnia na odmalowanie salonu. Mam nadzieję, że dzieci zamkną się w pokoju dziecinnym, a mi uda się otworzyć wszystkie okna w salonie poszaleć z pędzlem.

środa, 5 marca 2014

piknik międzynarodowy


Codziennie rano siadam z drżeniem serca do komputera i sprawdzam co się dzieje na wschodzie. Obawiam się nieprzewidywalności Putina i jak nigdy w życiu czuję narastające zagrożenie.
Nie ma TaTolka, żeby przegadać te moje obawy, CNN to mój jedyny wieczorny kompan. Nawet wina się napić nie mogę, bo przecież jestem sama z dziećmi.
Jest mi smętnie i niepewnie, ale robię wszystko, żeby dzieci tego nie odczuwały. Już i tak Tolek zadaje za dużo pytań przez CNN-owe migawki, które parę razy wyłączyłam o chwilę za późno. Dlatego też przestałam pisać codziennie bloga, bo jakieś... miałkie mi się wydaje zajmowanie kogokolwiek naszą rodziną wtedy, kiedy za rogiem czai się wojna.


W ramach walki z tym nastrojem dziś napiszę parę słów o ostatkach w wydaniu szkoły Tolka. Nie było przebierańców i tańców. Szkoła zdecydowała się na organizację międzynarodowego pikniku. Już miesiąc temu odbyło się losowania i każdej klasie przypadło w udziale jedno państwo. Przez 30 dni dzieciaki robiły dekorację, plakaty, przygotowywały muzykę, a mamusie piekły specjały odpowiednie dla danego kraju. Tolkowa klasa wylosowała Indie i w weekend wspólnie tworzyliśmy "plakat poglądowy". Okazało się, że to świetna zabawa dla całej rodziny i obiecaliśmy sobie robić raz na jakiś czas takie rzeczy. Wczoraj nadszedł Wielki Dzień. Kolorowo ubrane dzieciaki ciągnęły do szkoły ze wszystkich stron: podekscytowane, zachwycone i dumne ze swoich dzieł.  Lekcji tego dnia nie było, każda sala zamieniła się w krainę innego państwa, a dzieciaki na wstępie dostawały "paszporty", w których przez resztę dnia zbierały pamiątkowe pieczątki.


Po południu odebrałam szczęśliwego Syna z kilkoma bransoletkami na ręku i torebką pełną wspaniałości. DemOlka mało nie oszalała z zazdrości na widok korony z piórkiem i świecącymi kamyczkami, a bardzo przejęty Tolek opowiadał mi o brazylijskim jedzeniu (przyniósł przepis na ciasteczka Brigadeiros, które koniecznie mamy zrobić w domu), o argentyńskiej bogini Pachame - Matce Ziemi, o włoskiej muzyce (?!) i o Indiach, oczywiście. Wrócił najedzony i opity jak bąk, bo musiał spróbować wszystkiego, co tylko dawali (Tolek bardzo lubi testowanie kulinarnych nowości). Wychowawczyni wykazała się nadzwyczajną jak Jej możliwości empatią i umówiła się z Tolkiem, że po zdjęciu dekoracji odzyska swój plakat. Tolek myślami jest już w Polsce i bardzo chce go pokazać w swojej warszawskiej klasie.


Wieczorem oglądaliśmy wszystkie przyniesione skarby i po raz trzeci wysłuchałyśmy z DemOlką opowieści o każdym kraju, który "zwiedził" Tolek. I tak sobie myślę, że niezwykle podoba mi się taki rodzaj zabawy karnawałowej. Emocji było co niemiara, ale zamiast szaleństwa szytych bądź wypożyczanych strojów na bal, było robienie plakatów i pieczenie przysmaków. A informacje o Świecie wpadły do głów przypadkiem i na pewno zostaną tam na długo.



poniedziałek, 3 marca 2014

wiosna rozkwita, my się zwijamy


W Lipsku wiosna w pełni. Krokusy już przekwitły, przebiśniegi dogorywają, trawa pozostała zielona od roku, a wczoraj znaleźliśmy pierwsze kwitnące drzewa. Stokrotki są cały czas, rozkwitły rok temu na wiosnę i do tej pory nie przestały. Wszystko rozwija się, wybuchami kolorami i zapachami (z dużą przewagą liczebną "zapachu" czosnku niedźwiedziego). A im bardziej Lipsk rozkwita się, tym bardziej my się "zwijamy". Pakujemy, rozłączamy, demontujemy, gipsujemy dziury w ścianach, a niedługo zaczniemy też malować. Dom leży zaścielony kartonami, pudłami i taśmami pakowymi, coraz trudniej coś znaleźć, kuchnia zmniejsza się z dnia na dzień, kiedy mozolnie wyprzedajemy po jednej szafce nawiasem mówiąc: narzekałam, że budowa kuchni to parszywa robota; otóż rozłączanie jest jeszcze bardziej mozolne).

Coraz bardziej czujemy wszyscy, że kolejny rozdział naszego życia się bezpowrotnie kończy. Tolek coraz częściej chodzi zamyślony, coraz częściej nocuje u kolegów, żeby do końca wykorzystać pozostały czas.
MaTolkowi zbiera się na podsumowania. Coraz większymi krokami zbliża się czas ostatnich wpisów na tym blogu. Coś się kończy, coś się zaczyna.

Czas wiosny to (jak wiadomo) czas miłości. Lipsk rozkwita nie tylko kolorami, ale i wyznaniami uczuć. Służą temu czasem najprzedziwniejsze miejsca. 

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...