piątek, 25 kwietnia 2014

Amerykanka w Warszawie


Spędziłam pół wczorajszego dnia z pewną nieznaną mi Amerykanką, która dwa miesiące temu przeniosła się z Kalifornii do Warszawy. Wygrzewałyśmy się na słońcu i opowiadałyśmy sobie o emigracyjnych odkryciach i problemach: o kłopotach językowych, o tym co staje się trudnością w zupełnie nieznanym kraju. Bardzo dziwne to było przeżycie. Siedziałam, słuchałam i nagle odkryłam, że Ona narzeka dokładnie na to, co ja krytykowałam w Lipsku twierdząc jednocześnie, że "Warszawa jest dużo lepsza" - że nikt nie mówi po angielsku, że w enel-medzie jest jeden pediatra anglojęzyczny i nie ma żadnego lekarza na wizyty domowe, że w szpitalu pielęgniarki krzyczały na Nią za to, że nie rozumie co do Niej mówią, że na produktach spożywczych informacje są tylko po polsku, że nie wiadomo gdzie i jak kupić bilet autobusowy, itd., itp.
W drugim miesiącu życia w Polsce ich sześcioletnia córeczka trafiła do szpitala i spędziła tam tydzień nic nie rozumiejąc i bardzo źle się czując. Wyszła z niego poturbowana psychicznie - bije, gryzie, nie chce rozmawiać z obcymi i widać, że frustracja tryska Jej uszami. Tylko trzykrotnie w ciągu kilku godzin udało mi się doprowadzić do tego, że nagle spod grzywki wyszły śliczne, uśmiechnięte, niebieskie oczy i bardzo fajna, ciekawa świata dziewczynka odpowiedziała mi coś rezolutnie.

Wieczorem weszłam na Jej tablicę na facebooku i znalazłam odbicie mojego lipskiego bloga. Jest tam mieszanka zdjęć bardzo zniszczonej Warszawy ze ścisłego centrum, przetykana przepięknymi zdjęciami Łazienek, Starówki, panoramy miasta z iglicy Pałacu Kultury. Narzekanie jakie polskie jedzenie jest niedobrze i pełne wieprzowiny oraz nieśmiałe pierwsze odkrycia, że jednak zdarzają się "perełki", jest moment załamania "ja chcę natychmiast do domu, nie wytrzymam tu ani minuty dłużej"i powolne podnoszenie się z dna, że może jednak uda się tę nową rzeczywistość zrozumieć, ogarnąć, oswoić i poukładać...

Emigracja dla dorosłych jest trudna. Ale im więcej o tym myślę, czytam i rozmawiam z (nie)znajomymi, tym bardziej odkrywam, że dla dzieci jest jeszcze trudniejsza. Ok, szybciej poznają język, łapią nowe zwyczaje i pozornie - wtapiają się w otoczenie, ale "w środku" zostają często pełne buntu i niezrozumienia dlaczego je to spotkało. Od kilku dni Tolek ma napady mówienia o Lipsku - że dzieci się z Niego długo śmiały, bo nie umiał rozmawiać, nie miał kumpli, bo przerastało Go szeptanie na lekcjach, nie chcieli z Nim grać w piłkę nożną, bo nie rozumiał okrzyków typu karny, ręka, spalony. To było prawie dwa lata temu, ale dopiero teraz, po powrocie, pierwszy raz zaczął o tym mówić.
Patrzyłam wczoraj na wierzgającą, krzyczącą i bardzo nieszczęśliwą sześciolatkę i serce mi się kroiło. Mieliśmy ogromne szczęście z tym jak Tolek przyjął wszystkie zmiany, które zafundowaliśmy Mu w ciągu ostatnich dwóch lat. Dopiero teraz to wiem.

środa, 23 kwietnia 2014

"koreańskie sushi"

W moim domu rodzinnym w Wielki Piątek pościło się. Przeciągnęłam ten zwyczaj na MaToOlkową rodzinę. Póki żyliśmy we trójkę - było łatwo. Ale z nadciągnięciem DemOlki nastały kłopoty. DemOlka nie lubi jeść, je dziwne rzeczy, nie lubi łączyć dwóch smaków na raz - je np. najpierw same kluski, a dopiero godzinę potem samo mięso, nie lubi żadnego pieczywa, brokuły są jednym z Jej ukochanych dań, a kluski z sosem są "brudne" i przez to niejadalne. Kiełbasa jest ostatnią deską ratunku, tj. posiłkuję się tym (przy karmieniu Córki) zawsze, kiedy ręce i nogi już mi opadają i kiedy wydaje się, że delikatna panienka zaraz zemdleje z głodu. Niestety, Wielki Piątek wykluczył ten przysmak, a właśnie tego dnia Mały Potwór odmówił jedzenia czegokolwiek. W przypływie rozpaczy wymyśliłam najdziwniejsze danie, jakie mogłam szybko zrobić.


Moja zaprzyjaźniona Koreanka Soo wręczyła mi przy pożegnaniu dwie torebki przypraw do "koreańskiego sushi", którym razem zajadałyśmy się w Lipsku. Miałam iść z tymi torebkami w Polsce do sklepu i poszukać czy są dostępne, ale tak sobie myślę, że chyba nie dam rady:


To dziwne jedzenie koreańskie dzieci (których ostatnimi czasy zrobiło się sporo w Lipsku z powodu przejęcia przez Koreańczyków jakiejś sporej niemieckiej firmy) przynosiły do szkoły jako lunch. Robi się faktycznie przez moment i świetnie pasuje do pudełeczka z drugim śniadaniem: trzeba ugotować ryż, dodać tę magiczną przyprawę (która wygląda i pachnie trochę jak suchy pokarm dla rybek), w drugiej miseczce wymieszać tuńczyka z majonezem i potem nakładać do folii spożywczej: trochę ryżu, trochę masy tuńczykowej i znowu trochę ryżu. A na końcu zrolować i zawinąć.


Podaje się to zawinięte w folii, a odwija bezpośrednio przy wkładaniu do buzi, trochę tak, jak otwiera się banana. Koreańskie mamy miały do tego zawiania specjalne plastikowe rynienki i wtedy faktycznie tempo robienia było imponujące. Ja muszę sobie dać radę bez tej pomocy, ale wychodzi nieźle. Ponieważ moja Soo średnio mówiła po angielsku, nie mam pojęcia jak to się nazywa i czy przypadkiem "koreańskie sushi" nie było terminem naprędce ukutym na potrzeby naszych spotkań. Ale wiem na pewno, że zawijanie w folię spożywczą nie było "wariacją na temat", tylko częścią oryginalnego przepisu.


Zajadaliśmy się we trójkę aż się uszy trzęsły. Tak to koreański lunch uchronił wybredną DemOlkę przed śmiercią głodową w Wielki Piątek.

wtorek, 22 kwietnia 2014

mój ogródek ukochany


Przez dwa lata potwornie tęskniłam za moim ogródkiem. TaTolek patrzył z niemym znakiem zapytania w oczach i za jasną Anielkę nie mógł zrozumieć o co mi chodzi. DemOlka była za mała w czasie wyjazdu, żeby cokolwiek pamiętać i tylko Tolek podzielał moją tęsknotę.
Krótko po powrocie - jak wiadomo - Syn nasz pokrył się czerwonymi bąblami i do tej pory (do odwołania) ma lekarski zakaz korzystania z uroków przebywania na zielonej trawce, DemOlka też ma przebywać z zamknięciu. Jestem więc jedyną osobą, która korzysta z ogródka i robię to z ogromną przyjemnością - to taki "mój czas", którego nikt nie zakłóca - tym bardziej, że dzieci muszą siedzieć w somu. Najlepiej mi się myśli, kiedy dłubię w ziemi, pielę, albo przycinam. Obejrzałam już każdy listek, porozmawiałam z każdym kwiatem, przywitałam się z każdą rośliną, pogłaskałam każdy pączek. Z dużym zaciekawieniem czekam na kolory tulipanów i kilku innych roślin, które zostały zasadzone w czasie naszej nieobecności.


W czasie ostatnich kilku lat wielu naszych znajomych wyjechało z Polski. Niektórzy jechali na chwilę, a zostali "na zawsze", inni jechali na czas "raczej dłuższy niż krótszy", a wrócili po roku. Niektórym lepiej, innym gorzej na emigracji, większość za czymś tęskni. Codziennie rano widzę na facebooku zdjęcia palm, małp, mórz, oceanów, plaż, łąk i gór i coraz częściej myślę, że na chwilę, na urlop - chętnie, ale nie na stałe. Próbowaliśmy dwa razy i dwa razy wytrzymaliśmy po dwa lata. To chyba nasza górna granica wytrzymałości. I choć chętnie jeszcze kiedyś wyjechałabym na kolejne dwa lata, to dochodzimy do wniosku, że nie nadajemy się na zatwardziałych emigrantów.


Co rano biorę czarną jak smoła kawę, siadam na mojej (obdrapanej) ławeczce i wpatruję się w ukochane łąki, a zapach mojej kawy łączy się z zapachem rozkwitającego bzu. W Święta pod sam płot przyszły do nas sarenki, ptaki śpiewają, widać wszystkie gwiazdy. Tu jest na tyle daleko od Centrum, że nic nie zakłóca ciszy i na tyle blisko, że w razie potrzeby jesteśmy tam po kilkunastu minutach.
To moja "Warszawa", to moje miejsce. Jak dobrze, że jestem tu, gdzie jestem.

piątek, 18 kwietnia 2014

Wielki Piątek


No i nastał Wielki Piątek. Poranne wydawanie leków dzieciom i MaTolkowi trwało 35 minut. Jest nas troje zachrychańców, a maszyna tylko jedna, co bardzo wydłuża czas między pobudką, a możliwością podniesienia się z łóżka i normalnego złapania oddechu. Żeby poprawić sobie zalergizowany humor, zanurkowałam w zdjęciach sprzed roku. I dlatego zamiast po raz kolejny pisać o lekach, lekarzach i chorowaniu, napiszę jak było rok temu...

Otóż - jak wszyscy pamiętają - w Lipsku i Warszawie leżał śnieg. Dostawaliśmy mmsy i maile ze zdjęciami śnieżnych zajęcy wielkanocnych i śmigusa dyngusa z wojną na śnieżki. A my uśmiechnięci i szczęśliwi snuliśmy się po przecudnym włoskim Talamone , rozkoszowaliśmy się toskańskimi zapachami i smakami i po prostu - odpoczywaliśmy. Uczyliśmy co to jest colomba, jak wygląda święcenie we Włoszech i co o raz rwaliśmy włosy z głowy (no, może poza taTolkiem) zastanawiając się jak przebić się przez otoczkę dla turystów i poznać to, co prawdziwie włoskie. Dzieciaki zbierały stokrotki, biegały boso po piasku, a raz nawet (przypadkiem) skąpały się w morzu. Bosko było. Włochy mają to do siebie, że urzekają samymi widokami. Nie trzeba słów, opisów. Wtedy zakochałam się w podróżowaniu poza wysokim sezonem. Było pusto, cicho, biegające dzieciaki nikomu nie przeszkadzały, a w niektórych miejscach byliśmy jedynymi zwiedzającymi.

 świąteczne śniadanie Welkanocne

 życzenia przy świątecznym jajku, na ukwieconej trawce

 Pitigliano

DemOlka była wtedy w szczycie buntu dwulatka. Nawet zapozowanie do zdjęcia było ponad Jej siły, a nam momentami ręce opadały. Niektóre dni polegały głownie na czekaniu, aż Panienka raczy podnieść się z chodnika, pójść za nami, albo po prostu - przestanie wrzeszczeć. Tolek był szczęśliwy, wyluzowany, zachwycony wycieczką. Szalał jak dziki i zadziwiał nas świeżo opanowanym angielskim. Dziś oglądam te zdjęcia i nie mogę się nadziwić ile się w ciągu tego roku zmieniło, jak dzieci wyrosły, w jak innej sytuacji teraz jesteśmy. Oglądam razem z moim Synem, który odgarnia lwią grzywę i  bardziej przypomina nastolatka, niż  małego chłopca oraz z DemOlką, która jest tak samo krnąbrna i rozbrykana, za to teraz - dodatkowo rozgadana nieprzytomnie, nieustająca w pytaniach "a po co?", "dlaczego?", no i ma z 10 centymetrów wzrostu więcej. 

 chociaż... pozowanie z dziećmi nigdy nie jest łatwe

 Tolek wykazywał się największą cierpliwością. Po prostu stał obok i czekał

 Pitigliano

Rok temu zachwycaliśmy się widoczkami, moczyliśmy pupki w termach (które świetnie wpasowywały się w klimat wielkanocny, bo woda śmierdziała zgniłym jajem na kilometr), zakochiwaliśmy się we Florencji, przebiegaliśmy przez Pizę, snuliśmy się po opuszczonych i urokliwych nadmorskich mieścinkach. Oglądaliśmy ruiny i snuliśmy marzenia o pokazaniu dzieciom tego, co w życiu ważne, poznawaniu Świata i ciekawych zawodach, jakie moglibyśmy wykonywać my sami, albo w przyszłości - nasze dzieci. 
Teraz siedzę zamknięta z dziećmi w czterech ścianach, a moje marzenia ograniczają się do powrotu zdrowia. Jak szybko marzenia się zmieniają...

termy w Saturni 

nasz mały domeczek

 il giardino dei tarrochi


Dziś siedzimy w naszym ukochanym, polskim mieszkaniu. Szykujemy się do rodzinnego spotkania świątecznego, pieczemy, pichcimy, zaraz zaczniemy malować pisanki. Za oknem kwitną drzewa, pachnie wiosną. Byłoby idealnie, gdyby tylko zdrowie dopisało, jakbyśmy mogli wyjść na spacer i poszaleć w ogródku. 
Im jestem starsza, tym szybciej czas "leci", tym krócej trwa każdy rok, tym szybciej rosną dzieci. Ale ten ostatni rok był wyjątkowy. Pełen przedziwnych zmian, nieprzewidzianych zdarzeń i zwrotów akcji. Mam nadzieję, że następny będzie spokojniejszy.


Życzymy wszystkim Wesołych Świąt
Spokojnych, leniwych, zdrowych i rodzinnych

czwartek, 17 kwietnia 2014

jak Tolek w szpitalu chorował...

Dzieci przywitały Polskę "z przytupem" - od mojego ostatniego wpisu liczba wizyt na ostrym dyżurze jeszcze wzrosła, a ilość przyjmowanych aktualnie leków przerasta wszystkie, które braliśmy przez dwa lata w Lipsku. Ale ponieważ dziś udało nam się przespać pierwszą cała noc od 16 marca, to znowu jestem pełna nadziei na wyzdrowienie całej rodziny i sił na ćwiczenie, pisanie, sprzątanie, rozpakowywanie dobytku i przygotowywanie jedzenia na Święta. Dlatego powoli zaczynam uzupełnianie zaległości blogowych i tak część pierwsza - jak Tolek w szpitalu chorował...

Otóż po pierwszych czterech dniach polskiej szkoły nasz Syn wrócił do domu purpurowy. Jak napisał w liście do kumpla z Lipska - I was as red as a beetroot! HE,HE! Dla Niego może i było "he, he", dla nas od razu było jasne, że nie jest dobrze.


Po krótkiej konsultacji telefonicznej z naszym lekarzem, Tolek został wysmarowany hydrocortizonem, nafaszerowany środkami odczulającymi i poszliśmy spać pełni nadziei na poprawę. Niestety, następnego dnia nie było dużo lepiej. Tolek wyglądał jak poparzony, twarz zaczynała puchnąć, a humor Pacjenta pogarszał się z minuty na minutę.


Nasz święty Pediatra zostawił swoją rodzinę na spacerze w lesie i przyjechał do nas. Tolek dostał silne sterydy doustne i absolutny zakaz wychodzenia z domu. Podejrzane były pyłki drzew. Niestety, mimo naszych starań, zabiegów i skrupulatnego przestrzegania wszystkich zaleceń, przez następne dni Tolek czerwienił się, puchł, aż w końcu cały pokrył się paskudną wysypką. Kilka dni później trafił do szpitala, bo stan był zbyt poważny na leczenie domowe.


I tak zaczęła się nasza przygoda ze szpitalem na Niekłańskiej, z oddziałem alergologicznym. Tolek dostał zaszczytne, ostatnie miejsce na korytarzu. Niewygoda polegała na tym, że nie mogliśmy się położyć nawet na podłodze koło Niego, bo blokowaliśmy przejście, że całą dobę paliły się nad nami światła i że nie przysługiwała nam łazienka, tylko musieliśmy "prosić" o dostęp w pobliskich pokojach. Plusem był fakt, że ciekawski Tolek zajął się obserwowaniem otoczenia i nie zamęczał wszystkich nieustającymi pytaniami. Kroplówki dosyć szybko wyciszyły ten najgorszy stan, Tolka przestało wszystko swędzieć i nabrał wigoru. Wtedy zaczął się zachwycać pobytem w szpitalu niemal tak, jakby trafił do niezłego kurortu wakacyjnego. Postanowił dać wyraz swoim emocjom wypełniając ankietę pacjenta. I tak wyszła stara prawda, że do serca mężczyzny trafia się przez żołądek:


Nasze dziecko poczuło się na tyle pewnie, że kolejnej nocy uznało, że może zostać samo tak, żeby nikt z nas nie musiał się kiwać na niewygodnym krześle, bo "w nocy to on i tak śpi". Radość całej rodziny była wielka, bo tak się akurat złożyło, że w domu czekała (chora, a jakże) DemOlka, a nasze pokręcone kręgosłupy kiepsko znosiły szpitalne meble. Po krótkiej naradzie wojennej stwierdziliśmy, że stan Tolka jest na tyle opanowany, że faktycznie można go zostawić samego. Miejsce na korytarzu dawało pewność, że pielęgniarki i tak będą miały na Niego oko. Uradziliśmy, że DziaTolek, który mieszka 10 minut na piechotę od szpitala, będzie czekał w gotowości i jak tylko Tolek zadzwoni - przybiegnie na pomoc leczyć smutki samotności. Ponieważ na wszystkich ścianach wisiały plakaty informujące, że "tu działa telefon do mamy" sprawa wydawała się jasna. Pozostało tylko uzgodnić to z personelem szpitalnym, z którym nigdy nie mieliśmy problemów (w czasie żadnego pobytu w szpitalu).


Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że co prawda Tolka bez problemu można zostawić samego, ale zadzwonić - nie da się. Telefon do mamy, telefonem do mamy, ale kart do aparatu nie ma, a panie po nikogo nie dzwonią. Poradziliśmy sobie. TaTolek przyjechał ze starą komórką, nauczyliśmy syna dzwonić do Dziadka i - z duszą na ramieniu - zostawiliśmy Go na 6h nocnej samotności. Zadziałało super. Tolek obudził się co prawda koło 3:00, ale - zagadnięty przez pielęgniarki - powiedział, że lubi słuchać dźwięków nocy i że zaraz zaśnie. Rano zadzwonił po Dziadka, kiedy ten stał już pod drzwiami oddziału i czekał na zakończenie ciszy nocnej. Następnego dnia Tolek był już w na tyle dobrej formie, że został wypisany do domu i na razie ataki nie powtórzyły się.

Pozostał tylko we mnie pewien niesmak po tym nieszczęsnym "telefonie do mamy". Po co te plakaty, koszty, jakie niewątpliwie poniosła "Fundacja Orange"i fundowanie rodzinom chorych ułudnego poczucia bezpieczeństwa? Dlaczego dziecko nie może samo zadzwonić, albo dlaczego pielęgniarki nie mogłyby zadzwonić jeśli w nocy przyszedł był Niespodziany Strach? Przecież to jeden krótki telefon "potrzebna pomoc" i wszyscy czuliby się bezpieczniej.

piątek, 11 kwietnia 2014

Matolki nie-w-Lipsku

Plan był taki, że ostatnie dwa tygodnie mieszkania w Lipsku będą pełne "pożegnalnych" postów opisujących nasze ulubione miejsca, zajęcia, architekturę. Ostatniego dnia marca miałam się ładnie pożegnać i zamknąć bloga.
I - jak wszystko w naszym życiu - poszło zupełnie nie tak, jak miało.

Najpierw padł mi komputer i musiałam się posiłkować starym rzęchem, z którego nie umiałam wydusić nawet polskich liter. Potem padł mi aparat i tym samym pozbawił mnie możliwości okraszenia tekstu zdjęciami. A potem zaczęło się sypać wszystko po kolei...
7 kwietnia DemOlka zaczęła chorować. Kilka dni potem dołączył do Niej Tolek. W między czasie przeprowadziliśmy się, ale zdrowiu dzieci to nie pomogło. Od 34 dni są na zmianę chorzy. DemOlka była w tym czasie 3 razy w szpitalach na ostrych dyżurach i 6 razy u lekarza. Tolek 2 razy u lekarza, raz był konsultowany "zdalnie", aż w końcu kilka dni temu dwylądował w szpitalu.
Dziś rano na FB umieściłam taki wpis:

Syn nasz uznał, że starczy szpitala i wychodzi do domu. 
Córka nasza stwierdziła, że (dokładnie) 34 dni chorowania dzieci to za mało i obudziła się z 39st. C. Pusty śmiech ogarnia mnie na myśl, że marzyły mi się po powrocie do PL treningi KRAV MAGI. Chwilowo oferuję królestwo za dwie godziny snu bez przerwy 


Dzieci chorują, zmieniliśmy mieszkanie, miasto, państwo, przeprowadzka za nami, powoli zaczynam wierzyć, że uda mi się kiedyś skończyć rozpakowywanie naszego dobytku. Minął miesiąc od Kiedy TaTolek wyjechał z Niemiec, a ja mam wrażenie, że minęło przynajmniej pół roku (jak patrzę w lustro to chyba z 10 lat mi w tym czasie przybyło)... a z blogiem jakoś ciężko się pożegnać. Okazuje się, że poranne pisanie weszło mi w nawyk, a w ciągu dnia "perełki życia polskiego" same pchają się w oczy i aż proszą o opisanie. No i pozostały mi wszystkie przygotowane, a niewykorzystane zdjęcia z Lipska, które błagają o chwilę uwagi... uległam. Przesuwam sobie deadline na koniec roku szkolnego.

mój ukochany (stricte) warszawski widok z okna, za którym tak bardzo tęskniłam wśród lipskich kamienic

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...