środa, 3 grudnia 2014

dom


Kilka dni temu wracałam z DemOlką do domu. Jechałyśmy autem, wesoło śpiewając. Nagle minęła nas straż pożarna: jedna, druga, trzecia. Potem pojawił się ogromny, czarny dym i swąd spalenizny. Palił się dom. Chyba opuszczony, chyba samotny, chyba nikt nie ucierpiał.
Szybko zajęły się okoliczne krzaki i drzewa. Z pobliskiego przystanku autobusowego uciekli ludzie i zbili się w ciasną gupkę, niespodziewanie ogrzaną szalejącym ogniem . Zrobił się korek, bo dym utrudniał widoczność, a straż, policja i karetki zajęły sporą część ulicy. Samocody zwalniały, każdy "chciał zobaczyć". Już nie śpiewałyśmy. Obie umilkłyśmy, przejęte nieszczęściem domostwa. Buzujący ogień z oknach, jęzory płomienia wychodzące kominem, kłeby dymu buchające drzwiami. 
Kiedyś ktoś to budował, cieszył się z nowego domu, ktoś żył, mieszkał, może się rodził, umierał. 
Do domu wróciłyśmy w ciszy. Jakże ulotne jest życie. Jak smutny jest palący się dom nawet, jesli do dawna stoi opuszczony. 

1 komentarz:

  1. Bardzo nostslgiczny wpis, a jaki prawdziwy.
    Jest mi smutno, kiedy nie ma już jakiegos domu, czesto ludzie muszą sie z niego wynieść, bo w jego miejscu bedzie powstawać cos nowego. To smutne. Juz nie ma po nich nawet ,,pomnika".

    OdpowiedzUsuń

wolna jak matka

A to Ci dopiero!!! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałam to szczęście - jestem sama w domu. SAMA! Na cały dzień! Tolek załatwia swoje sprawy, M...